Nihilists, The - Oroboro

Rysiek Puciato

Na tej płycie nic nie jest oczywiste. Nic nie jest jednoznaczne, choć wszystko jest znane. Dziewięć utworów potrafi zaskoczyć swoją odmiennością, a jednocześnie przypomnieć wszystkie te motywy muzyczne, które już znamy i za które cenimy styl, który nazywamy rockiem progresywnym. Dodajmy, że jest to płyta będąca koncept albumem, który zręczne porusza się pomiędzy światami ze snu i obrazami zaczerpniętymi z najprzedniejszej literatury. To zarazem bajkowa opowieść o królu tyranie, elfie, pewnej Matyldzie i przedmiocie, który decyduje o losie ludzi. To fantastyczna muzyczna podróż na przekór muzycznej jednostajności, definiowalności stylistycznej i uznanej harmonii dźwiękowej. To ponad sześćdziesiąt pięć minut podróży, której cechą jest zmienność i nastrojowość z jednej strony i pewna rubaszność i jarmarczność z drugiej. Czy to wystarczy żeby Państwa zachęcić do “rzucenia uchem” na to wydawnictwo? Jeśli to za mało, to proszę wyobrazić sobie (przynajmniej na czas czytania tej recenzji) połączenie w jednym utworze walca, jarmarcznych organów, nastrojowej gitary i melodyjnego głosu. Proszę sobie wyobrazić całkiem zapalczywie grającą gitarę i melodeklamację, która przełamuje muzykę i wprowadza element teatralnego monologu. Wreszcie proszę sobie wyobrazić elektroniczne pasaże połączone z lekko patetycznymi solówkami syntezatorów. A to tylko mało zręczny opis tego, co można usłyszeć na nowej płycie zespołu (no właśnie, i do tego jeszcze sama nazwa!) The Nihilists pt. “Oroboro”, będącą debiutem grupy wydanym na początku czerwca tego roku.

Treściowa zawartość tego debiutanckiego albumu da sie opisać dość łatwo. Można by ją nawet “wypunktować”. I tak oto, proszę bardzo:

  1. Istnieje przedmiot, w świecie niepodobnym do naszego, który decyduje o naszym losie.
  2. Istnieje tyran, jeden z wielu, który wysysa ten świat, aby robić to, co chce.
  3. Istnieje strażnik, którego zadaniem jest strzeżenie tego przedmiotu.
  4. Istnieje elf, który jest końcem i początkiem tej historii; historii, która opowiada o umieraniu i odradzaniu się zawsze w nieustannym biegu karuzeli czasu.
  5. Matylda jest wybranką, która między miłością, marzeniami, rozpaczą i szaleństwem jest świadkiem tego, jak owa karuzela się rozpada.
  6. W odległym miejscu, gdzieś w przestrzeni i czasie, na końcu końców żyją sobie bard i karczmarz, tocząc swój żywot w jałowej rzeczywistości, opowiadając sobie nawzajem historie ze swej odległej przeszłości, aby nie stracić nadziei w ludzkość. A te opowieści, jak to zwykle bywa w przypadku losów ludzkości dotyczą spraw (nazwijmy je) podstawowych: “czy możemy zacząć od zera jeszcze raz, bo być może jest jeszcze kropla nadziei...?”.

Nieco trudniej jest opisać muzyczną zawartość tego wydawnictwa. Bo, jak już pisałem wyżej, to album ze wszech miar niezwykły, przepełniony taką ilością nieoczywistyczch połączeń stylistycznych, że gdy już się wydaje, że odnaleźliśmy swój własny klucz do zrozumienia albumu okazuje się, że chwilę później, wraz z kolejną muzyczną frazą, ten znaleziony klucz niestety nie otwiera zamka z napisem: “wspaniały album”. Co więcej, okazuje się, że to pomieszanie wszystkich możliwych dźwięków podczas słuchania przeszło na jakiś inny, może wyższy, a może niższy, stopień pojmowalności. Każdorazowe słuchanie tej płyty może narazić Państwa na konieczność przedefiniowania wyrobionych ledwie chwilę wcześniej opinii. I dlatego warto jej posłuchać. I to nie jeden raz.

