Każda recenzja muzyki Darrela Treece-Birche’a prawdopodobnie zawsze pisana jest przez pryzmat tego, że znamy go głównie jako klawiszowca w grupie Ten, ale dla mnie zawsze będzie to muzyk, którego odkryłem przypadkiem pewnej nocy, gdy słuchałem w sieci jego solowego krążka „Celestial” (2015) i chwilę potem postanowiłem go zrecenzować. Od tamtej pory pozostajemy w kontakcie i opisałem chyba wszystkie jego solowe dzieła, a także oczywiście te nagrane z zespołami Ten (w sumie siedem płyt) oraz Nth Ascension (4 płyty), bo trzeba wiedzieć, że udziela się on w wielu różnychmuzycznych przedsięwzięciach. Dziś pora na drugi album w dorobku jego najnowszego projektu o nazwie Darrel Treece-Birch’s Atlantea pt. „Life”. Darrel sam zadbał o nagranie większości instrumentów, które słychać na tym krążku oraz zaprosił dodatkowych muzyków i wokalistów, aby pomogli w dopełnieniu brzmienia (m.in. gitarzyści Lars Eric Mattsson, Dann Rosingana i Martin Walker oraz wokaliści Stephane Honde, Tony Mitchell, Eoin de Paor, David Reed-Watson i Kayleigh Treece-Birch).
Opisując album kogoś, kogo uważam za przyjaciela, zawsze istnieje ryzyko, że będę nieobiektywny w swojej opinii, bo przecież nikt nie lubi denerwować swoich znajomych, niezależnie od tego, jak bardzo my, autorzy, staramy się być obiektywni. Czasami ma to odwrotny skutek i mogę być zbyt surowy, bo nie chcę być przypadkowo niesprawiedliwy. Dlatego albumu „Life” słuchałem znacznie dłużej niż zwykle zanim siadłem do tej recenzji i cieszę się, że tak zrobiłem.
Za pierwszym podejściem nie byłem pewien co sądzić, gdyż album „Life” wydawał mi się zbyt przeciętny, a potem, gdy zacząłem słuchać go drugi raz, odkryłem, że druga połowa płyty wydaje mi się znacznie mocniejsza od pierwszej. A im dłużej słuchałem, tym bardziej przekonywałem się, że coraz bardziej podoba mi się łączenie stylów i gościnne występy różnych wokalistów oraz że album Life”, jako całość, naprawdę mi się podoba. Teraz więc mogę wreszcie szczerze powiedzieć, że to jedno z tych wydawnictw, które nie od razu przypadło mi do gustu, ale bardzo się cieszę, że wytrwałem.
Album rozpoczyna się utworem „Millenium”, gdzie Darrel Treece-Birch gra bardzo oszczędnie, używając jedynie gitary, basu, perkusji i klawiszy, a dołącza do niego Steph Honde, który zapewnia cudownie szeroki wokal, oraz Dann Rosingana z kilkoma delikatnymi gitarowymi solówkami. Ze wszystkich utworów na albumie, to właśnie ten najbardziej kojarzy mi się z brzmieniem grupy Ten (której członkiem jest także Dann), ponieważ zdecydowanie pasuje do stylu Gary'ego Hughesa i spółki.
Na płycie „Life” Darrel śpiewa tylko w jednym utworze, „Light In The Darkness”, i jest to jedno z tych nagrań, w których możemy poczuć się jak w bardzo osobistym doświadczeniu, ponieważ śpiewa do swojej córki, Kayleigh, wyznając jak wiele dla niego znaczy. Zresztą Kayleigh dołącza wokalnie do niego w tym utworze. Pod pewnymi względami przypomina mi to „Babe” grupy Styx, gdzie Dennis DeYoung napisał tę piosenkę jako prezent urodzinowy dla swojej żony Suzanne. Wprawdzie śpiew Kayleigh nie dorównuje poziomowi reszty albumu, ale słuchanie, jak ojciec i córka śpiewają dla siebie te szczere słowa, jest czymś naprawdę wyjątkowym.
Trudno wskazać najlepszy utwór na tym albumie. Progrockowa część mojej natury podpowiada mi, że jest nim pięcioczęściowa, osiemnastominutowa kompozycja „Three Lights”, ale szczerze mówiąc, to prawdopodobnie utwór zamieszczony w środku albumu, „Lanikea”, jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie. Zawiera on nie tylko wspaniały wokal Eóina de Paora, ale także piękny akustyczny podkład, który prowadzi do zachwycającej sekwencji a’la Pink Floyd W tym utworze Darrell gra na basie, wykonuje gitarowe solo i doskonale wie jak uderzyć w czułe struny słuchacza. Utwór zmienia się i charakteryzuje się cudowną dynamiką. To coś naprawdę pięknego.
Wiem, że Darrel ma w zanadrzu znacznie więcej premierowego materiału i że aktualnie jest w trasie koncertowej z Ten, ale mam nadzieję, że niedługo doczekam się kolejnego wydawnictwa z szyldem Atlantea na okładce, ponieważ teraz, po wielu przesłuchaniach, mogę śmiało powiedzieć, że album „Life” jest zachwycający od początku do samego końca.
Tłumaczenie: Artur Chachlowski
