Pochodząca z Sycylii grupa Alcàntara zadebiutowała w 2019 roku niezwykle udanym albumem „Solitaire”. Do szerszej publiczności trafiła rok później, gdy materiał został wydany przez, nieistniejącą już niestety, wytwórnię Progressive Gears. Wtedy także znalazła uznanie wśród słuchaczy Małego Leksykonu Wielkich Zespołów trafiając do czołówki ulubionych debiutanckich albumów 2020 roku. Potem (2021) ukazał się jeszcze cyfrowy singiel „The Visit” i o zespole zrobiło się cicho. Jak się okazało, była to kreatywna cisza, gdyż muzycy pracowali nad pełnowymiarowym krążkiem numer 2. Ten ukazał się na początku czerwca i nosi tajemniczy tytuł „Tamam Shud”, który w języku… perskim oznacza „To już koniec”.
Ze składu, który nagrał debiutancką płytę w zespole zostali wokalista i autor tekstów Sergio Manfredi Sallicano oraz gitarzyści Francesco Venti, który jest także producentem albumu i Salvo Di Mauro. Oprócz nich w nagraniach wzięli udział Vittorio Distefano (gitary), Dalio Santi (bas), Rosario Figura (perkusja), Alessandro Caltabiano (instrumenty klawiszowe w trzech utworach) i Caterina Coco, która ubarwiła nagranie finałowe partią skrzypiec. Pod kompozycjami podpisany jest cały zespół, a za aranżacje odpowiedzialne jest trio Distefano - Venti - Sallicano. Okładkę, podobnie jak i w przypadku „Solitaire”, zdobi obraz Massimo Di Stefaniego.
Album rozpoczyna promujące wydawnictwo nagranie „TerryG”. To ośmiominutowa kwintesencja stylu Alcàntary. Mamy tu liczne zmiany nastroju - raz poruszamy się w klimatach postrockowych, innym razem słyszymy partie gitar niczym u Riverside, ze świetnymi solówkami, a z drugiej strony otrzymujemy także fragment mocno wyciszony z klimatyczną gitarą i emocjonalnym śpiewem Sergio. Po chwili przenosimy się w rejony mogące kojarzyć się z… U2 (solo w stylu The Edge), a w końcówce możemy zachwycić się transową gitarą na tle której słyszymy wokalizę. Już w tym nagraniu otrzymujemy coś, co wyróżnia album od debiutu. Po zwrotce w języku angielskim możemy usłyszeć wersy śpiewane po włosku. Podobne zabiegi zastosowano jeszcze w kilku utworach. Muszę przyznać, że na początku byłem nieco zmieszany, ale po chwili stwierdziłem, że to połączenie brzmi świetnie, w czym oczywiście olbrzymia zasługa wokalisty i jego ciepłego, dźwięcznego głosu.
Drugie nagranie, „Il Distacco”, jest śpiewane już niemal w całości po włosku i początkowo czaruje niespiesznymi dźwiękami gitary, które spowijają przestrzeń delikatną mgiełką. Nastroju nie zmienia też subtelna warstwa wokalna. Po pierwszej zwrotce podkład staje się bardziej intensywny za sprawą mocniejszej, ale nie drastycznie, gitary oraz stonowanej pracy sekcji rytmicznej. Na uwagę zasługuje także subtelna floydowska wstawka, w której króluje delikatne klawiszowe tło i takaż figura basowa, ale najpiękniejsze jest to co nadchodzi potem – wspaniałe gitarowe solo, grane częściowo unisono. Jest jeszcze jedno wyciszenie z wysuniętym na czoło basem i gitarą akustyczną, do których dochodzą po chwili klawisze i zwiewna wokaliza przechodząca w podobny śpiew. Końcówka to z kolei śpiewane kilkukrotnie zdanie ”I’m full of love” (jedyne słowa po angielsku, jakie padają w tym utworze) oraz przywołujące skojarzenia z dokonaniami Stevena Wilsona… nucenie.
Najkrótszą w zestawie, i przy okazji najbardziej przyjazną dla radia, jest ponad pięciominutowa pieśń „Distant Star” z przestrzennymi gitarami, miejscami subtelnymi, w innych nieco mocniejszymi (kłania się Bosonogi z okresu „Raven That Refused To Sing”, czy też dokonania Riverside). Całość ubarwia nastrojowy refren:
“Scarlet soul what do you see?/ My desire/ Colourless, can you paint/ My new face?/ Fearless is my voice/ If I dare”.
Drugą stronę wydania winylowego (w takim formacie oraz jako pliki cyfrowe ukazuje się to wydawnictwo) rozpoczynają odgłosy dochodzące z lunaparku, a towarzyszą im delikatne klawiszowe tło oraz taki sam śpiew, na przemian po włosku i angielsku. To kompozycja tytułowa, która w drugiej części zwraca piękne gitarowe solo przywołujące na myśl grę Davida Gilmoura, wplecione w klimaty rodem z twórczości Porcupine Tree lat 90. W końcówce na czoło wysuwa się gitara akustyczna i przebijające się z tyłu pianino, a powtarzane słowa:
“Now it's time to release the horse/ Mother's pride is in the ocean floor/ Did wait”
prowadzą utwór do końca.
Najbardziej nastrojowym fragmentem płyty jest nagranie „Sail”, z odgłosami burzy, gitarą akustyczną oraz… mandoliną. Mamy tu także fragment z ciekawą melodią… nuconą przez wokalistę, który tym razem śpiewa głównie po angielsku, choć pojawia się także włoska wstawka. W pamięci zapada również część z subtelnym klawiszowo – gitarowym tłem.
I tak dochodzimy do finału w postaci pieśni „Wodwo/Vertigo”. Tu początkowo także jest niezwykle delikatnie, z nastrojowym basem (skojarzenie z „Afraid Of Sunrise” Marillion) oraz piękną partią skrzypiec w wykonaniu Cateriny Coco. Na uwagę zasługuję także zagrany z wielkim wyczuciem podkład perkusyjny (wspaniały werbel) oraz ścieżki gitar w jednym miejscu kojarzące się ze stylem gry Roberta Frippa, a w innym przywołujące brzmienie Pink Floyd, czy też (ponownie) Stevena Wilsona. Wisienką na torcie jest cudowny śpiew Sergio o zawirowaniach na świecie, ale też o nadziei:
“Down there's a road ahead/ Down there's a road ahead/ And I'll be there.
…
Vertigo, can't help the feeling now/ As it grows, you shine more than before/ Let it go and move far away from dogs of war/ Vertigo again, will you still be here when I'm gone?
Come and go/ Come and go/ Tamam shud
Down there's a road ahead”.
Drugim albumem pochodzący z miasta u podnóży Etny (Katania) muzycy udowadniają, że wysoka ocena debiutu nie była przypadkiem. Na „Tamam Shud” muzycy kontynuują drogę obraną na „Solitaire”, choć tym razem w nieco bardziej dynamicznej odsłonie. To nadal niezwykle ciekawe połączenie prog rocka, post rocka i rocka alternatywnego, ze wspaniałymi partiami gitar, subtelnymi klawiszami, wyważoną sekcją rytmiczną. Całość spaja swoim cudownym głosem Sergio Manfredi Sallicano i jego poetyckie teksty robiące spore wrażenie zarówno w języku angielskim jak i włoskim. Mam nadzieję, że wbrew tytułowi płyty, Alcàntara jeszcze nie raz uraczy nas swoją nową muzyką na przynajmniej tak dobrym poziomie jak w przypadku omawianego wydawnictwa, które trafia do czołówki moich ulubionych płyt tego roku.
Album można zamówić pod poniższymi adresami:
www.bandalcantara.com (wersja winylowa)
bandalcantara.bandcamp.com (pliki cyfrowe)
