Hackett, Steve - Spectral Mornings

Przemysław Stochmal,

Image„Spectral Mornings” to trzeci album solowy Steve’a Hacketta, a zarazem pierwszy nagrany przez skompletowany, stały skład koncertującego zespołu. Sformowanie przez Hacketta własnego, autonomicznego profesjonalnego bandu wyraźnie dodało byłemu gitarzyście Genesis, jako działającemu na własną rękę kompozytorowi, dużej artystycznej pewności siebie. Nagrany z pomocą przyjaciół, między innymi tworzących sekcję rytmiczną Genesis Mike’a Rutherforda i Phila Collinsa, debiut płytowy „Voyage of the Acolyte” okazał się dziełem o wyjątkowej urodzie, jednakże była to muzyka niezbyt odważna, a wręcz – niewinna. Wydany po opuszczeniu macierzystej formacji krążek „Please Don’t Touch” z kolei, poza kilkoma wyjątkami nie urzekał muzyką, ale świecił nazwiskami (m.in. Richie’go Havensa czy Steve’a Walsha z Kansas). Na „Spectral Mornings” Hackett w końcu robi swoje, puszcza wodze swojej wielkiej muzycznej wyobraźni.

Już pierwszy utwór „Everyday” zapowiada, że na „Spectral Mornings” będziemy mieli do czynienia z muzyką przepiękną, szlachetną, a przy tym niezwykle szczerą. Śpiewana włącznie z Hackettem przez trzech wokalistów piosenka szybko przeradza się w długą partię solową gitarzysty. To jedna z najpiękniejszych gitarowych ceremonii artysty, będąca wyrazem z jednej strony instrumentalnego kunsztu muzyka, z drugiej zaś cechy, którą chyba najbardziej w jego grze upodobali sobie wszyscy miłośnicy muzyki kojarzonej z Genesis – niebywale romantycznego, lirycznego podejścia do tworzenia i odgrywania gitarowych melodii. Ów znak rozpoznawczy Hacketta-gitarzysty i kompozytora pełnię wyrazu osiąga jednak w zamykającej album fenomenalnej kompozycji tytułowej, która po dziś dzień stanowi muzyczną wizytówkę artysty.

Na „Spectral Mornings” Hackett łączy upodobanie do akustycznych, delikatnych brzmień ze skłonnościami do mocniejszych i bardziej niepokojących dźwięków. Liryczny „The Virgin and the Gypsy” urzeka znacznie bardziej niż podobne próby z wcześniejszych albumów. W „The Flower of Ta Chai Blooms Everywhere” artysta znakomicie wpisuje w swoje charakterystyczne, wypracowane brzmienie dźwięki orientalne, natomiast „Lost Time in Cordoba” to niejako nostalgiczne wspomnienie fenomenalnego „Wind & Wuthering” Genesis. W opozycji do tej łagodnej części płyty stoją utwory „Clocks – The Angel of Mons” oraz pierwsza połowa złożonego „Tigermoth”. Wśród nich wyróżnia się zwłaszcza pierwszy, oparty na brzmieniu naśladujących dźwięk zegarowego wahadła instrumentów perkusyjnych, donośnie brzmiących pedałów bassowych, mellotronu i na charakterystycznym riffie gitarowym. To niepokojące muzyczne doświadczenie „twarzą w twarz”  upływającego czasu, wieńczy dudniący grad dźwięków perkusyjnego sola.

„Spectral Mornings” to album, na którym Hackett charakterystyczne dla dotychczasowych dokonań patenty łączy z mniej lub bardziej odważnymi eksperymentami. Może poza dość zabawnym, ale niekoniecznie udanym i potrzebnym „The Ballad of the Decomposing Man”, owe eksperymenty wychodzą znakomicie. Płyta pokazuje, że Steve Hackett ma wyjątkowo bujną wyobraźnię muzyczną i tu właśnie zaczyna dawać jej wyraz. Wydaje się, iż przez „Spectral Morning” Hackett odnalazł własne muzyczne „ja”, którego zasadniczą cechą jest poszukiwanie nowych brzmień i artystycznych rozwiązań, co potwierdza dalszy, niejednokrotnie eksperymentalny dorobek artysty. Album poświadcza również, że poza posiadanymi zdolnościami kompozytorskimi, Steve Hackett jest przede wszystkim najwyższej klasy rockowym gitarzystą, czego instrumentalne partie z poprzednich płyt nie eksponowały w takim stopniu, jak choćby wspomniany „Everyday”, czy utwór tytułowy. „Spectral Mornings” jest zatem albumem pod wieloma względami wybitnym i, co warte podkreślenia -  jest już nie solową płytą byłego gitarzysty Genesis, ale dziełem znakomitego gitarzysty i kompozytora, Steve’a Hacketta.

MLWZ album na 15-lecie