Camel

Anderson Bruford Wakeman Howe

Aleksander Gruszczyński,

ImageLata 80. były okresem, w którym najważniejsi członkowie „dawnego”, „klasycznego” Yes byli bardzo płodni. Jon Anderson wydawał płyty solowe (kolejno: 1980 – „Song of Seven”, 1982 - „Animation”, 1985 - „Three Ships”, 1988 - „In the City of Angels”) oraz z Vangelisem (1980 - „Short Stories”, 1981 - „Friends of Mr. Cairo”, 1983 - „Private Collection”) nie mówiąc już o jego gościnnym udziale u innych artystów. Rick Wakeman jak zwykle nagrał mnóstwo albumów, z czego najważniejsze to concept album „1984” wydany w 1981 roku (gościnnie śpiewał m.in. Jon Anderson) i „A Suite of Gods” sygnowany wspólnie z Ramonem Remediosem i wydany w 1988. Steve Howe w tym okresie nagrywał głównie z grupą Asia (1982 - „Asia”, 1983 - „Alpha”) oraz z GTR (1986 - „GTR”). Nie próżnował również Bill Bruford. Poza nagrywaniem z King Crimson (1981 - „Discipline”, 1982 - „Beat”, 1984 „Three of a Perfect Pair”) nagrał kilka albumów z własnymi zespołami (Bill Bruford's Earthworks oraz Bill Bruford-Keiko Abe: The New Percussion Group Of Amsterdam), a także dwie płyty z... Patrickiem Morazem (1983 - „Music For Piano and Drums”, 1985 - „Flags”). A ci czterej panowie przywołani są dlatego, że pod koniec lat 80-tych wydawało się, że Yes już więcej nic nie stworzy. Panowie pokłócili się o prawa do używania nazwy Yes, a „Big Generator” wyczerpało cierpliwość Andersona, który ponownie odszedł z zespołu. Ale Yes wydało płytę. Tylko, że nie pod nazwą Yes, bo tej mógł używać Chris Squire, a jego w składzie zespołu nie było…

23 sierpnia 1989 na rynku pojawił się album sygnowany nazwiskami czterech byłych członków Yes. Zarówno jako nazwą zespołu jak i tytułem płyty. Anderson Bruford Wakeman Howe „Anderson Bruford Wakeman Howe” to jedno z najdłuższych połączeń wykonawca – tytuł, jakie można sobie wyobrazić. Płyta zwana w skrócie po prostu „ABWH” jest krokiem w stronę tego, co było w latach 70-tych. Pomimo braku komercyjnych sukcesów, album ten bez większych problemów konkuruje, i przeważnie wygrywa konkurencję, z „90125” i „Big Generator”, ale już niekoniecznie z „Drama”. Wieloczęściowe utwory z monumentalnymi, acz niekoniecznie pasującymi do tego okresu, solówkami Ricka Wakemana i znowu uspokojoną gitarą Steve Howe'a dalej trącą tą sztucznością lat 80-tych, tyle że ubraną w bardziej „klasyczną” Yesową otoczkę. I ta otoczka powoduje, że „Fist of Fire” czy „Teakbois” nie brzmią jak „Love Will Find a Way”. Chociaż są to utwory utrzymane w podobnej stylistyce. Ale nie brakuje prawdziwych pereł, jak „Brother of Mine”, „Birthright”, przepiękne, akustyczne „The Meeting” czy „Quartet”. Widać wyraźnie, że ten zespół chciał wrócić do korzeni.

Dwadzieścia lat po wydaniu pierwszej płyty, grupy Yes nie było. Był tylko Yes music plus ABWH grające muzykę Yes. Była też druga część zespołu, tyle że akurat w tym okresie Trevor Rabin nagrywał solową płytę „Can't Look Away”, jubileusz nie został uświetniony nowym albumem z nazwą Yes. A ponieważ było Yes music plus i grupa, która miała prawo używać nazwy Yes, więc naturalnym było, że te dwie grupy muszą się w końcu zejść, zunifikować. I do tej unii doszło, ale dopiero w 1991 roku i to już zupełnie inna historia...

MLWZ album na 15-lecie