Zrodzony w niespokojnym czasie lockdownu i z radości spontanicznego tworzenia Ambient Den to nowy spacerockowy zespół złożony z australijskich muzyków progresywnych: Bena Cravena (debiutował 20 lat temu albumem „Two False Idols” pod szyldem Tunisia), Tima Bennettsa (Seven Day Mask, SUB INC) i Deana Poveya (Frankenfido). Wszystko zaczęło się od kameralnego jam session Cravena i Bennettsa, lecz potem przerodziło się w pełnoprawny projekt zespołowy, zbudowany na dynamicznej muzycznej chemii trzech nieprzeciętnie utalentowanych jednostek.
Debiutancki krążek zespołu, zatytułowany po prostu „Ambient Den”, to album koncepcyjny, opowiadający historię poszukiwań przez ludzkość nowego domu pośród gwiazd, których kulminacją jest budowa nowego odległego świata. Wybraną przez zespół stylistyczną ścieżką muzyczną jest space rock i literacki gatunek science fiction. Duch wczesnego Pink Floyd, produkcji spod znaku grupy Hawkwind, a po części także i Eloy przez cały czas unosi się w powietrzu. Wszystko to utrzymane jest w klimacie przyjemnej dla uszu melodyjności kreowanej przede wszystkim przez mistrzowskie partie gitar oraz potężne syntezatorowe brzmienia..
„Future History Part 1” to dwuminutowe kosmiczne intro, start w przestrzeń, ucieczka z Błękitnej Planety, strzeliste partie gitar unoszą nas w powietrze, ziemski świat pozostaje za nami... Wszystko to po to, by następująca po nim ośmiominutowa kompozycja „For All Mankind” stała się jedną wielką muzyczną kontemplacją emanującą z klawiatur syntezatorów, wspomaganych przez rytmiczny beat zestawu perkusyjnego, a fenomenalna melodyjna zwiewność dźwięków wydobywających się z gitary Cravena mogła wytyczać kierunek muzycznych poszukiwań zespołu. Zapadający w pamięć refren jest wręcz natarczywy, odurzający i wwiercający się w umysł, przeplatany niezliczoną ilością gitarowych wtrąceń. To po prostu świetny utwór z pogranicza space i prog rocka, który oszałamia i wysoko wiesza poprzeczkę.
Odrobinę oddechu łapiemy podczas instrumentalnego utworu „Provenance”. Wprawdzie wciąż utrzymuje on dźwiękową podróż na wysokim poziomie, ale już nie w tak zawrotnym tempie. Szlachetne, dostojne, jakby nieśpiesznie dobywające się z gitary Cravena nuty rozszczepiają przestrzeń swoimi intensywnymi dźwiękami, a finałowa fortepianowa sekcja w wykonaniu Bennettsa stanowi fascynujące soniczne doświadczenie.
Przychodzi teraz pora na blisko dziesięciominutową kompozycję „Earthrise”. Powraca bardzo miły dla ucha wokal Bena Cravena, powraca symbioza pomiędzy gitarami, a syntezatorowymi ścianami dźwięku z pojawiającymi się raz po raz ozdobnikami w postaci partii fortepianu, gitary akustycznej i łagodnego śpiewu. To spokojne, chyba najspokojniejsze nagranie tym zestawie, co nie oznacza wcale, że nie budzi ono żadnych emocji. Budzi. I przywodzi na myśl pewne brzmieniowe patenty, które stosowały zespoły Mike & The Mechanics, Manic Street Preachers, a nawet Electric Light Orchestra. A solo na gitarze elektrycznej to już głęboki ukłon w stronę Davida Gilmoura.
Nadchodzi czas na muzyczny gigant i danie główne tego albumu – przed nami ponad 16-minutowa, monumentalna, epicka w każdym calu i w większości instrumentalna kompozycja „Terraforming”. Pewnie można ją uznać za podsumowanie wszystkiego, co na tej płycie działo się wcześniej, jej rozmiar daje muzykom wystarczająco dużo miejsca na zademonstrowanie ich interwencji i na pokaz ich technicznego kunsztu. Raz po raz zabierają nas w fascynujące muzyczne krainy - a to gotyckich filmów grozy (majestatyczne chóry), a to pinkfloydowego szaleństwa rodem z „One Of These Days”, a to rozkołysanego gitarowego anturażu a’la Andy Latimer, a to transatlantikowej ekspresji pamiętanej z „Duel With The Devil”… Wyrazistość następujących po sobie partii solowych jest zdumiewająca, tempo porażające, dynamika muzycznych wydarzeń nie do ogarnięcia, gitary pędzą w szaleńczym pościgu za syntezatorami, raz po raz zamieniając się miejscem na prowadzeniu, a wszystko to przy dopingu również rozpędzonej sekcji rytmicznej. I gdy już wydaje się, że wszyscy równocześnie osiągają metę, gdy już wybrzmi chóralne, jakże znowu floydowskie, „ooh aaah” zawieszone na dźwiękach Gilmourowskiej gitary, pojawia się długa spokojna sekcja wyciszająca. Jakby na złapanie oddechu, na odpoczynek po maratońskim biegu, po heroicznym wysiłku… Wyciszenie, ochłonięcie, uspokojenie. Przyciemnienie kadru. Tablica z napisem ‘koniec’…
Ciekawe jest jednak to, że to koniec pozorny. Wydawałoby się, że tak właśnie powinien wyglądać finał tego albumu. A wcale tak nie jest. Bo po tym zapierającym dech w piersiach tour de force pojawia się pięciominutowa piosenka „Future History Part 2”, która ze swoim swingującym podejściem, sekcją dętą i charakterystycznym synkopowym groove’em wydaje się być utworem jakby z zupełnie innej bajki. Ciekawy, lecz nie do końca przemyślany pomysł. Rozumiem, że w zamyśle autorów „Future History Part 2” miał on stanowić rozładowanie niesłychanego ładunku emocjonalnego nagromadzonego w poprzedniej kompozycji, ale przyznam, że… nie do końca rozumiem tej kompozycji. Nie mówię, że to nieudane zakończenie, ale, jak na mój gust, to najmniej udany fragment tej płyty. Przyznam, że wolałbym by stanowił on dodatek, swoisty bonus do tej, skądinąd bardzo udanej, całości, a nie zwieńczenie i finał zasadniczej części tego albumu.
Bo ma on swoją część drugą. Wypełnia ją sekcja z singlowymi editami czterech utworów z podstawowego programu płyty. Dłuższe kompozycje zostały odarte ze swojej epickości i przycięte do około czterominutowych rozmiarów nadających się np. do rozgłośni komercyjnych. Pytanie: czy taką muzyką w ogóle zainteresują się stacje radiowe? Śmiem wątpić. Na pewno nie u nas. Być może w ojczystej dla Ambient Den Australii jest inaczej, więc może to dobry krok do poszerzenia grona potencjalnych odbiorców? Osobiście traktuję takie rozwiązanie jako swoistą ciekawostkę.
Zespół Ambient Den zainspirowany jest kosmicznymi zespołami z lat 70. i swoją debiutancką płytą udanie oddaje klimat tamtej epoki. Otrzymaliśmy album, który łączy w sobie niezwykłą atmosferę, dobre melodie, wyborne partie instrumentalne i wspaniałą narrację, wyróżniając się swoim rozmachem na tle dotychczasowej twórczości Cravena (polecam małoleksykonowe recenzje jego płyt „Great & Terrible Potions” (2011) oraz „Last Chance To Hear” (2016)), zachowując przy tym wysoką jakość. Ambient Den pozostaje wierny bogatym aranżacjom i wielowarstwowej instrumentacji charakterystycznej dla spacerockowej epoki i zabiera słuchaczy w podróż poprzez przestrzeń i dźwięk. Podróż pełną wrażeń i emocji, których łatwo się nie zapomina.
Dla dociekliwych na koniec jeszcze jedna ciekawostka: nazwa ‘Ambient Den’ to coś więcej niż tylko zwykła fraza. To anagram imion trzech członków grupy. W taki sposób odzwierciedlone są idące ręka w rękę jedność i spontaniczność, które definiują ten wielce udany muzyczny projekt.
