Twelfth Night - Art And Illusion (The Definitive Edition)

Paweł Świrek,

ImageZespół Twelfth Night wielokrotnie gościł na łamach MLWZ. Jakiś czas temu Brian Devoil podjął się niełatwego zadania, jakim jest wznowienie wszystkich płyt zespołu. O ile niedawna dwupłytowa  reedycja albumu „Smiling At Grief” jeszcze miała sens (wyczerpany nakład pierwszego tłoczenia, plajta wydawcy pierwszego wydania), o tyle wznowienie płyty „Art And Illusion” wydaje się być całkowicie bezcelowe – przecież wciąż  na rynku jest dostępne jednopłytowe wydanie tego albumu.

Dwupłytowa wersja wnosi tyle, że podobnie jak w przypadku „Smiling At Grieg”, drugi krążek wypełniają nagrania koncertowe. Tym razem mamy zbieraninę z kilku koncertów zespołu. Niektóre z tych nagrań krążyły w sieciach p2p w formie bootlegów (całkiem przyzwoitej jakości). „Ceiling Speaks” w wersji z Andy Searsem można było usłyszeć i obejrzeć na DVD „Live In London”, ale Brian zdecydował się umieścić nieco późniejszą wersję koncertową tego utworu. Minusem tej wersji jest nienajlepsze brzmienie gitary. „Kings And Queens” w wersji koncertowej za wiele nie różni się od wersji studyjnej. Lepiej jest z „We Are Sane”, w którym Andy pokazał na co go wokalnie stać. „Blondon Fair”, jako że trafił potem zaledwie na stronę B jednego z singli, nie jest jakimś wybitnym utworem, ale za to wykonanie „Creepshow” jest równie powalające, jak wersja śpiewana przez Geoffa Manna na „Live And Let Live”. Na minus niestety jest „Fact And Fiction” – w tym utworze Andy nie dość, że fałszuje, to nabawił się koszmarnych manier wokalnych. Wersja ta jest zbytnio okraszona elektroniką (elektroniczne bębny, syntezatory). Lepiej prezentuje się „First New Day” oraz „Take A Look”. A już prawdziwą kulminacją jest minisuita złożona z utworów „Art And Illusion”, „East Of Eden” i końcowych fragmentów „Sequences”. Ci, którym udało się zdobyć jakikolwiek bootleg zespołu z 1984 roku wiedzą, że w składzie z Andym utwory „Art And Illusion” i „East of Eden” były łączone ze sobą na koncertach, zaś „Sequences” był grany wcześniej przed nimi. Płytę zamyka przepiękny „Love Song”, którym to zespół zwykle kończył swoje występy.

Wadą drugiego krążka jest jakość dźwięku. Niektóre utwory brzmią podobnie jak średniej klasy bootlegi. Pocieszające jest to, że krótka wersja „Take A Look” na pierwszym krążku brzmi jeszcze słabiej. Uważam, że lepiej by było, gdyby zamiast wznawiać po kilku latach płytę dostępną jeszcze w sprzedaży, Brian zdecydował się na wydanie na CD pierwszych kaset zespołu (przede wszystkim kasety „SKAN” oraz „First Tape Album”), a także w uporządkowanej formie „The Electra Tape” – materiał z tej płyty mamy rozrzucony na dwóch różnych wydawnictwach.

MLWZ album na 15-lecie