Armia - Freak

Dariusz Maciuga

Nie jest tajemnicą, że domeną Armii nigdy nie była artystyczna „szybka gastronomia”, oparta na zasadzie: szybko, prosto i przyjemnie i... jednocześnie nie dostarczając żadnych wartości odżywczych. Nie da się zaliczyć muzyki tego zespołu do łatwych w odbiorze, mimo, że zdarzały się przystępniejsze albumy jak: „Pocałunek mongolskiego księcia”, „Antiarmia”, „Czas i byt” czy nawet „Droga” i „Legenda”. W dużym uogólnieniu i uproszczeniu jestem nawet skłonny postawić tezę, że całokształt twórczości Armii w pełni może pojąć prędzej miłośnik metalu i rocka progresywnego czy nawet jazzu, niż klasyczny (czytaj: subkulturowy) punk. Oczywiście jest to bardzo duże uproszczenie, ale chodzi mi tylko o wskazanie na artystyczny cel Tomasza Budzyńskiego, jakim jest kreowanie sztuki. Sztuki, która, ma wywoływać określone wrażenia estetyczne, a nie zapewniać płytką rozrywkę w postaci pogo pod sceną. Ponadto warto mieć szersze horyzonty nie tylko muzyczne, ale i literackie, filozoficzne, a nawet malarskie, żeby muzykę Armii przyswoić.

Nie zmienia to w niczym faktu, że wypuszczenie w roku 2009 na światło dzienne albumu „Freak” wprawiło w konsternację chyba każdego, kto w jakimkolwiek stopniu zna twórczość zespołu. Jeśli przyjmiemy, że istnieje coś takiego, jak ‘armijna konwencja’, to ten album stanowi jej całkowite zaprzeczenie. Nagrywając ten album Tomasz Budzyński podjął naprawdę spore ryzyko, które mogło przynieść naprawdę niechciane skutki. Zespół odszedł bowiem całkowicie od tego co, prezentował na płytach przez prawie 25 lat i kontynuuje do dziś. Nie uświadczymy tu tego, co stanowi specyfikę i niejako rdzeń muzyki Armii, czyli ciężkiej, agresywnej, hardcore'owo – metalowej, gitarowej ściany dźwięku. Muzyka jest na wskroś awangardowa, zaś „awangarda” to jedyne słowo, które w pełni oddaje ducha tego albumu. Jego zawartość to ekstrawaganckie połączenie free jazzu, rocka, psychodelii, muzyki elektronicznej, folku i jazz rocka. Słychać wyraźnie dźwięki, które niedwuznacznie kojarzą się z King Crimson i wczesnym Pink Floyd, jest sporo, okraszonych brzmieniami akordeonu i fletu wyciszeń, niemało ambietowych teł i niepokojących pogłosów. Pojawia się ostra gitara, ale o zupełnie innym brzmieniu, nie przystającym w żaden sposób do tego, z czego Armia słynie. Fundament albumu stanowi skomplikowana rytmika i pokręcony, nieobliczalny saksofon. Całość to trudna i wymagająca, ale jednocześnie bardzo ciekawa i wciągająca mieszanka wyżej wymienionych stylów.

Trzeba też wspomnieć o istotnym fakcie. Otóż wpośród całej rzeszy muzyków, którzy nagrywali ten niecodzienny album znaleźli się dwaj ojcowie – założyciele Armii: Robert Brylewski i Sławomir Gołaszewski. Wizjoner gitary i filozof (tutaj grający na instrumentach etnicznych). Nastąpiło ponowne spotkanie trzech niezwykłych osobowości (Budzyński - Brylewski - Gołaszewski), które połączyły swoje artystyczne wizje i dały im niemały upust. Dlatego skutek, choć był trudny do przewidzenia, nie powinien ostatecznie aż nadto dziwić.

Album da się podzielić się na dwie części. Pierwsza to cztery utwory, które są osadzone w ewidentnie jazzrockowym klimacie. Dominują w nich saksofon i mocno zaakcentowany bas („You Know I Can”), które tworzą bardzo zapętlone figury. Ponadto nie brakuje psychodelicznych zagrywek gitarowych („Home”), jak i ostrzejszych riffów („Break Out”, „Grot The Engine Driver”). Patrząc całościowo, numery te wprowadzają w bardzo surrealistyczny, abstrakcyjny świat, w którym nic nie jest pewne, a to, co się widzi i słyszy, może się okazać czymś zupełnie innym. W pozostałych czterech utworach, czyli w drugiej połowie albumu wchodzimy z kolei w świat gorących, pustynnych pejzaży skąpanych w ostatnich promieniach Słońca, zwiastujących nadejście nocy, która jest na pustyni inna niż w rejonach poza nią. Skojarzenia ze stoner rockiem są jak najbardziej na miejscu („Green”, „The Other Side”), space rockiem również („Freak”), miejsce dla psychodelii też się znajdzie („In The Land Of Afternoon”). Zważywszy na rozrzut stylistyczny i oparty na nim podział na dwie części, doświadcza się pewnego rodzaju dysonansu poznawczego. Z jednej strony najpierw oferuje się słuchaczowi świat zupełnie nierzeczywisty, chaotyczny i trudny do ogarnięcia, by po jakimś czasie nagle zrobić zwrot w kierunku bądź co bądź nieco bardziej przyziemnych, rozmytych, zmierzchających pejzaży.

Nie da się też pominąć jednego szczegółu. Otóż wszystkie teksty są zaśpiewane po angielsku. To, jak Budzyński poradził sobie z wyśpiewaniem ich w tym języku, kompetentnie ocenić może ten, kto dobrze zna angielski. Ja mam mieszane uczucia co do tego zabiegu, bo na pierwszy rzut ucha brzmi to nietypowo i może razić, ale z drugiej strony, gdy się to wpisze w „zakręcony” kontekst albumu, nabiera to sensu. I takie podejście zdaje się być dobrym rozwiązaniem.

Na koniec warto zadać pytanie: czy wydanie tak egzotycznego albumu wpłynęło na całokształt twórczości Armii? Pytanie to niech pozostanie otwarte, ponieważ wielu fanów tego krążka w ogóle nie akceptuje, są też tacy, którzy po prostu, mimo chęci, mają z nim spory problem. Są wreszcie tacy, którzy go uwielbiają. Zaś w mojej głowie od początku istnieje pewien konflikt: z głośników leci free jazz, space rock, jazz rock, itd. Patrzę na okładkę płyty, a tam nazwa – Armia... Może taki kubeł zimnej wody wylany na głowę jest potrzebny, żeby wyjść poza schematy myślowe dotyczące muzyki?

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce już w tym tygodnu Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026