Court – And You'll Follow The Winds' Rush 'till Their Breath Dwells

Krzysztof Zieliński

Debiutancki album „And You'll Follow the Winds' Rush 'till their Breath Dwells” (“I podążysz za pędem wiatrów, aż ich tchnienie spocznie”) z 1993 roku to prawdziwa podróż do świata, w którym muzyka staje się baśnią, a baśń - muzyką. Rolę natchnionego poety oraz baśniopisarza podejmuje włoska grupa „Court” („Dwór”), która w tym wyjątkowo oryginalnym i niepowtarzalnym albumie tworzy swój własny mikrokosmos z cząstką szaleństwa, nieprzewidywalności, frywolności, lekkości i humoru, muzycznie łącząc w sobie progresywność i folk, tworząc klasyczno-romantyczne miraże oraz nawet włączając do całości elementy muzyki kakofonicznej.

Album ma swoje wprowadzenie w pełni instrumentalnym utworze pt. „Rising the Gate” („Uchylanie Wrót”), którego atmosfera oraz pozamuzyczne elementy dźwiękowe malują przed oczami słuchacza sceny rodem z powieści fantastycznej i baśni. Fanfary słyszane w pierwszych taktach utworu mogą przywodzić na myśl oznajmienie o przybyciu rycerzy w lśniących zbrojach, poselstwa, bądź też innej ważnej osobistości oraz tytułowe otwieranie bram, by wpuścić nadciągających gości. Niemniej zagłębiając się w tematykę utworu i całej płyty, okazuje się, że przybywającym na królewski (?) dwór jest bard/bajarz, który słowem i muzyką uraczy słuchacza albumu romantycznymi, fantastycznymi opowieściami osadzonymi w średniowiecznych legendach, nordyckich mitach i podaniach, które należy omówić jako pewną kolektywną, a zarazem eklektyczną całość, będącą wypadkową improwizacyjnych umiejętności podróżującego barda.

Przykładowo, pierwsza opowieść gawędziarza jest luźno zainspirowana mitologią nordycką i islandzką. Pojawiające się w niej imiona głównych bohaterów – Alviss, Hymir oraz Reginn – w znanych ludzkości mitach nie byli braćmi. Przedstawieni byli jako postacie zupełnie ze sobą niezwiązane. Alviss w mitologii nordyckiej był wszechwiedzącym karłem, któremu przyrzeczono rękę córki Thora – Thrud - w zamian za wykucie olśniewającej zbroi. Hymir natomiast był gigantem, który towarzyszył Thorowi w polowaniu na gigantycznego węża Jormunganda – potwora tak ogromnego, że mógł swoim cielskiem otoczyć cały świat i ugryźć się w swój własny ogon. Z kolei Reginn był to najzręczniejszy ze śmiertelnych, okrutny, mądry i biegły w magii olbrzym żyjący w postaci karła (!) oraz bohater jednej z pieśni z najstarszego zabytku piśmiennictwa islandzkiego – „Eddy starszej” datowanej na IX wiek n.e. Co więcej, pojawiający się w dalszej części opowieści Garm to piekielny pies nordyckiej bogini zaświatów Hel, który podczas Ragnaroku miał stoczyć bitwę z Tyrem – bogiem wojny i bitwy…

Być może nadwornemu fantaście pomieszały się legendy albo umyślnie je scalając, wybił się na oryginalność i chciał ubarwić tym samym swój występ, prezentując słuchaczom coś nowego i dotąd nieznanego.

Natomiast druga opowieść ekscentrycznego barda to „Lovers” („Kochankowie”), która wraz z rozwijającym się powoli początkiem, wprowadza słuchacza w bardziej spokojną, wrażliwszą, lecz nadal wielowymiarową i liryczną balladę. Tekst przenosi słuchacza w świat księżniczki i rycerza - on walczy na dalekich ziemiach, mierząc się z „czarnymi lordami” i wrogami, ona pozostaje samotna w zamku, śniąc i modląc się, by Opatrzność uchroniła jej ukochanego od niebezpieczeństw morza, wojny i pokus obcych kobiet. „Lovers” to nie tylko romantyczna ballada, ale swoista modlitwa pełna uczucia, oddania i niepewności. Ten poruszający utwór kończy się jednak tragicznie. Następuje jedynie pozazmysłowe, metaforyczne oraz symboliczne połączenie się kochanków – niestety ukochanemu rycerzowi nie udało się wrócić z wojaczki. Zrozpaczona królewna decyduje się zakończyć swoje życie, by ponownie spotkać swoją miłość w zaświatach.

Kolejną fascynującą opowieścią jest utwór pt. „Cries” („Lamenty”), który przedstawia wojnę widzianą z dwóch perspektyw: tryumfalnej i tragicznej. Z jednej strony mamy obraz powrotu rycerzy i żołnierzy - wiwatujący tłum, dziewczęta czekające z kwiatami, króla w aureoli chwały, który z dumą przyjmuje zaszczyty. To spektakl zwycięstwa, teatralny korowód pełen światła pochodni, muzyki, śmiechu i radości, gdzie każdy element wydaje się rytuałem ku chwale monarchy. Ale pod tą maską triumfu kryje się inny obraz - samotny żołnierz, stojący wśród tłumu, który nie potrafi cieszyć się zwycięstwem. Jego wnętrze jest martwe, wypalone doświadczeniem bitew. Choć ciało ocalało, w jego umyśle jest chaos, obraz traumy, bezsensu, zdrady ideałów. To on wypowiada najbardziej gorzką prawdę: wojna jest nonsensem, śmierć służy jedynie ambicjom tyrana, a radość ludu to jedynie ślepe uwielbienie dla króla, który karmi się ofiarami swoich poddanych.

W warstwie muzycznej albumu szczególnie wyrazisty okazuje się dialog pomiędzy gitarami a instrumentami akustycznymi – i nie jest to zwykłe zestawienie kontrastujących ze sobą barw, lecz raczej swoisty pojedynek dwóch estetyk. Z jednej strony słychać nerwowość i ostrość gitar elektrycznych, z drugiej – miękką, archaizującą fakturę instrumentów akustycznych. Powstaje wrażenie, jakby muzyka wyrastała z jakiegoś pradawnego, mitycznego porządku - jej szkielet przywodzi na myśl średniowieczne misteria, w których rytuał i ekspresja stapiały się w jedną, niemal sakralną całość.

W tym kontekście wokal Paolo Lucchiny nie pełni roli klasycznego przewodnika po melodii, lecz staje się narzędziem dramaturgii. Nie jest to śpiew w tradycyjnym sensie – raczej deklamacja, aktorska recytacja poematu, w której każda sylaba nabiera ciężaru gestu scenicznego. Lucchina bardziej przypomina postać ze sztuki teatralnej niż rockowego frontmana – jego głos raz brzmi jak monolog szalonego proroka, innym razem jak szept kuglarza, balansując stale na granicy patosu, groteski i ekscentryzmu. Dla jednych słuchaczy taka forma ekspresji będzie magnetyzująca i pociągająca, dla innych – nieznośna. I właśnie ta niejednoznaczność stanowi jej największą wartość: wokal nie został stworzony po to, by podobać się każdemu, lecz po to, by wywołać reakcję – obojętność staje się tu niemożliwa.

Dlatego też nie sposób nie docenić wyjątkowości tej formy lirycznej ekspresji. Dzięki głosowi Lucchiny muzyka Court wykracza poza ramy rockowej kompozycji i staje się widowiskiem – pełnym napięcia, teatralności, groteskowego przerysowania, ale i autentycznej pasji. „And You Will Follow…” nie prowadzi słuchacza bezpiecznymi ścieżkami harmonii, lecz rzuca go w wir dźwiękowego spektaklu, w którym granice między koncertem, teatrem i eksperymentem zostają zatopione w jednej, totalnej wizji artystycznej.

Court to zespół jedyny w swoim rodzaju - ich muzyka wymyka się wszelkim sztampowym klasyfikacjom. Od pierwszych dźwięków słychać, że tego włoskiego zespołu nie interesuje tworzenie konwencjonalnego rocka progresywnego. Wręcz przeciwnie - ich brzmienie jest wyjątkowe, pełne szaleństwa, teatralnej przesady, a jednocześnie nieoczywistej lekkości, fantazji oraz finezji. Court z równą swobodą sięgają po ciężkie riffy gitarowe, folkowe flety i gitary akustyczne, jak i kakofoniczne, z pozoru chaotyczne fragmenty, które jednak wciągają niczym opowieść snuta przez ekscentrycznego barda.

Słuchając ich muzyki ma się wrażenie, że uczestniczy się w nieprzewidywalnym spektaklu - pełnym mitów, legend i fantastycznych wizji, gdzie logika ustępuje miejsca magii i szaleństwu wyobraźni. Wraz z ostatnimi taktami tego wspaniałego albumu, wędrowny bard znika za horyzontem, lecz jego opowieści zostają - niczym iskry, które tlą się w wyobraźni słuchacza.

Bard odchodzi dalej, a jego pieśń wciąż płynie niosąc ze sobą eklektyczne legendy, które nigdy nie znajdują swego kresu…

 

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski