W 2001 roku, po zawieszeniu działalności grupy Chandelier, dwóch jej członków - perkusista Tom Jarzina oraz basista Stephan Scholz - założyło wraz z wokalistką Julią Graff zespół Elleven. Do projektu zaproszono gitarzystę Carstena Hüttera oraz klawiszowca Armina Riemera, który później (w 2023 r.) uczestniczył w nagraniu płyty „We Can Fly” reaktywowanego Chandeliera.
Piątka bardzo zdolnych i ambitnych muzyków wydała w 2007 roku bardzo ciepło przyjęty debiutancki album ''Insight''. Otwierający tę płytę utwór 'All Alone'' został wydany na prestiżowej kompilacji ''The Art of Sysyphus'' (vol.43) u boku takich wykonawców jak RPWL, SBB, Black Mountain, Amarok czy Satellite. Niezłe towarzystwo, prawda? Na kolejny album (''Transfiction'') trzeba było czekać aż 8 lat. Co ciekawe, zespół opuścili jego założyciele, czyli Tom i Stephan, a na ich miejsce przybyli Herry Rubarth i Roger Weitz. Muzycznie w dalszym ciągu był to melodyjny neo prog, a wraz z nową sekcją rytmiczną zespół nabrał trochę więcej mocy. Po umiarkowanym przyjęciu przez krytykę, jak i słuchaczy, Elleven zawiesił działalność.
Aż przyszedł rok 2025 i grupa znów przypomniała o sobie, wydając album zatytułowany ''8030''. Kolejny raz zmienili się perkusista i basista. Tym razem za bębnami usiadł Michael Hahn, a gitarę basową obsłużył René Lozynski. Jest to album na wskroś koncepcyjny, opowiadający o wzlotach i upadkach pewnego związku, pełnego poświęcenia, emocji oraz pasji, ukazujący 11 miesięcy wspólnej podróży przez życie dwojga ludzi. Owe 11 miesięcy to 8030 minut i stąd taki tytuł wydawnictwa. Rozwiążę jeszcze jedną zagadkę dotyczącą cyfr. Liczby w nawiasach poszczególnych tytułów określają czas (w minutach), w którym dana faza związku akurat się znajdowała. Mam nadzieję, że nie za bardzo namieszałem tymi informacjami i przede wszystkim nikogo nie zniechęciłem do zapoznania się z materiałem zawartym na najnowszym albumie Niemców z Elleven, bo naprawdę warto go posłuchać.
Jest to 76 minut i 36 sekund świetnej miesznki neo prog i art rocka, ze szczyptą sennej psychodelii, odrobiny złożonych struktur muzycznych okraszone umiarkowaną rockową drapieżnością. Zespół opiera się na wszystkich swoich mocnych stronach: rozległych pejzażach dźwiękowych, szczegółowych aranżacjach i delikatnym, ale zapadającym w pamięć głosie Julii Graff. Szczególnie ekscytująca jest nowa sekcja rytmiczna, ponieważ wnosi powiew świeżości i dobrego timingu, który nadaje brzmieniu stylistyczną rozpiętość. Ponadto Armin Riemer sam wyprodukował, zmiksował i zmasterował album, co wniosło dobre wyczucie dynamiki i nastroju.
Cała historia zawarta jest w dziewięciu częściach i zaczyna się od od pierwszego spotkania pełnego czułości, poprzez mocno bijące serca, niepewność, aż po burzliwą noc pełną seksu. Potem jest konfrontacja, szok i zmiana, rozczarowanie i złość, zaskakujący brak więzi i w końcu odpuszczenie i akceptacja. Bez względu na to, jak będzie wyglądała przyszłość...
