mlwz - edunitsky - banner - facet

Everon - Shells

Rysiek Puciato

Na stronach ‘biblii’ fanów rocka progresywnego, Progarchives, o Everon napisano: „(…) Everon gra ciężką, progresywną muzykę, na którą duży wpływ mają Rush, Saga i Pallas. Ładne, melodyjne utwory z hardrockowymi gitarowymi riffami i wokalem Olivera Philippsa pojawiają się na ich debiutanckim albumie „Paradoxes” (1993), ale „Fantasma” to najlepsze dzieło, jakie kiedykolwiek nagrali. Choć jest nieco cięższe od poprzednich albumów, łączy w sobie progresywną złożoność, emocjonalne melodie i potężne brzmienie. Rock progresywny z energicznymi, mocnymi piosenkami i kameralnymi utworami, o to w tym wszystkim chodzi!''.

I w zasadzie zgadzam się z tą opinią, ale w odniesieniu do początkowych płyt tego zespołu. Ot, tak do pierwszych czterech płyt („Paradoxes”, „Flood”, „Venus” i „Fantasma”). Od piątej płyty – „Bridge” i szóstej - „Flesh” zespół stawia jakby większy akcent na tą melodyjność. Zresztą pewnie wpływ na to ma po prostu upływ czasu. Debiutancki album został wydany w 1993r. i od tego czasu do powstania płyty „Flesh” w roku 2002 minęło sporo czasu. A przecież muzyka ma swoje „mody”. Techniczna strona nagrywania także uległa ogromnym zmianom, a pojawienie się formatu mp3 spowodowało prawdziwy przewrót w sposobie dostarczania, nagrywania i słuchania.

Ale z drugiej strony sam zespół nie rozpieszczał słuchaczy zbyt wielką ilością nagranych albumów, bo po dwóch płytach wydanych w roku 2002 („Bridge” i „Flesh”), następna ukazała się dopiero w 2008 („North”), czyli po sześcioletniej przerwie. Według lidera grupa Olivera Philippsa zespół nigdy nie zaprzestał swojej działalności. „(…) Everon nie odszedł na emeryturę ani nic takiego i nawet nigdy o tym nie rozmawialiśmy. (…) Zawsze pisałem całą muzykę i teksty. (…) Po (nagraniu płyty – przyp. RP) „North” nic się po prostu nie wydarzyło. (…) Praca nad „North” strasznie się przeciągnęła, zanim ją skończyliśmy i prawie straciłem zainteresowanie (muzyką – przyp. RP). Po prostu potrzebowałem zmiany” – wspomina Philipps. Po takim wyjaśnieniu należy się zgodzić z opinią, że gdy nie ma się nic do powiedzenia, nie należy nagrywać nowej muzyki. I chyba coś się musiało zmienić od 2008 roku do roku obecnego, bo Everon powrócił właśnie z nowym wydawnictwem pt. „Shells”. Tym razem na nowy album czekaliśmy ponad szesnaście lat.

Skąd ten powrót? W jednym z wywiadów Philipps stwierdza: „(…) Miałem listę pomysłów. Napisałem setki piosenek pomiędzy tymi albumami („North” i „Shells” – przyp. RP), ale nie było ani jednej rzeczy, która pasowałaby do Everona. Zablokowałem okres od lutego do kwietnia, a kiedy zacząłem pisać, wszystko przyszło naturalnie. To był przyjemny proces. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, bo nie miałam planu. Nie było sensu próbować dopasować tego do rzeczy, które zrobiliśmy wcześniej. To było tak dawno temu. Pomyślałem tylko, że zobaczę, co z tego wyjdzie”.

Najnowsze wydawnictwo pokazuje, że do zespołu Everon z roku 2025 nie bardzo pasuje określenie: „heavy prog”. Płyta „Shells” z dwunastoma utworami to wulkan pomysłów muzycznych, wśród których są bardzo liryczno-melodyjne ballady, progmetalowe kompozycje, ballady z wiodącą rolą fortepianu i „zwykłe”, bardzo zadziorne rockowe piosenki. Mamy utwory rockowo krótkie i na przykłąd czternastominutową suitę na koniec płyty. Jest (w dwóch kompozycjach) naprawdę ostro i mocarnie, ale też słychać celtycko brzmiące dźwięki.

