D Project

Twelfth Night - Live And Let Live (The Definitive Edition)

Kev Rowland,

ImageZespół Twelfth Night uformował się pod koniec lat 70. na Uniwersytecie w Reading. Początkowo grali instrumentalną muzykę, potem z żeńskim wokalem. Wokalistka Electra, wkrótce jednak odeszła, a grupa powróciła więc do instrumentalnego repertuaru, by wkrótce zaangażować jako wokalistę długoletniego przyjaciela, Geoffa Manna.

I w ten sposób kości zostały rzucone. Kariera Twelfth Night nabrała tempa i obfitowała w liczne, niezwykle ciekawe wydawnictwa, które dziś w ojczyźnie zespołu, Wielkiej Brytanii, uważane są za kanon „odrodzenia progresywnego rocka”. Zastanawiam się dlaczego Geoff Mann, Andy Revell (gitara), Clive Mitten (bas, gitara, klawisze), Rick Battersby (klawisze) i Brian Devoil (perkusja) w swoim czasie nie osiągnęli jednak sukcesu, na jaki tak bardzo zasługiwali? Przecież na przykład taki album, jak „Fact And Fiction” to jeden z najlepszych albumów progresywnych wszech czasów, a jednak nigdy nie zdołał przebić się przez drzwi, otwarte nie tak wiele wcześniej przez Marillion. W połowie 1983 roku, gdy Twelfth Night wydawał się być u szczytu popularności, Geoff zaczął mieć wątpliwości co do swojej roli w zespole i rozważał obranie innej ścieżki życiowej. Niektóre z jego tekstów były bardzo chrześcijańskie, a niewiele osób z zewnątrz zdawało sobie sprawę, że religia odgrywała w jego życiu aż tak dużą rolę. Tak więc Geoff stwierdził, że nadszedł czas, by odejść z zespołu (i ostatecznie został pastorem Kościoła Anglikańskiego) – rozstanie odbyło się jednak w przyjacielskiej atmosferze.

Członkowie zespołu zgodzili się co do tego, że powinni nagrać pożegnalny album live, jednak zdawali sobie też sprawę, że mogą sobie pozwolić na zarejestrowanie tylko 45 minut muzyki, aby zmieściła się na pojedynczym winylowym krążku. W jego programie musiały być uwzględnione sztandarowe epickie kompozycje, więc konieczne było zagranie także kilku krótkich utworów instrumentalnych, aby maksymalnie wykorzystać ten ograniczony pojemnością płyty LP czas. W listopadzie 1983 roku grupa Twelfth Night zagrała dwa ostatnie koncerty z Goeffem w składzie. Odbyły się one w legendarnym i nieistniejącym już dzisiaj londyńskim klubie Marquee. Pierwotne założenie było takie, iż album będzie wydany własnym sumptem, co oznaczało, że będzie on mieć kolejny numer katalogowy TN007, stąd więc pojawił się pomysł na tytuł albumu nawiązujący do bondowskiego filmu „Live And Let Die”. Ostatecznie jednak podczas miksowania albumu (miało to miejsce tydzień po rejestracji materiału – jednak, co ważne, nie było żadnych dogrywek w studiu!) Twelfth Night trafił pod skrzydła wytwórni Music For Nations i to ona wypuściła na rynek płytę „Live And Let Live”.

Mimo że muzycy zapłacili za rejestrację tylko wybranych utworów, podczas koncertu ekipa odpowiedzialna za nagrywanie była pod takim wrażeniem muzyki, którą słyszeli, że po zakończonym występie przekazali zespołowi dwuścieżkowe nagranie wszystkich bisów, z których niektóre zostały wykorzystane w 1996 roku, kiedy firma Cyclops (a 3 lata wcześniej SI Music) wypuściła reedycję albumu w formacie CD. Obie te edycje wciąż jednak nie były ani pełnym, ani ostatecznym zapisem tego koncertu.

Dopiero teraz, w 2012 roku, wytwórnia F2 Music Ltd. udostępnia nam podwójne wydawnictwo CD, wykorzystując wszystkie dostępne źródła, żeby przekazać to, co fani zespołu usłyszeliby, gdyby byli tam tego wieczora, a właściwie dwóch wieczorów (4 i 5 listopada 1983r.). Te źródła to nagrania z koncertów, prób dźwięków, film VHS oraz wersja utworu „The Collector” nagrana miesiąc wcześniej. To wszystko zostało przekazane Karlowi Groomowi, który pracował nad uporządkowaniem i poprawnym brzmieniem materiału. Tak więc, mimo że możecie mieć wrażenie, że już słuchaliście kiedyś tego albumu, mogę zagwarantować, że nie słyszeliście dokładnie tego samego.

Gdybym miał wybierać koncertową setlistę Twelth Night z tamtego okresu, myślę, że byłaby dosyć zbliżona do tej faktycznej. Są tu wszystkie ważne utwory i nawet teraz, wydawałoby się, że prozaiczny, dźwięk gwizdka w „Sequences” sprawia, że po plecach przechodzą dreszcze, bo zespół autentycznie wspina się w tym nagraniu na wyżyny swoich możliwości. Dziwna jest myśl, że ten utwór istniał jako kawałek instrumentalny na długo przed tym jak Geoff dołączył do zespołu, bo dla mnie to właśnie do niego należy ta kompozycja. „The Collector” jest jedną z najbardziej „wizualnych” piosenek Twelfth Night - słuchanie jej w tym otoczeniu to czysta przyjemność. Nie została zarejestrowana w studio w czasie, kiedy Geoff był jeszcze w zespole, ale na szczęście udało się ją „odzyskać” przy okazji prac nad kompilacją „Collector’s Item” w 1991 roku. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze nagranie „Human Being” ze znamiennym tekstem: „Jeśli za każdym razem, gdy kłamiemy, umiera mała wróżka, one pewnie budują obozy śmierci w ogrodzie” oraz fakt, że publiczność zna wszystkie słowa utworów, nawet wstęp do „Fact And Fiction” i jeszcze to, jak celnie „Love Song” wieńczy całość. Jest to ostatni utwór, jaki zaśpiewał Geoff jako członek zespołu. Jak wiadomo, później poświęcił się on życiu duchowemu i rodzinnemu. Niestety kilka lat później ciężko zachorował i zmarł w lutym 1993 roku na raka wątroby, stając się niedługo potem prawdziwą legendą sceny progrockowej.

Rzecz jasna zespół Twelth Night nie zakończył swojej działalności w listopadzie 1983r. wraz koncertami w klubie Marquee. Niedługo potem do zespołu dołączył Andy Sears i spod palców muzyków wyszło jeszcze więcej wspaniałej muzyki zanim na dobre zakończyli działalność. Obecnie jednak grupa znowu działa i koncertuje, chociaż w nieco zmienionym składzie, wydanych zostało kilka archiwalnych albumów, a dzięki współpracy zespołu z Davem Robinsonem z F2 Music Ltd. doczekaliśmy się wielu świetnych reedycji, z których ta omawiana dzisiaj jest zdecydowanie najlepsza. Oprócz zawartości muzycznej, słuchacze dostają także rozbudowaną książeczkę, zawierającą szczegółowy opis tego jak doszło do rejestracji tego materiału, okoliczności reedycji, teksty utworów, piękne zdjęcia i wiele innych atrakcji. Jeżeli jakieś wydawnictwo jest warte zakupienia, to jest to właśnie „Live And Let Live” i gdybym mógł wystawić mu sześć gwiazdek w pięciogwiazdkowej skali, zrobiłbym to bez najmniejszego wahania.

Translated by Katarzyna Chachlowska
MLWZ album na 15-lecie