Jeżeli dociera do mnie jakaś płyta z Australii, to zawsze zacieram ręce i czekam z utęsknieniem na to, jakie dźwięki zawiera, co się będzie działo. Może w przypadku Australii działa tzw. oddalenie, może usytuowanie na Antypodach, z dala od mainstreamowych nurtów sprawia, że twórczość zespołów z tego kraju w nie do końca zrozumiały sposób na mnie działa dostarczając wielu muzycznych wrażeń. Choć przecież można powiedzieć: jakie oddalenie?… W epoce internetu, telefonii, telewizji? Przecież wystarczy jeden klik i znika przestrzeń, znikają różnice czasowe. Ale wracajmy do płyty, która właśnie zagościła w moim odtwarzaczu. To debiut, choć członkowie zespołu debiutantami nie są. To album będący efektem covidowego lockdownu, bowiem w tym właśnie czasie powstała idea jego nagrania. To wreszcie album, który przynosi sześć utworów, które powinny zadowolić każdego fana muzyki czerpiącej inspiracje z lat siedemdziesiątych, pełnej gitar i organów i zagranej w (pozwolę sobie tu użyć nieco niefortunnego określenia) w klasyczny progresywny sposób. Do tego jest to album pełen wspaniałych i porywających melodii i piosenek.
Ale może zacznijmy od twórców tego wydawnictwa. To trójka australijskich muzyków: Ben Craven (autor takich albumów solowych, jak: „Monsters From The Id”, „Great & Terrible Potions”, „Last Chance To Hear”, uczestnik wszystkim dobrze znanego projektu muzycznego - United Progressive Fraternity), Tim Bennetts (Seven Day Mask, SUB INC) i Dean Povey (Frankenfido). Wszystko zaczęło się jako kameralne jam session Cravena i Bennettsa i przerodziło się w pełnoprawny projekt zespołowy, zbudowany na dynamicznej muzycznej chemii przywodzącej na myśl Davida Gilmoura i Ricka Wrighta czy Mike'a Rutherforda i Tony'ego Banksa. Wymienione nazwiska od razu wskazują na muzyczny kierunek płyty i myślę, że mogą już stanowić pewną formę zachęty do jej przesłuchania. Rozprawmy się jeszcze przez moment z nazwą zespołu, która jest, co by nie powiedzieć, trochę niezrozumiała. Ambient Den – to coś więcej niż tylko zwykła fraza. To anagram imion Tim, Ben i Dean, odzwierciedlający jedność i spontaniczność, które definiują ten projekt.
I teraz już w spokoju lub raczej z rosnącą uwagą można przejść do kolejnych kompozycji, które tworzą rockowo-kosmiczny debiutancki album grupy Ambient Den.
„Kosmiczny”…? Jak najbardziej, i to od pierwszej sekundy pierwszego utworu. „Future History, Pt. 1” to syntezatorowy start w kosmiczną przestrzeń, który przez niespełna dwie minuty sprawi, że poczujemy konieczność podążenia za kolejnymi dźwiękami i sprawnie przygotowuje słuchacza do natychmiastowego zasłuchania się w ośmiominutową kompozycję pt. „For All Mankind”.
Bo drugi utwór z płyty rozpoczyna się równie kosmicznie jak pierwszy – długim. niemal minutowym instrumentalnym wstępem, a potem toczy się opowieść o chyba największym marzeniu ludzkości – podróżach kosmicznych.
„(…) Towards the moon to darkened skies
To other planets where our futures lie
A force for good, a force for ill
For all mankind we cannot be still
Our engines burn and light the sky
The mission launches with an eagle eye
To win the race or fall behind
We come in peace for all mankind”
A wszystko to w otulającym kombinezonie muzyki, która tworzy niezwykłą atmosferę spokoju pełnego melodyjnych pasaży i gitarowych solówek o urzekającej konstrukcji. Ten miks łagodnych syntezatorowo-organowych pasaży i gitar jest niczym silnik rakiety, który wznosi słuchacza coraz wyżej i wyżej, coraz dalej i dalej. To wspaniały lot w poszukiwaniu spełnionych marzeń, niedościgłych widoków i kojącej intymności.
