Właściwie to nie wiem czy to, że jakaś płyta wymaga przy słuchaniu ogromnego wysiłku jest oznaką jej znakomitości, czy też nieudolności? Czy jeżeli ponad połowa utworów przy pierwszym przesłuchaniu nie tylko, że nie wpada w ucho, ale jakby zniechęca do dalszego słuchania, to objaw potrzeby głębszego i wielokrotnego zagłębienia się w poszczególne kompozycje, czy też świadczy o tym, że płyta jest po prostu słaba?
Jeżeli do tego wszystkiego dodać fragment wywiadu założyciela norweskiego zespołu Toy Weather, o którym tu mowa, Sveina Hovlanda, który uważa, że „(…) Van der Graaf Generator był jedną z grup, które odniosły największy sukces. Aby to osiągnąć łączyli agresywny i łagodny rock, muzykę psychodeliczną i eksperymentalną, elementy opery i klasyki, angielski queer, science fiction, pop…”, to mamy przysłowiowy niezły orzech do zgryzienia.
Żeby jeszcze Państwu utrudnić, a poprzez to zachęcić w diabelski sposób do posłuchania debiutanckiego albumu tej formacji pt. „Feathers in a Strange Wind” dodam jeszcze, że w kontekście inspiracji warto wspomnieć tu także takich artystów, jak David Sylvan (i np. jego album „Dead Bees On A Cake”), No-Man, Rhys Marsh, Airbag, no i żeby nie było, Pink Floyd. A wszystko to jest jeszcze wymieszane w skandynawskim sosie muzycznym.
Ale, nie uprzedzając faktów, zacznijmy od utworu pierwszego – „Wild Geese” (Dzikie Gęsi), który swoją transową rytmiką wprowadza słuchacza w stan psychodelicznego „odjazdu”. Do bólu rytmiczna, stonowana wokalnie i utrzymana w melodeklamacyjnym klimacie doprawionym elektronicznymi wstawkami, piosenka w swej wymowie przywodzi na myśl wczesne utwory No-Man z jednej strony i Airbag - z drugiej.
I gdy już wydaje się, że cała płyta będzie nosiła znamiona transowo-melodeklamacyjne odtwarzacz przeskakuje do utworu „Woodstock Morning” (Woodstkowy Poranek), który za pomocą czarodziejskiej, lekko Gilmourowskiej gitary i głosu przypominającego do złudzenia Tima Bownessa przenosi słuchacza w świat pinkfloydowsko-psychodeliczny. Dostajemy ładną, snującą się balladę z wysubilimowanymi solówkami gitary. Ładnie brzmiąca gitara i „smutny” wokal w typie Bownessa – ale jak to brzmi!
Przechodzimy do utworu numer trzy – „A part of you” (Część ciebie), który pobrzmiewa bardzo alternatywnie, przypominając nieco zespoły psychopopowe z lat osiemdziesiątych. Czy to Talking Heads, czy The Church…? Zostawiam Państwu miejsce do skojarzeń.
„Matador” – kolejna kompozycja z płyty oraz następny utwór „Tangles” (Sploty) oparte na kolażowych strukturach muzycznych tworzą swoiste piosenkowe, przenikające się plamy dźwięków. Ich transowo-psychodeliczny rytm wciąga i odpycha jednocześnie. Porusza jakimś pozaracjonalnym pięknem i nieco zasmuca monotonnie-smutną wymową. I jakoś tak od razu przychodzą do głowy dwa, jakże odległe, skojarzenia: David Sylvan i David Bowie.
I gdy napędzany jakąś dziwną mocą odtwarzacz ponownie przeskoczy na następny utwór proszę usiąść wygodnie. „Maybe it’s sad” (Może to smutne ) – kolejny utwór z tej dziwnej płyty, to wspaniała piosenka na głos, fortepian i orkiestrę (orkiestrację). Jakby w opozycji do poprzednich utworów otrzymujemy pastelową, spokojną balladę, która jest w stanie zauroczyć każdego neoprogresywnego słuchacza. W mojej osobistej kartotece piosenek na późny wieczór ta pozycja już znalazła swoje miejsce.
Były już piosenki transowe, alternatywne, pastelowe, czas więc na utwór rockowy. „All in the book” (Wszystko w książce) jest właśnie taką kompozycją. To utwór gitarowy, a zarazem jakby nihilistyczny, niedbały wokalnie z jazzowo-psychodelicznymi wstawkami. I jakoś tak płynnie przechodzący w następną kompozycję pt. „Days”. Proszę wsłuchać się w brzmienie klawiszy, które mimo, że brzmią jakby zostały nieco wyciszone i umieszczone na drugim planie, to jednak tworzą specyficzną atmosferę całości.
Utwór „Sleepy Town 1973” (Senne miasto 1973) wraca do pastelowo-smutnego brzmienia. Wykorzystując akustyczne brzmienie utworów psychodelicznych przełamuje je lekką orkiestracją, która jakoś tak nasuwa skojarzenia z płytą „Ummagumma”.
I wreszcie na koniec zespół serwuje nam neopsychodeliczną kompozycję „Where all good people go” (Gdzie idą wszyscy dobrzy ludzie). Mimo zdecydowanego rytmu i mocniejszej gitary na pierwszy plan znó1) przebija się psychodeliczna nuta całości.
W podsumowaniu od razu zaznaczę, że nie jest to płyta łatwa w odbiorze. Po którymś przesłuchaniu doszedłem do wniosku, że ta jej trudność (lub mówiąc kolokwialnie: pokręconość) jest przysłowiową wartością dodaną. W zależności od nastroju, dnia, chwili za każdym razem pojawiają się inne skojarzenia muzyczne. A paleta tych skojarzeń jest bardzo szeroka. Na początku wskazałem na nazwiska takich wykonawców, jak David Sylvan, No-Man, Rhys Marsh, Airbag, Pink Floyd, Van der Graaf Generator, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem ta lista rośnie. Bo przecież głos przypomina Petera Hammilla, Davida Bowie. A jak już przywoływać skojarzenia, to warto wspomnieć też o projekcie JBK (Jansen Barbieri Karn) z lat dziewięćdziesiątych. I pewnie tych odniesień jest jeszcze więcej. Zatem niejako odpowiadając na opis z pierwszego akapitu tej recenzji powiem tak: ocena zawsze pozostanie indywidualną sprawą słuchającego, ale często warto się natrudzić, by ją sformułować w należyty sposób bez uproszczeń i bez uprzedzeń. A gdzieś tam w jakimś „kajeciku” warto zapisać - Toy Weather – „Feathers in a Strange Wind”, bo to wszakże debiut i nie wiadomo co nam może przynieść przy następnym albumie, o ile taki powstanie.
I taka uwaga końcowa: czyżby zapowiadał się rok płyt z dźwiękami nieoczywistymi? Hmmm...
