Skinner Project - To Earth, With Love

Tomasz Dudkowski

Po raz kolejny muzyczne poszukiwania zaprowadziły mnie na kontynent południowoamerykański, a konkretnie do brazylijskiego São Paulo. Tam w 2017 roku Léo Skinner powołał do życia formację, której nadał niezbyt wyszukaną, ale biorąc pod uwagę, że początkowo był to jednoosobowy zespół, całkiem adekwatną, nazwę - Skinner Project. Zadebiutował w tym samym roku trzyutworowym minialbumem „Stoic Waves”, a wśród zaproszonych gości znalazł się m.in. znakomity perkusista Craig Blundell. Przez następne 4 lata zaprezentował 4 single oraz jeszcze jeden minialbum „Stoic Waves: Voyage II” (2019). Na pełnowymiarowy krążek kazał poczekać do lutego 2021 roku, gdy ukazała się płyta „Sound Connections”. Dyskografię uzupełnia dwuutworowy bootleg koncertowy „Love & Death” z ubiegłego roku. W czerwcu natomiast została wydana druga płyta długogrająca zatytułowana „To Earth, With Love”.

Zarejestrowała ją grupa w składzie: Léo Skinner (bas, wokal, syntezatory, gitary, programowanie), Gui Beltrame (gitary, wokal, chórki), Léo Nascimento (perkusja, instrumenty perkusyjne), Ranieri Benvenuto (syntezatory), Filipe Coelho (gitary) i Diogo Magdaleno (perkusja). Krążek przynosi 52 minuty premierowego materiału podzielonego na 9 ścieżek. Sam zespół definiuje swoje brzmienie jako „alternatywny prog”, czyli połączenie rocka alternatywnego, progresywnego i muzyki elektronicznej. „To Earth, With Love” to album koncepcyjny, w którym kosmiczna podróż jest pretekstem do poruszania takich tematów, jak spełnianie marzeń, poczucie samotności, strata bliskich, czy wreszcie egoizm rodzaju ludzkiego i to jak w sumie niewielką cząsteczką wszechświata jest człowiek. Cóż, trzeba przyznać, że w związku z kosmiczną podróżą Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego i wywołanym nią zainteresowaniem tą tematyką w naszym kraju, Léo wstrzelił się idealnie. Nie można zapomnieć także o tym, że częściowo podobnej problematyki dotyka ostatnia płyta Stevena Wilsona, a właśnie on, obok grupy Rush, wymieniany jest jako główna inspiracja dla poczynań projektu.

Jeśli chodzi o wspomniane powyżej kanadyjskie trio, to jego wpływ najlepiej słychać w wyrazistych partiach basu przykuwających uwagę na całej płycie, w których wyczuwalna jest fascynacja grą Geddy’ego Lee. Wyraźnie można usłyszeć ją już w otwierającym płytę nagraniu „To The Stars”, gdzie linia basu przykuwa uwagę od intensywnego początku, poprzez klimatyczne wyciszenie w drugiej minucie, solówkę na tymże instrumencie z kongami w podkładzie niczym u Santany, aż po nastrojową wolniejszą część z piękną gitarową solówką, po której znów dostajemy ognisty motyw znany z początku. Całość ubarwia Ranieri Benvenuto brzmieniem pianina Rhodesa. Całkiem sporo jak na niespełna ośmiominutowe nagranie. Rozpoczynamy podróż w kosmiczną przestrzeń, ale także w głąb siebie, swoich marzeń i lęków:

You are a bright light in an endless universe./ A tiny sparkling light spinning on your own/ Oh, You are grand scheme of life./ You are the real and the only truth.

You’ll never wander back to the past once you knew before/ And you’ll find you earned the space/ You gotta be aware you’re your only foe

On this spatial race…Hey you, it's time to bring that fire and ignite the rocket to the moon/ Only you can make your dreams worth the flame… only you”.

“To Earth, With Love” to ballada o miłości do naszej planety i tęsknocie za nią:

“You look so pretty in the middle of nowhere/ Alone, you shine – My shelter in universe/ There’s beauty on your pale blue light/ And I miss you so much”.

W podkładzie króluje przestrzenna gitara oraz subtelne orkiestracje. Jest też fragment, który może kojarzyć się z dokonaniami naszego Collage – są tu charakterystyczne brzmienia instrumentów klawiszowych niczym u Krzyśka Palczewskiego oraz krótkie solo w stylu Mirka Gila (albo Michała Kirmucia), a śpiew Léo w cytowanym powyżej refrenie luźno kojarzy mi się z wokalem Jiniana Wilde’a (czyli aktualnego frontmana Believe).

W „No Answer” znów otrzymujemy kilka zmian tempa, od spokojnego początku po niemal progmetalowe granie w stylu mocniejszych nagrań Riverside z zadziorną solówką gitarową, a w to wszystko wplecione jest syntezatorowe solo rodem z lat 80.

Na ścieżce oznaczonej indeksem 4 umieszczono kompozycję „Report #28”. Tu znów mocniej słychać fascynację dokonaniami Rush. Mamy tu niezwykle wyrazistą pracę sekcji rytmicznej z wysuniętym na przód basem w połączeniu z klawiszowymi motywami w stylu Jean-Michela Jarre’a oraz pojawiającymi się w tle gitarowymi solami. Tym razem Léo nie śpiewa, ale czyta tekst napisany w formie raportu kosmonauty, którego statek opanowały potwory. Samotny eksplorator kosmosu, który stracił kontakt z Ziemią pół roku wcześniej nie może opowiedzieć nikomu, co zobaczył, a pisanie raportów to jego jedyny sposób na pozostanie przy zdrowych zmysłach:

„To moje jedyne połączenie z odległą ludzkością, kotwica w rzeczywistości, którą zostawiłem za sobą. Czy poszukiwanie pulsującego sygnału w kosmosie, latarni morskiej potencjalnego inteligentnego życia, było warte porzucenia tych cennych połączeń?

Nagrywam tę transmisję z nadzieją, że ktoś, gdzieś, usłyszy mój głos i zrozumie, że wciąż jest nadzieja”.

„The Devil’s Fault” to już nasączona elektronicznymi brzmieniami piosenka z pulsującym syntezatorowym basem i subtelnie przetworzonym śpiewem o ludzkich błędach i porażkach:

“Underneath your skin there's a sinner/ An angry lover of the last night sin/ Maybe it was the devil's fault/ Temptation came and you couldn't get enough/

It's hard to see beyond our falls/ It's easy to live avoiding our fears/ It's so easy to run away when we lost control/ There's something so human in our guilt”.

Najbardziej przebojowym fragmentem płyty jest utwór „A Dream Of Us” opowiadający o tym, że ludzkość nie potrafi uczyć się na własnych błędach, z wpadającym w ucho refrenem, w którym wokalnie Léo wspiera Gui Beltrame:

“If the moon were to fall at night, it's fine/ If the stars doesn't show at night, it's fine/ Even If the wind stops to blow.../ We're supposed not to last forever”.

Utrzymana w średnim tempie pieśń „Disconnected” to chyba największy na płycie ukłon w stronę dokonań tria Lifeson – Peart – Lee. Tu nawet śpiew lidera miejscami mocniej przypomina wokal Geddy’ego, o podkładzie instrumentalnym nie wspominając. Warto zwrócić uwagę na trzy spokojniejsze fragmenty. W jednym na chwilę głównym wokalistą staje się Gui, w drugim porywającym solem na basie zachwyca Léo, a w trzecim jego delikatny śpiew wybrzmiewa na tle Hammondów obsługiwanych przez… perkusistę Léo Nascimento.

Najkrótszym w zestawie jest utwór „Speaking In Silence”, w którym głównym wokalistą jest Gui Beltrame. W jego głosie słychać przyjemny piach, a śpiew jest bardziej zadziorny.

I tak docieramy do finału, który stanowi ośmiominutowa kompozycja „Eternity”. Dużo tu mroku, ale także elektronicznych smaczków, schowanych w tle perkusjonaliów. Po raz kolejny pojawiają się solowe popisy Gui Beltrame, a uwagę przykuwa wyrazisty refren:

“I’m dreaming above the stars/ I’m dreaming how you were/ I’m facing the realities/ And dreaming with my destiny/ I’m missing all your light/ My home is out of sight”.

W końcówce po fragmencie ze słowami:

“If There’s still life. There’s still hope/ If There’s still light. There’s still hope/ If There’s still life. There’s still love/ If There’s still light. Still hope”

Wybrzmiewa jeszcze jedno solo gitarowe oraz recytowane słowa będące podsumowaniem płyty:

„Wieczność nie znajduje się w nieskończonym upływie czasu, ale w chwilach, które rozciągają się poza własne granice. Dotyk, ulotny uśmiech – rozbrzmiewają echem długo po tym, jak przeminęły. To w tych fragmentach odnajdujemy wieczność. Ostatecznie nie definiuje nas to ile czasu mieliśmy, ale chwile, które uczyniliśmy ponadczasowymi. Nie bój się. Wszystko w porządku.

Wszystko blednie. Ale nic tak naprawdę nie jest stracone. Każda gasnąca gwiazda, każde niewypowiedziane słowo wciąż pozostawia ślad – wyryty w bezkresie.

Na zawsze.”

Drugi pełnowymiarowy album Skinner Project przynosi naprawdę sporą dawkę interesującej muzyki, w której biegłość techniczna muzyków idzie w parze ze zmysłem do tworzenia ciekawych melodii. Mimo iż brazylijscy artyści czerpią całymi garściami z dokonań (głównie) Rush i spokojniejszych fragmentów twórczości Stevena Wilsona, to robią to w sposób, który nie tylko nie razi, ale także potrafi sprawić słuchaczowi mnóstwo przyjemności. To porcja intrygującej muzyki i słów, parafrazując tytuł, napisanych i nagranych „z miłości do Ziemi”.

Wydawnictwo ukazało się w formie plików cyfrowych i jest dostępne na stronie skinnerproject.bandcamp.com

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend w Zabrzu Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski