Jest druga połowa lat 70. W królestwie muzyki zaczynają się rządy Sex Pistols, The Clash, Ramones, Blondie, The Damned, Patti Smith i wielu pomniejszych wykonawców. Artyści tworzący symfonicznego i progresywnego rocka zostali prawie wyklęci i zamknięci w kazamatach zapomnienia. Rick Wakeman powiedział kiedyś, że zapytanie w tamtych czasach o płytę progrockową w sklepie muzycznym było równie wstydliwe jak zakup świerszczyka spod lady. W 1978 r. w Southampton pojawiła się jednak iskierka, która na nowo miała rozpalić i przywrócić szeroko rozumiane zjawisko art rocka. Martin Orford, Mike Holmes i Peter Nicholls, czyli późniejsi liderzy IQ, założyli zespół o nazwie The Lens. I choć nie wydali wtedy żadnego oficjalnego albumu czy chociażby kasety (ich debiutancka płyta ''A Word In Your Eye'' ukazała się po reaktywacji dopiero w 2001 r.), to występy na lokalnych scenach wznieciły ogień, a za ich przykładem zaczęło podążać coraz więcej muzyków. Prawdziwy rozkwit nowego gatunku nastąpił na początku lat 80. Wówczas to w angielskim Aylesbury powstał chyba najbardziej znany zespół w nowym nurcie – Marillion. Zespół za sprawą niesamowitej ambicji, niemal codziennych koncertów oraz przede wszystkim ogromnej chęci tworzenia muzyki powoli przeciwstawiał się punkowej rewolucji, mając u swego boku powstałe równocześnie grupy: wspomniany już IQ, Pallas, Pendragon i przede wszystkim Twelfth Night z niesamowicie charyzmatycznym frontmanem Geoffem Mannem.
Tak naprawdę, to wszystko zaczęło się od tych ostatnich i można tylko zgadywać, co by się stało gdyby panowie Andy Revell (pomysłodawca nazwy zespołu) wspomniany Geoff Mann, Brian Devoil, Rick Battersby i Clive Mitten nie nagrali i nie wydali w 1981 r. koncertowego albumu ''Live at the Target'' zawierającego 4 utwory, w tym kultowy ''Sequences''? Za właściwy debiut należy uznać wydany na MC ''Smiling At Grief'' w 1982 r. (w wersji CD na rynku pojawił się dopiero w 1991 r.). Kilka miesięcy później światło dzienne ujrzał krążek ''Fact and Fiction'' - płyta absolutnie wspaniała i niemal genialna, co więcej, brzmiąca najbardziej oryginalnie pośród ówczesnej wylęgarni “klonów Genesis” z marillionowym „Błaznem” na czele. Później były jeszcze ''Art & Illusion'' (1984 r.) i ''Twelfth Night XII'' (Aka: The Virgin Album). Były to bardzo dobre albumy aczkolwiek zbyt podobne do twórczości Fisha, Rothery'ego i spółki. Zespół zatracił poniekąd świeże spojrzenie na muzykę i zaczął komponować komercyjne nagrania, co trudno jednoznacznie potępiać, bo żyć za coś trzeba było, a skoro rywalom się udało, to czemu i oni nie mieli spróbować?
I tu mógłbym zakończyć pisanie o historii grupy Twelfth Night, bo kolejne wydawnictwa to albo koncertówki albo reedycje, albo kompilacje. Chciałbym zatrzymać się właśnie przy jednej z nich, a mianowicie ''Collectors Item'' z 1991 roku. W 1988 r. (wybaczcie mnogość tych dat, ale są one niezbędne, aby zobrazować powstanie tej wyjątkowej płyty), jakiś czas po rozpadzie zespołu wynikającego z rozczarowującego przyjęcia ''XII'', panowie z Twelfth Night (najlepszy i najbardziej ceniony przez słuchaczy skład, który przedstawiłem nieco wcześniej) wspominając stare dobre czasy, poruszyli temat ''Kolekcjonera'' - epickiego utworu z epoki Geoffa Manna, łączącego być może najbardziej zaawansowaną kolekcję muzycznych pomysłów z tym, co było prawdopodobnie najlepszą liryczną koncepcją Geoffa w historii (o skąpcu na łożu śmierci wspominającym swoje życie i zastanawiającym się, czy jego nieustanne gromadzenie materialnego bogactwa i władzy było tego warte). To fascynująca opowieść o głębokim zacięciu filozoficznym, nawet jeśli niekoniecznie podzielało ono chrześcijańską interpretację Manna na ten temat. A że nagranie było znane tylko z koncertów, postanowiono, że ''Collector'' trzeba nagrać w studio. I jak ustalili, tak zrobili - jeszcze w tym samym roku (1988) spotkali się u Clive'a Mittena i ich największe dzieło przelali na taśmę. Przy okazji (chwała im za to) powstały wersje studyjne utworów ''The Ceiling Speaks'' i ''Deep In The Heartland''. Nagrano też na nowo jeden z najbardziej znanych utworów Twelfth Night, jakim jest ballada ''Love Song''. Zanim przejdę do omówienia poszczególnych nagrań, jeszcze jedno wyjaśnienie - opieram swoją recenzję na wersji cyfrowej zawierającej 13 utworów, które zostały wydane (w 3 różnych kombinacjach) na oryginalnym podwójnym LP, kasecie i krążku CD przez wytwórnię Food For Thought w 1991 r. oraz późniejszym ponownie wydanym CD w Cyclops Records w 2001 r.
Kompilację “Collectors Item” rozpoczyna mój ulubiony utwór ''The Ceiling Speaks''. Utwór, którym Twelfth Night bardzo często zaczynali swoje koncerty. To potężne, nietuzinkowe, neoprogresywne nagranie z gotyckim klimatem i epickimi momentami, z niesamowitymi fragmentami klawiszowymi i cudownym wokalem Geoffa, no i jakże charakterystyczną gitarą Andy'ego. Zdecydowanie wpada w ucho i zostaje w pamięci. Nie można tego niestety powiedzieć o ''Deep In The Heartland''. Mimo to, dobrze że zespół zdecydował się na umieszczeniu go na ''Collector's Item''. To dość prosta kompozycja bez żadnych fajerwerków. Dosyć monotonny rytm toczy się praktycznie przez cały czas i gdyby nie głos Manna, to można by pomyśleć, że to Bowie, a nie progrockowa kapela.
''We Are Sane'' to pierwsze z naprawdę długich nagrań na tym wydawnictwie. Pełna pasji kompozycja z licznymi ozdobnikami dźwiękowymi (odgłosy krzyczących chłopców, stukanie maszyny do pisania…), częstymi zmianami tempa, a przede wszystkim z rewelacyjnymi partiami wokalnymi Geoffa Manna. Jeden z kamieni milowych neoprogresywnego rocka wydany oryginalnie na ''Fact And Fiction'', płycie bardzo ważnej dla rozwoju tego nurtu.
Od czwartego utworu przechodzimy do sekwencji pięciu kompozycji nagranych z drugim wokalistą, czyli z Andym Searsem, który był obecny przy nagraniu płyt ''Art & Illusion'' (1984) i ''XII'' (1986). Co ciekawe, do tytułowego utworu tego pierwszego albumu (EP-ki?) tekst napisał jeszcze Mann. Wraz z jego odejściem nastąpiła zmiana brzmienia zespołu - więcej tu zwłaszcza new wave, ale i brzmienia punk, a nawet metalu. Progresywny pierwiastek pozostał jedynie w partiach gitary Andy Revella. Pomimo to, naprawdę dobrze się tego słucha, bowiem grupa umiejętnie umieściła tę piątkę w środku kompilacji, niejako dla kontrapunktu i żeby potencjalny fan zespołu miał szerszy horyzont w odniesieniu do działalności i twórczości Twelfth Night. Osobiście uważam, że Andy Sears to nie tej klasy wokalista co Geoff Mann (inna sprawa, że w tamtym czasie mało kto mógł się z nim równać), ale dał radę, zwłaszcza przy nowym brzmieniu. A porównywanie go z Simonem Le Bonem, jak również całego zespołu do Duran Duran, jest przesadzone i chyba lekko krzywdzące. Żeby nie było, nie umniejszam roli, jaką odegrali w historii muzyki autorzy ''Ordinary World'' czy ''Come Undone'' (nawet często słucham), ale jeśli miałbym doszukiwać się jakiś odniesień w brzmieniu Twelfth Night, to bardziej do Ultravox i A Flock of Seagulls niż do Duran Duran. Zresztą doszukiwanie się podobieństw niczego nie zmienia, a moim skromnym zdaniem, zmiana stylu ''przysłużyła się'' niestety do upadku Twelfth Night. Odejście Geoffa oznaczało zerwanie z progresywnym obliczem grupy, a wskoczenie w już wartko płynący nurt new romantic nie mogło zakończyć się sukcesem, tym bardziej, jeśli podpisujesz kontrakt z mało liczącą się wytwórnią lub kolosem stawiającym na komercję.
Wracając do ''Collector's Item'' - pierwszym utworem z Andym na wokalu jest ''Art & Illusion''. Ciekawe, czy grupa The Cult słyszała to nagranie, bowiem pierwsze fragmenty łudząco przypominają brzmienie panów z miasta Bradford. Jakbyśmy jeszcze usłyszeli Iana Astbury'ego, to moglibyśmy pomyśleć, że odkryliśmy ich niepublikowany wcześniej kawałek. To kompozycja bardzo energiczna i melodyjna, łatwo wpadająca w ucho. Dużo w niej entuzjazmu i (mimo wszystko) ciekawego głosu Searsa. Jeszcze lepiej Andy wypadł w następnym utworze - ''First New Day''. Jest to przepiękna (nie waham się tak stwierdzić) ballada, w której fani Ultravox i Areny po prostu zakochają się po uszy. Biciem dzwonów przechodzimy do ''Take A Look''. To cudowna, jedna z najlepszych w historii, neoprogowa kompozycja trwająca ponad 11 i pół minuty. Słucha się jej z wypiekami na twarzy i ciarkami przechodzących po plecach. Paradoksem jest to, że utwór jest odosobniony brzmieniowo w stosunku do całości ''XII'' i można tylko gdybać co by się stało, gdyby cała płyta została tak skonstruowana?... W każdym razie to z całą pewnością pozycja obowiązkowa na playlistach miłośników tego gatunku muzycznego. Kolejne pozycje na ''Collector's Item'', czyli ''Last Song'' i ''Blondon Fair'' również pochodzą z płyty ''XII'' . Pierwszy z utworów oscyluje pomiędzy Saga, a Styx i Survivor, drugi przypomina nieco solowe nagrania Petera Gabriela z domieszką stylu grupy IQ. Słucha się tego nawet nieźle, ale to właściwie wszystko co mogę napisać o tych kompozycjach.
Przechodzimy teraz do clou wydawnictwa - nagrania dla którego powstało wydawnictwo ''Collector’s Item''. O kompozycji ''The Collector'' wspominałem już wcześniej przy okazji pisania historii powstania tej kompilacji, teraz dodam jeszcze, że to jedne z najlepszych 19 minut w historii muzyki. Warto było się urodzić, by mieć okazję posłuchać takiego ARCYDZIEŁA. Ta kompozycja stawia Twelfth Night na piedestale neoprogresywnego rocka, czyniąc z nich nieśmiertelnych herosów niebiańskich brzmień i tonów. Nawet Marillion (tu mogę podpaść fanom tej grupy) nie miał w swoim wspaniałym repertuarze czegoś tak wybitnego jak ''Kolekcjoner''. Można (i trzeba) zachwycać się tu wszystkim - śpiewem Geoffa Manna, genialną gitarą Andy Revella, cudownymi klawiszami Ricka Battersby'ego i Cliva Mittena, subtelnym, acz bardzo wyczuwalnym basem tego ostatniego (gra fragmentami również na gitarze) oraz fantastyczną pracą Briana Devoila na perkusji. Dla mnie ten utwór uosabia wszystko, co jest najlepsze w tym gatunku, muzycznie uderzając w wiele różnych obszarów, przenosząc słuchacza w inny wymiar doznań.
Kolejną perełką na tej kompilacji jest ''Love Song''. Piękna ballada z cudowną gitarą i wspaniałymi klawiszami. Na osobną uwagę znów zasługuje Geoff Mann. Jego ciepły głos (tym razem obyło się bez charakterystycznych falsetów) wprowadza słuchacza w stan odprężenia i swoistej medytacji. Jest to utwór będący swego rodzaju hymnem i muzycznym credo zespołu. I jego najwspanialszą wizytówką.
Potężne klawisze i dźwięk werbli wprowadzają nas do ''Fur Helene - part one''. To bardzo ciekawe nagranie poruszające się po różnych zakątkach muzyki (na upartego można się doszukać analogii do twórczości np. The Shadows!). Genialny Clive Mitten na basie daje niesamowity popis i naukę młodym adeptom, jak grać na tym instrumencie. Jest to pierwsze z trzech koncertowych nagrań zawartych na ''Collector's Item''. Mówimy oczywiście o wersjin z której ja korzystam dla potrzeb niniejszej recenzji. Drugim jest ''Creepshow''. Wspaniały utwór, którego pierwsza wersja ukazała się na albumie ''Smiling Grief'', rozszerzona na ''Fact and Fiction'', a ta, którą omawiam - na ''Live and Let Live''. Według mnie najlepsza jest ta druga i tę właśnie Wam polecam. Słuchając tego utworu można się zastanawiać, czy przypadkiem niektóre linie gitarowe Steve'a Rothery'ego nie były inspirowane utworem ''Creepshow''? Końcówka tego długiego nagrania (trwa ponad 12 minut) jest po prostu kosmiczna!
Jeszcze dłuższy jest utwór ''Sequences''. To ponad szesnastominutowa epicka wręcz kompozycja zawierająca wszystko, co najlepsze w muzyce Twelfth Night. Pochodzi ona ze wspomnianej chwilę wcześniej koncertówki ''Live and Let Live'', ale pierwotnie ukazała się (w wersji instrumentalnej) już w 1981 r. na ''Live at the Target'', w czasie gdy zespół opuściła Electra McLeod, a nie było w nim jeszcze Geoffa Manna. Studyjna wersja ukazała się w 2018 r. (tak instrumentalna, jak i wokalna), a z orginalnego składu nagrali ją jedynie Andy Revell i Brian Devoil. Pomimo braku pozostałych (a zwłaszcza Geoffa) również da się tego słuchać. Już intro zapowiada, że czeka nas wspaniała muzyczna uczta. a później jest tylko lepiej i lepiej. Zwłaszcza druga połowa jest nie do opisnia słowami - wszyscy muzycy pokazują swoje najlepsze ‘ja’ i w takim właśnie stylu kończą tę wyjątkowo dobrą kompilację.
Reasumując, Twelfth Night to chyba najbardziej niedoceniony i pechowy zespół z kręgu progresywnego rocka. Pomimo wspaniałych nagrań nie dorównali popularnością innym wykonawcom tego gatunku. Weźmy choćby za przykład album ''Fact and Fiction'' z 1982 r. – arcydzieło, a jednak znane wyłącznie koneserom. Rzut oka na konkurencję: Marillion – „Script For A Jester’s Tear” (1983), IQ – „Tales From The Lush Attic” (1983), Pallas – „The Sentinel” (1984), Pendragon – „The Jewel” (1985)… Wniosek nasuwa się sam: to nie fikcja lecz fakt, album ten był prekursorskim, jeżeli chodzi o neoprogresywne granie, a przecież geneza zespołu nie rozpoczyna się od tej płyty, sięga czasów znacznie wcześniejszych, bo grupa Twelfth Night powstała w 1978 roku. Faktem jest też, że mimo wielu cech wspólnych każdy z tych albumów był z pewnością wyjątkowy i niepowtarzalny. Gorąco zachęcam do zapoznania się zarówno z omawianą dziś przeze mnie tą kompilacją, jak i z całą twórczością Twelfth Night. Zasługują na to.