Już pierwszy utwór „No Embrace” jest dobrym przykładem charakteryzującym zawartość tego wydawnictwa. Jest mrok i jasność. Jest patetyczny gitarowy wstęp, niemal folkowe zwrotki i refreny z płynącą, mocną gitarą. Właściwie tak brzmi cały ten album.

„Broken Angels” przez pierwsze dwie minuty toczy się leniwie posiłkując się gitarą i fortepianem, by nagle uderzyć ścianą rockowych dźwięków i po chwili ponownie uwodzić leniwym rytmem. I tak niemal na przemian – jest jasność i jest mrok.

„Travels” i następujący po nim utwór „Pinocchio`s Nose” z gościnnym udziałem dwóch wokalistek - Heleny Iren Michaelsen i pochodzącej z Kanady, Leah - to po prostu ładne, wręcz kołyszące, piosenki z przepiękną linią melodyczną i celtycko brzmiącymi dźwiękami („Pinocchio’s Nose”) opowiadającymi o kłamstwie, głównie kłamstwie w polityce.

Fortepianowo rozpoczyna się kompozycja „Monster”, która przez sześć minut na przemian wabi łagodnością, bądź uderza mocnymi progmetalowymi dźwiękami. Według tej samej zasady zbudowany jest tytułowy utwór z płyty – „Shells”.

Na uwagę zasługuje dwugłos pojawiający się w kompozycji „Grace”. To kolejna balladowa (choć tę balladowość należy tu rozumieć jako przeplatające się połączenie wspomnianych elementów jasności, melodyczności z mocą gitar i sekcji rytmicznej) kompozycja na płycie.

Nieco egzotycznie, bliskowschodnio rozpoczyna się utwór „Guilty As Charged” i przez niemal trzy minuty porywa słuchacza kołyszącym rytmem, by potem… wedle zastosowanej na płycie „recepty” uderzyć galopującymi riffami gitary.

„Children Of The Earth” – to odstępstwo od wcześniejszych kompozycji przeplatających łagodność z mocą. To rzeczywiście balladowo brzmiący utwór opowiadający o roli polityki i religii w naszym życiu. Grająca jakby w tle swoje solo gitara i bardzo stonowana orkiestracja dodają piosence przestrzenności i spokoju, na tle którego skarga płynąca z tekstu jest jakaś taka mniej boląca.

Ten spokój i stonowanie poprzedniego utworu urywa następny, instrumentalny – „OCD”. To trzy minuty metalowej galopady. Myślę, że spodoba się wszystkim progmetalowcom.

Utwór „Until We Meet Again”, przedostatni na płycie, poświęcony jest perkusiście zespołu - Christianowi Moosowi, który zmarł tragicznie podczas nagrywania tego albumu. „To była ostatnia piosenka, którą napisałem na ten album i kiedy nad nią pracowałem, otrzymałem wiadomość, że zmarł nasz wieloletni przyjaciel” – wspomina Philipps. Był to krytyczny moment w powstaniu płyty. Decyzja o kontynuowaniu prac spowodowana była faktem, że do ośmiu z dwunastu utworów perkusja była już nagrana. Miejsce Christiana Moosa zajął amerykański perkusista Jason Gianni, który dokończył nagrywanie kolejnych partii perkusji.

Słuchając tego albumu i czytając różne wywiady z liderem zespołu wyłowiłem gdzieś bardzo adekwatne określenie ostatniej kompozycji z płyty – utworu „Flesh”: „Nightwish na sterydach” No bo jest tu wszystko, czego do szczęścia potrzebuje nawet najbardziej wymagający słuchacz progmetalowy. Jest patetyczny początek, podniosły wokal na tle kołyszących klawiszy. Orkiestracja brzmiąca gdzieś w tle. Są metalowe riffy sprzężone z potężnie brzmiącą perkusją. Nie brakuje oczywiście zmian rytmu i karkołomnych popisów wszystkich muzyków.

Co powiedzieć na koniec? Może tyle, że fajnie słyszeć Everon po latach nieobecności. „Shells” to równy, ładnie skomponowany i zagrany album. Mimo zauważalnego podobieństwa do innych progmetalowych czy heavyprogowych albumów cechą wyróżniającą jest perfekcyjne operowanie nastrojem i rytmem. To balansowanie na granicy łagodności i mocy zdaje na tej płycie egzamin.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026