Hackett, Steve - Genesis Revisited II

Przemysław Stochmal,

ImageW 1996 roku Steve Hackett postanowił powrócić do czasów swojej współpracy z Genesis i stworzył dzieło zatytułowane „Genesis Revisited”, będące zbiorem nagrań, które w swoich pierwotnych wersjach znalazły się na płytach macierzystej formacji gitarzysty pochodzących z lat 1971-77. Po latach idea powróciła - podobnie jak przed szesnastoma laty Hackett zaprosił do wzięcia udziału w przedsięwzięciu znane postacie (nie tylko) progresywnego rocka i wraz z nimi wziął na warsztat klasyki Genesis.

Pomysł przypomnienia starych utworów z pomocą znamienitych gości okazuje się wcale nie świadczyć, że oto rzekomo mamy do czynienia z kalką ciekawego, nietuzinkowego pomysłu na studyjny album. Trwająca ponad dwa razy dłużej od pierwszej części „Dwójka” została bowiem pomyślana w zupełnie inny sposób. Na „Genesis Revisited” Hackett zdecydował się na niejednokrotnie daleko idące interpretacje utworów z kanonu Genesis, starając się nadać im nie tylko nowoczesny oddźwięk, ale przede wszystkim odcisnąć na nich piętno własnego artystycznego „ja”, w zespole zdecydowanie bardziej tłumionego aniżeli eksponowanego. Nowy album pod tym względem stanowi zdecydowaną odwrotność. Tym razem gitarzysta nie pozwolił sobie na interpretacyjną swawolę – utwory Genesis w nowych wersjach, jeden za drugim są w zadziwiająco dużym stopniu wierne oryginałom. Nie tylko nadworni instrumentaliści artysty, asystujący mu w większości materiału, trzymają się konsekwentnie oryginalnych układów, również i całe grono wokalistów (wśród nich tak znane nazwiska, jak John Wetton, Steven Wilson, Mikael Akerfeldt, Nik Kershaw, Neal Morse czy Jakko Jakszyk) stara się nie odchodzić zbyt daleko od linii Petera Gabriela i Phila Collinsa znanych ze studyjnych wersji oraz dyskograficznych płyt koncertowych.

Nie ma tu ekstrawaganckich zabaw z dźwiękami, analitycznego podejścia do bardziej złożonych kompozycji. Nawet brzmienia dobrane są tak starannie, z tak dużą dbałością o detale, by mogły w sposób jak najpełniejszy przywołać charakter oryginałów. Oczywiście nie jest jednak tak, że przez długie dwie i pół godziny tak otwarty muzyczny umysł całkowicie trzyma się sztywnych ram oryginałów i stroni od dokładania tu i ówdzie kilku nut własnej, autorskiej interpretacji. Owszem, miejscami Hackett dopisuje, przemalowuje, wykreśla bądź przestawia znaki na pięcioliniach genesisowskich klasyków, wciąż jednak czyniąc to nadzwyczaj powściągliwie. Gdzieś pojawia się miniaturowa introdukcja, gdzie indziej gitarowe solo, które przepadło w demokratycznym procesie twórczym zespołu – co ciekawe, nie tylko w wykonaniu Mistrza, wszak Hackett dał pograć również i młodszym kolegom (warto w tym miejscu wspomnieć gitarowe „pokolorowanie” instrumentalnego fragmentu „The Return of the Giant Hogweed” przez Roine Stolta oraz dialog Hacketta ze Stevem Rothery w końcówce „The Lamia” – ze strony tego drugiego niestety wypadający zaskakująco miałko, nieskładnie i wręcz przypadkowo…).

Hackett zdaje się wysyłać wprost komunikat do odbiorcy albumu: dosłowność w odtwarzaniu kompozycji Genesis nie jest przypadkiem, a wręcz stanowi zasadę tego muzycznego przedsięwzięcia. Na swobodę w interpretacji, kojarzoną z „Jedynką”, pozwolił sobie jedynie w dwóch, w dodatku solowych nagraniach (bo i takie znalazły się na płycie): „A Tower Struck Down” oraz „Camino Royale” – nowe wersje okazały się być zresztą kapitalne. To jednak na tle pozostałego materiału niespodzianki; konserwatywność interpretacji cechująca ten album dla jednych może być zniechęcająca, całe grono odbiorców jednak bez wątpienia pokocha ten materiał jako prawdziwą podróż sentymentalną. Zwłaszcza, że zagrany/zaśpiewany został w większości wybornie – selekcja postaci lub ich zaangażowanie w wykonanie tylko gdzieniegdzie może budzić wątpliwości – mnie osobiście najmniej przekonuje postać obdarzonego specyficznym wokalem Nada Sylvana z Agents of Mercy, któremu w moim przekonaniu Hackett pozwolił pośpiewać zbyt wiele (co więcej, stanie on przy mikrofonie również na trasie koncertowej promującej album).

Steve Hackett zgromadził jednak na tyle liczną plejadę gwiazd, że zachwycić się można nie raz, nie dwa, słuchając progresywnej klasyki w wykonaniu mocnych nazwisk dzisiejszego progrockowego światka. Myślę, że nie warto czynić zarzutu z faktu, że tak bardzo wiernie odtworzono tu utwory z klasycznych albumów Genesis. Steve Hackett bowiem z godną podziwu częstotliwością udowadnia każdym kolejnym premierowym materiałem, że artystyczna stagnacja jeszcze go nie dopadła – zatem Hacketta jako autora „Genesis Revisited II” również nie da się traktować w tych kategoriach. Ten album to prawdziwa rozkosz dla ucha wiernych wyznawców Genesis.

MLWZ album na 15-lecie