Yes - Big Generator

Aleksander Gruszczyński,

ImageW okresie między „Drama” a „90125” na rynku pojawiły się sygnowane nazwą Yes albumy retrospektywne. Najpierw wyszło „Yesshows”, płyta ze znakomicie dobranymi utworami i przypominająca fanom czym był Yes na żywo przez poprzednie kilka lat. Album nie zawojował list przebojów ani rozgłośni radiowych, ale dla fanów był nie lada gratką. „Classic Yes” wydane nieco później to po prostu klasyczne best of, wzbogacone dwoma utworami koncertowymi. Gdyby podobny zabieg zastosowano po „90125” może historia Yes potoczyłaby się inaczej. Niestety wydano tylko nagranie wideo „9012 Live”. Przyjęty, mówiąc łagodnie, chłodno. Chociaż przecież zespół był na samym szczycie. Zagrał nawet jako jedna z gwiazd Rock in Rio w 1985 roku. Potem wydano jeszcze „9012 Live – The Solos”. Zbiór nagrań koncertowych z ostatnich lat. Głównie występów solowych. Album praktycznie niezauważony, i chyba słusznie, bo nie było nad czym się zatrzymać. Po 1983 roku, przez niemal 3 lata, zespół koncertował. W końcu obeszło się bez zmian w składzie i w 1986 roku rozpoczęto pracę nad nową płytą.

Wydaną 17 września 1987 roku płytą „Big Generator”. Tak jak „Drama” była płytą dobrą, tak jak na „Cyferkach” były utwory godne nazwania prawdziwymi utworami Yes, tak na „Big Generator” prawdziwej muzyki Yes, popularnej wśród fanów z lat 70-tych, jest niewiele. Singlowe „Rhythm of Love”, „Love Will Find a Way” oraz utwór tytułowy to czołowy przykład plastikowego brzmienia, tak powszechnego w tym okresie. Owszem, są na „Big Generator” utwory, które łączą to co było wtedy w muzyce Yes aktualne, z „klasycznym” Yes. Co więcej, kompozycje takie jak „Shoot High Aim Low” a przed wszystkim „I'm Running” to prawdziwe perełki w porównaniu nawet z „90125”, ale nie są one niestety w stanie zmienić fatalnego wrażenia, jakie wywiera „Big Generator”. Co tu dużo mówić, z trzech sygnowanych nazwą Yes płyt studyjnych wydanych w latach 80-tych, ta jest zdecydowanie najsłabszą.

MLWZ album na 15-lecie