Otwierający płytę ''8030'' utwór ''Contact (0000-0256)'' trwa 14 minut i 35 sekund. Po kilku pierwszych dźwiękach pojawiają się głosy, w tle formują się neoprogowe dźwięki, które przechodzą we wspaniałą melodię unoszącą się w przestrzeni. Po przeszło trzech minutach do akcji wkracza Carsten Hütter ze swoją przyprawiającą o dreszcze solówką na gitarze. Nie trwa może zbyt długo, ale jest wyjątkowo piękna i nie powstydziłby się jej sam Steve Rothery. Powróci ona jeszcze raz w okolicach jedenastej minuty. W głębi brzmią subtelne klawisze Armina stanowiące pomost pomiędzy cudownie brzmiącymi strunami, a głosem Julii, który pojawia się dopiero w piątej minucie utworu. Od tego momentu nagranie ma bardziej rockowe brzmienie, często zmienia się jego rytm i struktura. W środkowej części Julii towarzyszy gitara akustyczna, która emanuje łagodniejszą atmosferą. ''Contact '' to absolutnie wspaniały otwieracz, który znakomicie wprowadza słuchacza w dalszą część albumu. Utwór nie spieszy się, nakładając dźwięki na siebie i zamieniając pierwsze spotkanie dwojga ludzi w epicką podróż dźwiękową. Śpiew Julii brzmi niemal jak sen unoszący się w powietrzu, a wspomniane solówki Carstena dopełniają uczucia lotu w przestworzach.
''Persuasiveness (0257-0262)'' to chwytliwa melodia rozpoczynająca się gitarą a'la Saga. Prym jednak wiodą tu klawisze przypominające nieco Clive’a Nolana i głos Julii Graff - delikatny w zwrotkach i potężny w refrenach. Utwór balansuje między uwodzeniem, a niepokojem i jest niesiony przez zaakcentowany basem fundament I, jak już wspomniałem, piękne dźwięki syntezatora.
W ''Attraction (0263-0506)'' zespół zabiera nas do pubu. Po chwilowym gwarze gości słyszymy dźwięki lekko bluesowej gitary, która bedzie nam brzęczeć już do samego końca utworu. W tle majaczą bardzo przyjemne klawisze i rytmiczny bas. Śpiew wokalistki jest aksamitnie miękki i miły w odbiorze. Kompozycja utrzymana w stylu łagodnego amerykańskiego rocka jest niezłym łącznikem pomiędzy ''Perswazją'' a ''Niepewnością''.
''Unvertainty (0507-0551)'' zaczyna się bardzo dynamiczną perkusją i ostrymi riffami gitary. W tym najkrótszym utworze na płycie wyróżniłbym przede wszystkim wokalistkę i klawiszowca w refrenach, w których oboje doskonale ze sobą współpracują.
''Desire (0552-0740)'' to jeden z moich ulubionych fragmentów albumu. Deszcz, hipnotyczny bas, odgłos grzmotu, krótka rozmowa kochanków, a w tle ambientowe klawisze i psychodeliczna gitara. Trochę senna atmosfera podsycana jest namiętnym głosem Julii, a w miarę rozwoju sytuacji tempo staje się coraz bardziej drapieżne, by w końcówce znów się uspokoiło. To prawie sześć minut oddające w pełni czym jest ''Pożądanie''. No i ta dzika solówka Carstena... Cała piątka muzyków Elleven wypadła tu wybitnie, udowadniając jak dobrymi są muzykami .
Nieco upiorne wprowadzenie do "Venture – Clash – Clarity (0741-3792)" po chwili ustępuje miejsca nostalgicznej gitarze i pastelowym klawiszom. Ta długa kompozycja jest chyba najbardziej złożona na całym wydawnictwie. Muzycy bawią się ledwo uchwyconymi pauzami oraz zaskakującymi momentami, których słuchacz nie do końca może być świadomy. Kilka świetnych solówek, w tym jedna jakby żywcem wyjęta z Kalle Wallnera, co nie jest zarzutem, a raczej formą podziwu. Miłośnicy RPWL, jak rownież naszego Moonrise, będą z całą pewnością ukontentowani po wysłuchaniu tego pięknego utworu. To kolejny mocny punkt płyty ''8030''.
Rozczarowanie i złość spowodowane oddaleniem się od siebie to motyw przewodni ponad dziewięciominutowego utworu "Deception (3793-5123)". Muzycznie przypomina mi on Arenę z lekką domieszką Genesis i drapieżną porcją soczystego hard rocka. Początek jest bardzo klimatyczny i łagodny, a wraz z upływającymi sekundami utwór zaczyna kipieć niczym lawa w wulkanie. Pełno tu gorzko-słodkich emocji potęgowanych niepokojącym momentami śpiewem wokalistki.
Ostatnie półtorej minuty to kolejne uspokojenie i świetne wprowadzenie do kompozycji ''Release (5124-6410), która bardzo przypomina mi twórczość Kamila Konieczniaka. To naprawdę świetny neo prog w najpiękniejszej postaci. Julia Graff na początku partii śpiewanej brzmi niczym... John Carson. Carsten Hütter po raz kolejny czaruje swoimi przyprawiającymi o gęsią skórkę solówkami, Armin Riemer oszałamia popisami na keyboardzie, a René Lozynski i Michael Hahn nadają fantastyczny rytm tej kompozycji. Nie popełnię chyba bluźnierstwa twierdząc, że są nie gorsi niż Pete Trewavas i Mick Pointer, w każdym bądź razie odwalili tutaj na pewno kawał świetnej roboty. Utwór jest kolejnym mocnym (jak nie najmocniejszym) punktem tej bardzo udanej płyty. Muzyka ma tu przestrzeń do oddychania, pozwala na pauzy i tworzy wzruszającą narrację z dźwięków i ciszy. Chce się tego słuchać wciąż i na okrągło.
Dochodzimy do ostatniej części opowieści o tej jakże złożonej historii dwojga ludzi, którzy postanowili ze sobą być. To "Conciliation (6411-8030)" trwający (inaczej być nie mogło) 11 minut i 11 sekund. Bardzo nostalgiczny wstęp ustępuje po trzech minutach mocniejszym tonacjom, a całość kończy się optymistycznymi dźwiękami (jakby nie patrzeć, mówimy o ''Pojednaniu'').
Czas na podsumowanie. "8030" to trzeci album niemieckiego zespołu Elleven w ciągu 24 lat jego działalności, co nie jest oszałamiającą ilością, za to zawierający wysokiej klasy utwory poruszające się na granicy neoprogresywnego kunsztu zarezerwowanego tylko dla najlepszych. Płyta mówi nie tylko o trudnych doświadczeniach życiowych, ale także o wielu radościach i smutkach, szczęściu i rozpaczy. Inni mogą śpiewać hity w telewizji i wyczarowywać “idealny świat”, a Elleven pokazuje nam, że wszystko i wszyscy są cholernie skomplikowani. I że jeśli widzisz tylko jedną stronę, reakcja drugiej, niezauważonej lub stłumionej strony może być destrukcyjna. Możesz odczuwać szczęście tylko wtedy, gdy już doświadczyłeś nieszczęśliwości – uświadomienie sobie tego może zająć owe 8030 godzin (zawarte w 76 minutach i 43 sekundach) muzyki wypełnijącej ten album.
Jest to album bardzo osobisty, ale nie sztampowy. Jest również postępowy, nie zatracając się przy tym w sobie. No i jest bardzo emocjonalny, choć muzycy nawet na chwilę nie tracą kontroli nad tym, co stworzyli. Jeśli lubisz melodyjne aranżacje i pastelowe pejzaże dźwiękowe z domieszką nieco abstrakcyjnych rytmów, odrobiną hałasu i mocy, z wręcz elegijnymi solówkami, niesamowitymi klawiszami i cudownym głosem wokalistki, to ten album jest w sam raz dla Ciebie. Bardzo go gorąco polecam i liczę, że na kolejny tytuł grupa Elleven nie każe nam czekać kolejnych dziesięciu lat...
