Collins, Phil - Face Value

Przemysław Stochmal,

ImageNa froncie okładki duże zbliżenie twarzy Phila Collinsa, na odwrocie zdjęcie tyłu jego głowy. Tak sprytna koncepcja graficzna wydanej niemal dokładnie trzydzieści lat temu płyty „Face Value” trafiała w samo sedno, z góry określając charakter albumu – perkusista i wokalista Genesis, wydając swój debiutancki solowy krążek, zaprezentował światu zestaw na wskroś osobistych utworów. Fenomen tego albumu polega na tym, że choć stanowi on niezwykle silne uzewnętrznienie uczuć artysty, to jednocześnie pod wieloma względami jest niezwykle uniwersalnym dziełem.

Przed wydaniem na początku 1981 roku albumu „Face Value” Phil Collins doprawdy niewiele miał okazji, by wykazać się jako autonomiczny artysta-kompozytor. Pierwsze jego osobiste nagrania dla Genesis znalazły się dopiero na wydanym rok wcześniej albumie „Duke”, niewiele pisał sam również i dla jazzrockowego Brand X. Emocjonalna zapaść, jaka dotknęła go po rozwodzie z pierwszą żoną stanowiła jednak na tyle silny bodziec artystyczny, że oto piosenki zaczęły niemal pisać się same. Najlepszym wyjściem, by ocalić wszystkie pomysły przed demokratycznymi wyborami materiału w Genesis okazało się wydanie pierwszej płyty solowej. Collins, podekscytowany możliwością samodzielnego komponowania, nadał płycie osobisty wymiar w możliwie największej ilości aspektów – do wzięcia udziału w nagraniach udało się zaprosić wielu podziwianych przez niego artystów (Eric Clapton, Alphonso Jonson, Ronnie Scott), poza komponowaniem muzyki i pisaniem tekstów zajął się produkcją materiału, a nawet własnoręcznie wypisał informacje znajdujące się na rozkładówce wydawnictwa.

W efekcie muzyka wypełniająca „Face Value” obrała dokładnie taki kształt, jaki jej twórca sam wykoncypował, w sferze tekstowej zaś mógł on sobie pozwolić na rzeczywistą szczerość, miejscami wręcz skrajnie dosłownie odnosząc się do niedawnych osobistych przeżyć. Jakkolwiek jednak bardzo indywidualnie potraktował Collins wszelkie aspekty tworzenia albumu, „Face Value” okazał się być dziełem bardzo uniwersalnym. Płyta bowiem stała się zestawem bardzo różnorodnych stylistycznie piosenek, mogących zaspokoić różnorakie gusta, odbiegających natomiast od tego, co Phil proponował z Genesis. Pojawiają się na niej ślady fascynacji muzyką Motown („I Missed Again”), soulem i funky („This Must Be Love”, cover genesisowego „Behind the Lines”), uwagę przykuwają intrygujące instrumentalne tematy z pogranicza jazzu i world music („Droned”, „Hand in Hand”). Nie zabrakło miejsca dla lirycznych ballad z orkiestrowymi aranżacjami w tle („You Know What I Mean”, „If Leaving Me Is Easy”), czy bardziej eksperymentalnych utworów, jak psychodeliczny cover „Tomorrow Never Knows” The Beatles oraz tajemniczy i potężny „In the Air Tonight”- jeden z największych hitów w historii muzyki pop, który swój sukces oparł na wyjątkowo prostych środkach – spontanicznie wyśpiewywanych słowach, hipnotycznym rytmie automatu perkusyjnego i atomowym brzmieniu perkusji będącym efektem eksperymentów akustycznych.

Tak różnorodna muzyczna stylistyka, wykorzystująca instrumenty, o które dotychczas nie można było podejrzewać Collinsa („dęciaki”, banjo, vocoder, skrzypce) została wygenerowana przez zupełnie niezwykłe jak na tamte czasy uniwersalne, wręcz kosmopolityczne grono muzyków. Skorzystano bowiem z zupełnie niepopularnego wówczas modelu współpracy białych muzyków z czarnoskórymi artystami (sekcja dęta Phoenix Horns, basista Alphonso Johnson), ponadto zaś w nagraniu kilku utworów udział wziął się pochodzący z Indii skrzypek Shankar. Co ważne, mimo niewesołej genezy „Face Value”, sam klimat nagrań jest także bardzo różnorodny, do czego sam Collins usilnie dążył, odrzucając niektóre posępne nagrania. Również warstwa tekstowa nie jest ukierunkowana jedynie na rozdrapywanie emocjonalnych ran – poza tekstami, w których mniej lub bardziej bezpośrednio Phil nawiązuje do utraconego małżeństwa, pojawiają się i znacznie radośniejsze słowa, jak zwłaszcza w przypadku „This Must Be Love”, za którym kryła się postać nowej miłości, która wkrótce miała stać się drugą żoną artysty.

„Face Value” okazał się płytą z wszech miar wyjątkową, by nie rzec, rządzoną paradoksami. Z pewnością bowiem niewielu przed trzydziestu laty dawało szanse na sukces artystyczny i komercyjny płycie solowej Collinsa, zwłaszcza że sztuka ta nie udała się w przypadku debiutów jego kolegów z Genesis, którzy w macierzystej formacji komponowali znaczniej więcej, aniżeli śpiewający perkusista. Powstał jednak album nie tylko ciekawy, różnorodny, ale i znakomicie się sprzedający.  Album mający stanowić ujście dla osobistych emocji artysty, okazał się światowym hitem, nadając Collinsowi markę supergwiazdy. Okazał się również jednym ze zdecydowanie najlepszych albumów w dyskografii tej sześćdziesięcioletniej już dziś Supergwiazdy.

MLWZ album na 15-lecie