Ostrzegam także, że gdy podczas słuchania wydawać się Państwu będzie, że dana kompozycja już się kończy, proszę jeszcze chwilę zaczekać. Jeszcze dosłuchać. Bowiem strukturalną cechą wyróżniającą poszczególne kompozycje zawarte na płycie jest ich wielostylizacyjna wielowątkowość – choć z góry przepraszam za ten neologizm. Tutaj wyciszenie nie zawsze oznacza koniec utworu. Wprost przeciwnie, częściej oznacza jakiś muzyczny przewrót.

A wszystko rozpoczyna się, a jakże, od wstępu: “Proemio - Prima di Ricominciare” (“Wstęp – przed ponownym początkiem”), który syntezatorowym pasażem zaznajamia nas z tym, o czym będzie ta płyta... Sny, strażnicy, zasłona miłości, proroctwa, szalone dusze i po raz pierwszy (i nie ostatni) niczym w przedstawieniach starożytnych greckich lub rzymskich teatrów zamiast śpiewu słyszymy melodeklamację, która pojawia się na chwilę i znika, by ustąpić miejsca gitarze.

I jeśli to wprowadzenie Państwa zainteresowało, to czas na… walca. Tak, nie ma tu pomyłki. Kolejny utwór – „Valzer di Gola” („Gardłowy Walc”) – rozpoczyna się w rytmie walca i wprowadza pierwszych bohaterów tego koncept albumu: króla i pewną Matyldę, która zza stołu przygląda się uczcie na królewskim dworze. A na królewskim dworze, jak to powszechnie wiadomo z bajek i opowieści, tańczono, przyglądano się popisom błaznów i oczywiście było dużo jedzenia. A wszystko na chwałę króla. I wszystkie te „obrazki” oddaje muzyka. Walc… Oczywiście, syntezatory i gitary mocnymi akordami pokazują splendor królewskiego dworu, wokal dostosowuje się do pokazywanych obrazów, przechodząc od śpiewu jarmarcznego barda do zdecydowanie rockowego brzmienia. Oczywiście są tańce, którym przygrywają organy. Królewska uczta bez tańców?... Niemożliwe! I gdzieś tak około czwartej minuty kontrolę nad piosenką przejmują bas i gitara i… walc znika, pojawia się szept i chór, które prowadzą końcową część tego utworu do całkiem, ale to całkiem zdecydowanie rockowego zakończenia. I tylko proszę pamiętać, że w przypadku tej płyty wyciszenie utworu nie oznacza wcale, że zbliża się on do swego końca. Ósma minuta jest tego najlepszym dowodem.

„La Giostra del Tempo” („Karuzela czasu”) rozpoczyna się od brzmień gitary akustycznej, by nagle przyśpieszyć i zdecydowanym brzmieniem gitary elektrycznej zwrócić uwagę słuchacza na konieczność zmierzenia się z upływającym czasem. To zarazem sześć minut porywających dźwięków zagranych jakby na zamówienie fanów rocka neoprogresywnego. I tylko proszę pamiętać o tym, że wyciszenie wcale nie oznacza… Tak, wiem. Już o tym było.

Kolejny utwór – „Il Bazar del Mago” („Bazar Czarodzieja”) – to obok utworu „Valzer di Gola” najbardziej zróżnicowana stylistycznie kompozycja, a zarazem jeden z najlepszych utworów na płycie. To opowieść karczmarza zagrana według najlepszej receptury rocka progresywnego. Jej balladowy charakter przeistaczający się w miarę trwania w utwór bardzo rockowy, elektryczny, z elementami psychodelii nadaje całości bardzo dramatycznego wydźwięku i tak jest aż do szóstej minuty, kiedy po wyciszeniu pojawia się fascynująca psychodeliczna improwizacja przypominająca z jednej strony Pink Foyd z okresu koncertu w Pompejach, a z drugiej dobry prog metal z klimatycznymi wstawkami gitary akustycznej. A po kolejnym wyciszeniu…

Wszystko ulega zmianom, wszystko rodzi się i umiera – to główny motyw kolejnego utworu pt. „Samsara”. Samsara to w hinduizmie i buddyzmie nieustanne wędrowanie, kołowrót narodzin i śmierci, cykl reinkarnacji, któremu podlegają wszystkie żywe istoty… I taki właśnie jest ten utwór. Zmienny. Akustyczny i spokojny, nieco egzotyczny dzięki dźwiękom bębnów. Elektroniczny z dodatkiem kosmicznej psychodelii. Gitarowy – z prostymi akordami. A jego znakiem szczególnym jest melodeklamacja nadająca całości jakiś profetyczny wymiar.

„Esodo – Frattura” („Eksodus – Pęknięcie”) to brzmieniowy pokłon w stronę Pink Floyd z okresu psychodelicznego, a jednocześnie, poprzez dodanie wyraźnego brzmienia gitary, ciekawa kompozycja czerpiąca z niezmierzonego bogactwa włoskiego prog rocka. Na uwagę zasługuje połączenie narracyjnej linii wokalnej z melodeklamacją i… tak gdzieś w piątej minucie pojawiające się melodyjne solo gitary.

Opowieścią o „przebudzeniu”, niemożliwości odróżnienia jawy od snu jest kolejny utwór na tym nieoczywistym krążku. „Follia” („Folia) rozpoczyna się bardzo egzotycznie, jakby nieco gotycko, mrocznie. To poczucie mroku znika wraz z mocnymi progmetalowymi akordami w piątej minucie. Ta najbardziej ekspresyjna piosenka na płycie uwiarygadnia muzycznie jej treść: biel i czerń, śmierć i życie, strach i ból.

„Matilda sulle Rive dei Giorni” („Matylda na brzegu dni”) to niemal muzyczne podsumowanie tego koncept albumu. Czetrominutowy utwór o poszukiwaniu tego, co odeszło, zaginęło. Neoprogresywny, z domieszką melodeklamacji i z jakąś muzyczną wiejskością i prostotą, ale dzięki kołyszącemu rytmowi i melodyjności jednocześnie kojący i kończący tę podróż przez różne opisy sytuacji z życia ludzi.

Ostatnia kompozycja z płyty to „Sonniloquio - un'ultima Storia” („Sonniloquio – ostatnia opowieść”) i podsumowuje ona losy człowieka, który zdeptał wszystkie krainy, widział wszystko i który zdąża do miejsca gdzie wszyscy żyją chwilą. I czyni to w sposób muzycznie doskonały – prostymi akordami syntezatorów towarzyszących wypowiadanym słowom. Bez patosu, bez zadęcia, bez niepotrzebnego użalania się nad tym, co minęło i nie wróci.

I właściwie nie wiem, co napisać w podsumowaniu. Jeżeli napiszę, że to płyta nieoczywista i to z gatunku super nieoczywistych, to będzie to jednak zbyt mało. Moja półka wzbogaciła się o wydawnictwo, które może zaskoczyć każdego fana muzyki progresywnej. Tym razem nieoczywistość przyjęła kształt koncept albumu z tak wielkim pomieszaniem stylistycznym, że jego każdorazowe przesłuchanie dostarcza coraz to innych wrażeń. Być może pod wpływem jakiegoś impulsu, złego humoru, powiem, że to album przekombinowany? Być może wraz z kolejnym przesłuchaniem będę odkrywał kolejne muzyczne smaczki aranżacyjno-brzmieniowe? Być może tak będzie. Ja już tą płytę słuchałem i to wielokrotnie i mam nadzieję, że docenią Państwo jej inność i jednocześnie jej swojskość.

A nieporuszona kwestia tytułu? „Oroboro” – nie ma się czym przejmować... Pełno tu nowych dźwięków i daleko temu wydawnictwu do odgryzania własnego ogona.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce