mlwz - edunitsky - baner - motyl

Deep Purple - Machine Head (2024 remix)

Tomasz Kudelski

To chyba najdłużej pisana przeze mnie recenzja, bo zacząłem ją jeszcze w marcu 2024 r., pisząc tekst o „Smoke on the Water”, który miał być w założeniu tylko przedsmakiem recenzji całości rocznicowego wydawnictwa „Machine Head”.

I dosyć długo nie mogłem tego tekstu dokończyć dlatego, że w międzyczasie ukazał się nowy album Deep Purple „=1” i pisanie o reedycji „Machine Head”, wydawało mi się jakoś mało istotne. A już zupełnie straciłem wigor, gdy okazało się, że fizycznie tej reedycji w Polsce w zasadzie nie można kupić, a swoje apetyty musiałem zaspokoić streamingiem.

I tak dojechaliśmy ni stąd ni zowąd do lipca 2025 r., w którym masową wyobraźnię fanów hard rocka zajmowało napierw spektakularne pożegnanie Black Sabbath, a potem śmierć Ozzy'ego Osbourne'a. Na marginesie, gdy zaczynałem swoją przygodę z muzyką hardrockową gdzieś w roku przemian 1989 i chwilę potem uważałem Black Sabbath (co u mnie nawet do dzisiaj pokutuje) jako zespół „bliźniaczy” do Deep Purple, będący częścią purpurowej rodziny na podobnej zasadzie jak Whitesnake. Wiem, brzmi to poniekąd obrazoburczo, chyba że ktoś przygodę z Black Sabbath rozpoczynał od albumu „Headless Cross”, dla mnie trochę już legendarnego. Przez większość lat 80. za mikrofonem Black Sabbath stali mocno „purpurowi” wokaliści, a basiści i perkusiści po stażu w Rainbow czy Whitesnake mieli w zasadzie gwarantowane miejsce albo w Black Sabbatth albo u Ozzy'ego. Oczywiście wszystko to trwało do momentu, gdy stery przejęła mocniej Sharon Osbourne, co musiało doprowadzić do marginalizacji innych składów.

W Deep Purple jednak również dzieje się całkiem sporo i to na kilku frontach. Nowy album nagrywany w maju br. w Nashville jest już pewnie na ukończeniu i powinien pojawić raczej szybciej niż później. Nim to jednak będzie miało miejsce, to obecna wytwórnia Deep Purple, Ear Music, na koniec sierpnia zapowiada reedycję z okazji 20-lecia trochę zapomnianego (według mnie niesłusznie) albumu „Rapture of the Deep”, gdzie nowy remiks, za który odpowiada Eike Freeze, zapowiada spory skok jakościowy w zakresie brzmienia albumu. No i pod rocznicowym szyldem „50+” dostaniemy kolejną reedycję „Made In Japan” oraz wszystkich trzech japońskich koncertów, które promuje świetny wideoklip „Highway Star” (z oryginalnym obrazem z Tokio z 17 sierpnia 1972 r.). I nawet jeżeli to nie jest to wersja, która trafiła na „Made In Japan”, to wykonawczo jest jeszcze lepsza od tej zaprezentowanej na scenie w Osace dzień wcześniej.

Zarówno za reedycję „Machine Head”, jak i „Made In Japan” odpowiada niestety amerykański oddział Warner Music - Rhino, co niestety źle rokuje, jeżeli chodzi o możliwość nabycia fizycznych nośników w Europie w ramach regularnej dystrybucji. Amerykanie kojarzą Deep Purple w zasadzie głownie z okresu „Machine Head” oraz „Made In Japan”, a ci bardziej wtajemniczeni mogli słyszeć jeszcze o „Hush” lub „Perfect Strangers”...

Tak więc ostatecznie nadszedł czas na domknięcie tematu remiksu płyty „Machine Head”. Rocznicowa edycja „Machine Head”, a w szczególności jej nowy miks nie spotkał się z ciepłym przyjęciem fanów. O samym remiksie przygotowanym przez syna Franka Zappy, Dweezila, zespół wypowiadał się z kurtuazją, ale też pewną wstrzemięźliwością, wskazującą raczej dla brak euforii dla finalnego efektu.

Letnie przyjęcie fanów oraz zespołu kontrastowało jednak z niezłymi recenzjami, co rodzi pytanie o przyczynę takiego stanu rzeczy, pomijając okoliczność, że część z nich mogła być pewnie zamówionymi materiałami promocyjnymi.