Trzeci z utworów – „Provenance” - utrzymuje nas w stanie muzycznej nieważkości, choć czyni to za pomocą wspaniałej gry na gitarze przez Ben Cravena. Gitara uwodzi zamieniając ten instrumentalny, sześciominutowy utwór w opowieść o marzeniu, śnie, muzycznej nirwanie. I tylko proszę się nie powstrzymywać i płynąć wraz z każdym kolejnym dźwiękiem. Za oknami naszego kosmicznego pojazdu widać słońce i radość.
„(…) All we need is an earthrise in our dark skies
Summoning day from the night”.
Wszystko czego potrzebujemy to wschód Ziemi na naszym ciemnym niebie. Przywołanie dnia z nocy. To słowa refrenu kompozycji pt. „Earthrise”. To zarazem marzenie o spokoju, pokoju, miłości i tym, co nam w duszy gra, a co często skrywa się pod zasłoną codzienności. Często trudno się przyznać do tego, że potrzeba nam tak naprawdę niewiele do przysłowiowego szczęścia. I taki jest ten utwór. Spokojny, modelowo neoprogresywny, nieco RPWL-owski z podkreśloną grą gitary i łagodnym wokalem. Bo przecież tak niewiele potrzebujemy…
I gdy już wybrzmi fortepian i epickie sola gitary kończące utwór „Earthside” zaczyna się instrumentalna opowieść pt. „Terraforming”. I jeśli dotychczas ta płyta nie przekonała Państwa do siebie, to ta instrumentalna szesnastominutowa kompozycja po prostu wciśnie Was w fotel i zechcecie bezwarunkowo ruszyć w oferowaną przez muzyków z zespołu Ambient Den podróż.
Nie jestem zbytnim zwolennikiem muzyki instrumentalnej, często takie albumy są zbyt rozwlekłe żeby nie powiedzieć nużące, ale teraz chyba będę musiał przewartościować tą moją opinię. Gitara akustyczna, organy i wkraczające niczym zaproszenie do wyjścia w kosmiczną przestrzeń solo gitary elektrycznej łapią za serce i ciągną do gwiazd. Dean Povey czaruje swoją grą na wszelkiego rodzaju klawiszach. Nie ma znaczenia czy jest to fortepian, organy (których jest tu bardzo dużo) czy fortepian elektryczny… Klawisze czarują i tworzą atmosferę lat siedemdziesiątych pomieszaną z trwającą kosmiczną podróżą poza czasem, i przestrzenią z niemożliwą do przerwania kołyszącą atmosferą. Ta kompozycja to wspaniały przykład sprawności instrumentalnej wszystkich członków zespołu. I jeśli ktoś wysłyszy tu także nieco dźwięków z psychodelicznej fazy zespołu Pink Floyd to bardzo dobrze.
Płytę spina niczym klamra utwór – „Future History, Pt. 2”.
„(…) Let them think what they will
We’ve got a whole blank starscape to fill
It’s made for you and me
Our future history”
Niech sobie myślą co chcą. Mamy do wypełnienia całą pustkę w przestrzeni gwiezdnej. To zakończenie płyty. Mamy swój plan i swoje zadania do wypełnienia – tak brzmi treść tego utworu, który powinien zadowolić osoby, które lubią sposób grania z lat siedemdziesiątych. Mamy tutaj i lekko orkiestrowo brzmiące improwizacje, i wspaniałą grę organów i to wszystko zagrane jest w iście jammujący sposób. Ze swadą i nieskrępowaną instrumentalną swobodą.
Album zawiera też cztery utwory bonusowe. Choć raczej trzeba by było powiedzieć: cztery utwory w wersji radio edit (z małym wyjątkiem – piosenka „Provenance” nie jest wydana w wersji radio edit), skrócone, skondensowane…, takie w sam raz do zagrania jako radiowe hity. Nie, nie brzmią gorzej od ich dłuższych pierwowzorów. Zresztą proszę skusić się i posłuchać ich, a także całej płyty samemu. Będzie się podobać. Ba… To może być poważny kandydat do najlepszego debiutu tego roku.
