D Project

Hackett, Steve - Genesis Revisited II

Andrzej Rafał Błaszkiewicz,

ImageMagiczny rok 2012 przynosi fanom same niespodzianki, drenując skutecznie ich portfele, a to prawdopodobnie jeszcze nie koniec fonograficznych delicji. Kilka przepysznych wydawnictw lada dzień trafi do zbiorów, sprawiając, że będą one bardziej okazałe. Jedna z takich nowiuteńkich szkatułek pełnych muzycznych pereł leży właśnie przede mną. Muzyka, jaką zawierają te dwa krążki CD i cztery duże, czarne, 180-gramowe płyty winylowe jest najwyższej próby. Geniusz aranżacji, malarz nastroju, wirtuoz gitary, człowiek o wysokiej kulturze osobistej i niespotykanej wśród muzyków skromności, maestro Steve Hackett zabiera nas w sentymentalną podróż w przeszłość. Jednakże nie jest to pełna melancholii, westchnień tęsknota za tym, co było i już nigdy nie wróci. To wielka wyprawa po klejnoty o niebywałym, oślepiającym blasku. Po szesnastu latach od pierwszej rewizyty, jaką mistrz złożył grupie Genesis, dostajemy do rąk muzyczną spuściznę Steve’a Hacketta zatytułowaną „Genesis Revisited II”.

To nie jest zwykła płyta z coverami, jakich wiele ostatnio na rynku. Zdecydowana większość tego typu wydawnictw jest mdła, nudna, nijaka, nieciekawa i prowadzi zazwyczaj donikąd. Te zarzuty nie dotyczą jednak Steve’a Hacketta. Jego podróż do czasów młodości, kiedy współtworzył legendę Genesis, jest swoistym pomostem łączącym tradycję ze współczesnością. To spuścizna, jaką ten genialny muzyk próbuje ocalić od zapomnienia, dając jej nowe życie. „Genesis Revisited II”, jak i pierwsza z wypraw do przeszłości, to ciekawa lekcja historii, a zarazem ryzykowna i w efekcie udana próba wybudowania mostu łączącego przeszłość z teraźniejszością. Dokonana ona została na wciąż żywej tkance, jaką jest twórczość jednego z najważniejszych zespołów w historii muzyki.

Steve Hackett, sięgając do klasycznego repertuaru Genesis, koncentruje się na latach 1971-1977. Jest to bez wątpienia najbardziej płodny okres w historii zespołu, rodzący owoce o niespotykanej gamie smaków i zapachów. Są to lata najwybitniejszych dzieł grupy. Wkład Steve’a Hacketta w powstawanie kultowych już dziś płyt, w tworzenie niepowtarzalnego brzmienia i klimatu Genesis był ogromny. Hackett odcisnął trwałe i niezwykle silne piętno na dokonaniach Genesis w tamtym okresie. Wydaje się, że w pewnych kręgach muzyk ten oraz jego zaangażowanie w rozwój zespołu jest niedoceniane. Przejdźmy jednak do samego wydawnictwa, bo ono jest bohaterem pozytywnym tego tekstu. Aby ogarnąć olbrzymi ładunek emocjonalny, jaki zawiera w sobie to pokaźnych rozmiarów dzieło, trzeba cofnąć się do 1996 roku. Wtedy bowiem ukazał się pierwszy album „Genesis Revisited”. Nie znamy do końca motywów, jakimi kierował się Steve Hackett, decydując się na powrót w przeszłość. Z pewnością nie był to skok na kasę. Zapewne nie była to także próba taniej kariery, polegająca na ślizganiu się po wielkich osiągnieciach macierzystej jednostki, z którą artysta nagrał wiele interesujących kompozycji. Niestety tak czyni Ray Wilson. W moim mniemaniu jest to zbyt banalne, ale to temat na zupełnie inną okazję. W latach 90. kariera Steve’a Hacketta kwitła. Artysta założył własną oficynę wydawniczą Camino Records, nagrał kilka znakomitych albumów, wspomnę choćby „Guitar Noire” i „Darktown”, zrobił sobie wycieczkę w bluesowe rejony, efektem tego była płyta „Blues With A Feeling”. Muzyk pokazał nam również swoje inne artystyczne oblicze, bardziej klasyczne, stonowane i akustyczne. Nagrywał dla EMI Classics z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną. Rezultatem tej współpracy jest niesamowite dzieło „A Midsummer Night’s Dream”. Artystycznych ścieżek, po których z ogromnym powodzeniem poruszał się Steve Hackett było wiele. Pozostawała jednak tęsknota za źródłem. A do źródła podąża się raz po raz, by zaspokoić pragnienie, napić się życiodajnej wody dającej siłę do dalszej pracy. Tak pojmuję chęć, jaka przez lata narastała w duszy artysty, by zmierzyć się z legendą, której jest częścią. Wiadomo też, że maestro Steve Hackett świadomy jest faktu, iż muzyka Genesis położyła kamień węgielny pod niejedną wrażliwą artystyczną duszę. Nie było więc problemu z zaproszeniem olbrzymiej rzeszy instrumentalistów i wokalistów do przedsięwzięcia, jakim okazało się „Genesis Revisited”. W 2003 roku Steve Hackett podczas krótkiego wywiadu, jakiego mi udzielił, opowiadał, że miał problem z obsadą na „Genesis Revisited”, polegający na tym, iż na jego prośbę odpowiedziało tylu chętnych, zaprzyjaźnionych z nim muzyków, że musiał odmawiać, a bardzo nie lubi tego robić. Album „Genesis Revisited” jest zatem wynikiem nagromadzenia się ogromnej pasji, tęsknoty za ciągle żywą legendą zespołu Genesis, olbrzymiej pracy i zaangażowania wielu ludzi. Nie inaczej jest i tym razem.

„Genesis Revisited II” to jeszcze pełniejsze i głębsze spojrzenie w przeszłość. Jest to zarazem doskonały przewodnik po twórczości Genesis, oddający w pełni klimat tamtych czasów. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż Steve Hackett poprzez swoje działania ratuje dobre imię zespołu. Albowiem legenda Genesis została zdewaluowana poprzez drastyczną zmianę muzycznego kierunku w latach 80., dominację Phila Collinsa, a także poprzez media i wytwórnię płytową. Radio postawiło na granie chwytliwych singli z kilku niezbyt udanych albumów, na rynku pojawiały się składanki obejmujące okres, kiedy zespół komponował przeboje. Pamięć o wielkim Genesis żyje choćby w duszach takich muzyków jak Steve Hackett. A wyrazem tego jest „Genesis Revisited II”.

Obsada na „Genesis Revisited II” jest imponująca. Nie będę nawet wymieniał wszystkich muzyków, jednak kilka nazwisk warto wypisać: John Wetton, Nik Kershaw, Simon Collins, Gary O’Toole, Mikael Akerfeldt, Steven Wilson, Nad Sylvan i Neal Morse. To zaledwie garstka spośród wszystkich uczestników projektu. W każdym z utworów występuje inna kombinacja muzyków. Nad całością czuwa Roger King, nadworny pianista zespołu Steve’a Hacketta, jak również dyrygent, aranżer, producent i inżynier dźwięku w jednej osobie, prywatnie przyjaciel mistrza. Na nagraniach obecny był także brat Steve’a, flecista John Hackett.

Unikam jak ognia oceny zawartości muzycznej albumu. Bo jak tu pisać o utworach, które doskonale znamy. Słuchaliśmy ich po stokroć z płyt emitowanych w radio przez Piotra Kaczkowskiego i Tomasza Beksińskiego. Albumy Genesis zbierałem przez lata z wielką dbałością o stan techniczny płyt, pilnując, czy aby nie są to wydania tzw. licencyjne, których na rynku w tamtym czasie było sporo. Steve Hackett nawet nie próbuje zmieniać tych kompozycji. Na „Genesis Revisited II” bardziej niż na poprzednim wydawnictwie mistrz pilnuje, by wybrany repertuar brzmiał wiernie, był bliski oryginałowi. Zwykle takie zabiegi budzą moją niechęć, bo jakiegoż to młodego ducha można tchnąć w dobrze znany materiał odgrywając go zgodnie z pierwowzorem, nie starając się nawet wpłynąć na jego kształt i brzmienie. Na „Genesis Revisited II” jest jednak inaczej. Wierność oryginalnym kompozycjom Genesis jest podstawowym atutem tego wydawnictwa. Taki stan rzeczy pozwala nam na bezpieczną podróż w dobrze znaną nam przeszłość, bez zbędnych wstrząsów. To o czym teraz piszę to pierwsze wrażenie towarzyszące nam, gdy zanurzamy się w tę muzykę. Jak to mówią: diabeł tkwi w szczegółach. Kiedy bardziej wnikliwie przysłuchamy się dobrze znanym nam kompozycjom Genesis, odkryjemy niezliczoną ilość dźwiękowych smaczków, aranżacyjnych zabiegów. Usłyszymy wtedy bez trudu dyskretnie utkane na nowo tło, delikatną orkiestrację Rogera Kinga zawieszoną w muzycznej przestrzeni, nadającą jej świetlistego, klasycznego blasku. Każdy z zaproszonych wokalistów swoją osobowością nadaje nowy kształt każdemu z utworów. „Supper’s Ready” śpiewany z podziałem na role brzmi niezwykle teatralnie. Ilość różnorakich smaczków na tym wydawnictwie jest niepoliczalna, mają one niezwykły wręcz wpływ na brzmienie całości. Ta niezwykła staranność i precyzja, z jaką Steve Hackett zabiera się za każdy ze swoich projektów powoduje, iż słuchamy „Genesis Revisited II” z zapartym tchem. Zagłębiamy się w tę muzykę jak w pasjonującą lekturę. Różnorodność i bogactwo brzmienia, ilość artystów biorących udział w tym muzycznym wydarzeniu sprawiają, że wracamy do tej muzyki wielokrotnie. Oddajemy się wspomnieniom, porównujemy, przeżywamy te wszystkie utwory jeszcze raz, podróżujemy z tą muzyką w przeszłość, która została zaklęta w tym magicznym pudełku z dwoma płytami kompaktowymi i czterema longplayami. Ile przeżyć związanych z „Musical Box”, „Blood On The Rooftops”, „Entangled”, „Dancing With The Moonlit Knight”?... Warto dodać, że oprócz repertuaru Genesis mistrz dodał do zestawu kilka klasycznych kompozycji ze wczesnej swojej kariery, m.in. „Shadow Of The Hierophant” i „Please Don’t Touch”. Pisać by można o tym bez końca. Precyzja i staranność Steve’a Hacketta owocuje jeszcze jednym, bardzo ważnym aspektem, dla którego warto zasłuchać się w to wydawnictwo. Moc gwarantowanych wrażeń, jakie dostarczają nam kompozycje Genesis ożywione ręką mistrza jest łatwo przyswajana przez odbiorcę dzięki doskonałej jakości nagrania. Nawet najbardziej wybredny audiofil będzie pełen uznania dla brzmienia tego materiału. „Genesis Revisited II” brzmi miękko, ciepło, klarownie i selektywnie. Słychać każdy instrument, poszczególne plany dźwiękowe nie zagłuszają się wzajemnie. Muzyka płynie z głośników, nie przygniata słuchacza stukilowym blokiem betonu. Gdyby żył Tomasz Beksiński, byłby pewnie zachwycony efektem prac Hacketta nad historycznym materiałem Genesis, wszak był to jeden z jego ulubionych zespołów wszech czasów.

Warto dodać, że „Genesis Revisited II” jest elegancko wydany, bardzo skromnie i przejrzyście. Znakomite aranżacje, plejada gwiazd, perfekcyjne wykonanie sprawiają, że jest to doskonały album na długie zimowe wieczory, do wielokrotnego zasłuchiwania się i nurkowania w niezwykle głęboką i przebogatą muzykę Genesis. Album ten w zestawieniu z pierwszym wydawnictwem „Genesis Revisited” z 1996 roku to swoisty przewodnik dla młodszego słuchacza po świecie twórców jedynego w swoim rodzaju rockowego teatru. Z całą pewnością „Genesis Revisited II” to ozdoba każdego zbioru płytowego szanującego się fana najszlachetniejszych odmian muzyki rockowej. W mojej kolekcji stoi ona na piedestale. Polecam to wydawnictwo wszystkim bez wyjątku.

MLWZ album na 15-lecie