Oczywiście „Machine Head” uchodzi dziś za płytę kanoniczną w dorobku Deep Purple, choć niejako przyćmioną wykonawczo koncertówką „Made In Japan”. Problem z obcowaniem z absolutem jest taki, że cokolwiek z nim nowego nie zrobisz, jesteś skazany na porażkę. Jeżeli nowy miks pozostaje wierny oryginałowi, to… po co go robić? Jak cokolwiek zmienisz, dostaniesz po głowie za szarganie muzycznej świętości…

Dla wielu osób oryginalne „Machine Head” Martina Bircha zawsze będzie stanowiło wzorzec brzmienia tego albumu ponieważ obcują z nim od zawsze i to nawet jeżeli od strony brzmienia to Martin Birch nie był przecież bynajmniej producenctem „audiofilskim”. Można by mu postawić kilka zarzutów, w tym pewną kliniczność, bezduszność czy anemiczność brzmienia, w szczególności w kontraście do znanych wykonań na żywo.

Na płycie „Machine Head” zespół brzmi na swój sposób niemalże delikatnie, jakby muskali instrumenty w stosunku do koncertowego wydania zespołu. Nie ma na tej płycie przypadkowości i może odrobinę brakuje pewnej żywiołowości, szaleństwa czy entuzjazmu (w stosunku do wcześniejszych płyt zespołu). Lecz wszystko jest dokładnie zaplanowane i spójne. Zaś nowy remiks nie jest według mnie tak zły jak chcieliby niektórzy, ani tak genialny jakby chcieliby inni.

Z jednej strony Dweezil Zappa chciał zostawić swój wyraźny odcisk na tym materiale, ale też starał się zachować pewną łączność z wersją kanoniczną. Generalnie, aby uwspółcześnić brzmienie „dogrzał” instrumenty, dzięki czemu uzyskał trochę bardziej koncertowe brzmienie. Dołożył też sporo pogłosów i echa, prawdopodobnie próbując dołożyć tym samym trochę emocji i tchnąć więcej energii w profesorskie wykonania. Jako że jednocześnie pracował nad miksem wielokanałowym w technologii Dolby ATMOS, wydaje się, że pewne rozwiązania zostały zastosowane zostały jako ukłon w kierunku osób słuchających w systemach wielokanałowych.

Wydaje się też, że pomysł na nowy remiks był taki, aby postawić na pierwszym planie jeden instrument lub wokal i następnie obudować go pozostałymi, co powiodło się różnie. „Highway Star” wyszło zupełnie dobrze i bardziej energetycznie i nawet dodany w końcówce wrzask Gillana wcale mnie nie razi. Dodane efekty gitarowe jakby startującego samolotu w konwencji tego utworu w ogóle nie przeszkadzają w odbiorze (inaczej niż przypadku „Pictures of Home”, o czym za chwilę).

„Maybe I Am A Leo”, poza przestrzennymi gitarowo-hammodowymi wstawkami, nie wnosi radykalnej zmiany.

Zupełną porażką okazał się za to mój ulubiony utwór z tej płyty – „Pictures of Home”. Brzmienie perkusji zostało spektakularnie popsute i legendarne intro Jana Paice brzmi jak przypadkowo wpadające do piwnicy ziemniaki. W tym utworze producent postawił na gitarę Blackmore’a, której wysunięcie nie dodało utworowi energii, a spowodowało wycofanie wokalu, basu i organów i w konsekwencji cały efekt finalny jest zupełnie nieprzekonywujący i utwór zatracił całą magię oryginału.

Nie najlepiej wypada też „Never Before”, gdyż najpiękniejszy fragment utworu - wokaliza Gillana - została utopiona w nałożonych na pozostałe instrumenty pogłosach.

O „Smoke on the Water” napisałem osobny esej, teraz tylko warto dodać, że animowany teledysk pokazujący w wizualnej formie historię nagrywania „Machine Head” wart jest poświęcenia mu kilku minut życia.

„Lazy” jest bardzo spoko. Zupełnie inaczej brzmi wokal Gillana, nawet tak jakby została wykorzystana jakaś alternatywna wersja. Klawiszowe intro (tutaj odrobina „kosmosu”) w niczym nie przeszkadza.

„Space Truckin’” też brzmi zupełnie fajnie poza końcowym solem perkusyjnym, które zeszło trochę na drugi plan kosztem klawiszowego podkładu. Oczywiście studyjna wersja tego utworu ma się nijak do potęgi, z jaką ten utwór był wykonywany na koncertach.

I wreszcie na koniec „When a Blind Man Cries”. Przyznam, że to mój ulubiony fragment nowego miksu. Nigdy ten utwór nie brzmiał tak dobrze, szczególnie wokal Gillana jest przenikliwie smutny i piękny jednocześnie. Nałożenie na gitarowe solo efektu typu flanger osobiście mi nie przeszkadza, choć wielu osobom tak - brzmi to trochę jak gitara z „Planet Caravan” Black Sabbath.

Pisząc tę spóźnioną recenzję uzupełniłem zaległości i jestem gotowy na to, co przyniesie purpurowe lato.

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski