Debiutancki album „And You'll Follow the Winds' Rush 'till their Breath Dwells” (“I podążysz za pędem wiatrów, aż ich tchnienie spocznie”) z 1993 roku to prawdziwa podróż do świata, w którym muzyka staje się baśnią, a baśń - muzyką. Rolę natchnionego poety oraz baśniopisarza podejmuje włoska grupa „Court” („Dwór”), która w tym wyjątkowo oryginalnym i niepowtarzalnym albumie tworzy swój własny mikrokosmos z cząstką szaleństwa, nieprzewidywalności, frywolności, lekkości i humoru, muzycznie łącząc w sobie progresywność i folk, tworząc klasyczno-romantyczne miraże oraz nawet włączając do całości elementy muzyki kakofonicznej.
Album ma swoje wprowadzenie w pełni instrumentalnym utworze pt. „Rising the Gate” („Uchylanie Wrót”), którego atmosfera oraz pozamuzyczne elementy dźwiękowe malują przed oczami słuchacza sceny rodem z powieści fantastycznej i baśni. Fanfary słyszane w pierwszych taktach utworu mogą przywodzić na myśl oznajmienie o przybyciu rycerzy w lśniących zbrojach, poselstwa, bądź też innej ważnej osobistości oraz tytułowe otwieranie bram, by wpuścić nadciągających gości. Niemniej zagłębiając się w tematykę utworu i całej płyty, okazuje się, że przybywającym na królewski (?) dwór jest bard/bajarz, który słowem i muzyką uraczy słuchacza albumu romantycznymi, fantastycznymi opowieściami osadzonymi w średniowiecznych legendach, nordyckich mitach i podaniach, które należy omówić jako pewną kolektywną, a zarazem eklektyczną całość, będącą wypadkową improwizacyjnych umiejętności podróżującego barda.
Przykładowo, pierwsza opowieść gawędziarza jest luźno zainspirowana mitologią nordycką i islandzką. Pojawiające się w niej imiona głównych bohaterów – Alviss, Hymir oraz Reginn – w znanych ludzkości mitach nie byli braćmi. Przedstawieni byli jako postacie zupełnie ze sobą niezwiązane. Alviss w mitologii nordyckiej był wszechwiedzącym karłem, któremu przyrzeczono rękę córki Thora – Thrud - w zamian za wykucie olśniewającej zbroi. Hymir natomiast był gigantem, który towarzyszył Thorowi w polowaniu na gigantycznego węża Jormunganda – potwora tak ogromnego, że mógł swoim cielskiem otoczyć cały świat i ugryźć się w swój własny ogon. Z kolei Reginn był to najzręczniejszy ze śmiertelnych, okrutny, mądry i biegły w magii olbrzym żyjący w postaci karła (!) oraz bohater jednej z pieśni z najstarszego zabytku piśmiennictwa islandzkiego – „Eddy starszej” datowanej na IX wiek n.e. Co więcej, pojawiający się w dalszej części opowieści Garm to piekielny pies nordyckiej bogini zaświatów Hel, który podczas Ragnaroku miał stoczyć bitwę z Tyrem – bogiem wojny i bitwy…
Być może nadwornemu fantaście pomieszały się legendy albo umyślnie je scalając, wybił się na oryginalność i chciał ubarwić tym samym swój występ, prezentując słuchaczom coś nowego i dotąd nieznanego.
Natomiast druga opowieść ekscentrycznego barda to „Lovers” („Kochankowie”), która wraz z rozwijającym się powoli początkiem, wprowadza słuchacza w bardziej spokojną, wrażliwszą, lecz nadal wielowymiarową i liryczną balladę. Tekst przenosi słuchacza w świat księżniczki i rycerza - on walczy na dalekich ziemiach, mierząc się z „czarnymi lordami” i wrogami, ona pozostaje samotna w zamku, śniąc i modląc się, by Opatrzność uchroniła jej ukochanego od niebezpieczeństw morza, wojny i pokus obcych kobiet. „Lovers” to nie tylko romantyczna ballada, ale swoista modlitwa pełna uczucia, oddania i niepewności. Ten poruszający utwór kończy się jednak tragicznie. Następuje jedynie pozazmysłowe, metaforyczne oraz symboliczne połączenie się kochanków – niestety ukochanemu rycerzowi nie udało się wrócić z wojaczki. Zrozpaczona królewna decyduje się zakończyć swoje życie, by ponownie spotkać swoją miłość w zaświatach.
Kolejną fascynującą opowieścią jest utwór pt. „Cries” („Lamenty”), który przedstawia wojnę widzianą z dwóch perspektyw: tryumfalnej i tragicznej. Z jednej strony mamy obraz powrotu rycerzy i żołnierzy - wiwatujący tłum, dziewczęta czekające z kwiatami, króla w aureoli chwały, który z dumą przyjmuje zaszczyty. To spektakl zwycięstwa, teatralny korowód pełen światła pochodni, muzyki, śmiechu i radości, gdzie każdy element wydaje się rytuałem ku chwale monarchy. Ale pod tą maską triumfu kryje się inny obraz - samotny żołnierz, stojący wśród tłumu, który nie potrafi cieszyć się zwycięstwem. Jego wnętrze jest martwe, wypalone doświadczeniem bitew. Choć ciało ocalało, w jego umyśle jest chaos, obraz traumy, bezsensu, zdrady ideałów. To on wypowiada najbardziej gorzką prawdę: wojna jest nonsensem, śmierć służy jedynie ambicjom tyrana, a radość ludu to jedynie ślepe uwielbienie dla króla, który karmi się ofiarami swoich poddanych.
W warstwie muzycznej albumu szczególnie wyrazisty okazuje się dialog pomiędzy gitarami a instrumentami akustycznymi – i nie jest to zwykłe zestawienie kontrastujących ze sobą barw, lecz raczej swoisty pojedynek dwóch estetyk. Z jednej strony słychać nerwowość i ostrość gitar elektrycznych, z drugiej – miękką, archaizującą fakturę instrumentów akustycznych. Powstaje wrażenie, jakby muzyka wyrastała z jakiegoś pradawnego, mitycznego porządku - jej szkielet przywodzi na myśl średniowieczne misteria, w których rytuał i ekspresja stapiały się w jedną, niemal sakralną całość.
W tym kontekście wokal Paolo Lucchiny nie pełni roli klasycznego przewodnika po melodii, lecz staje się narzędziem dramaturgii. Nie jest to śpiew w tradycyjnym sensie – raczej deklamacja, aktorska recytacja poematu, w której każda sylaba nabiera ciężaru gestu scenicznego. Lucchina bardziej przypomina postać ze sztuki teatralnej niż rockowego frontmana – jego głos raz brzmi jak monolog szalonego proroka, innym razem jak szept kuglarza, balansując stale na granicy patosu, groteski i ekscentryzmu. Dla jednych słuchaczy taka forma ekspresji będzie magnetyzująca i pociągająca, dla innych – nieznośna. I właśnie ta niejednoznaczność stanowi jej największą wartość: wokal nie został stworzony po to, by podobać się każdemu, lecz po to, by wywołać reakcję – obojętność staje się tu niemożliwa.
Dlatego też nie sposób nie docenić wyjątkowości tej formy lirycznej ekspresji. Dzięki głosowi Lucchiny muzyka Court wykracza poza ramy rockowej kompozycji i staje się widowiskiem – pełnym napięcia, teatralności, groteskowego przerysowania, ale i autentycznej pasji. „And You Will Follow…” nie prowadzi słuchacza bezpiecznymi ścieżkami harmonii, lecz rzuca go w wir dźwiękowego spektaklu, w którym granice między koncertem, teatrem i eksperymentem zostają zatopione w jednej, totalnej wizji artystycznej.
Court to zespół jedyny w swoim rodzaju - ich muzyka wymyka się wszelkim sztampowym klasyfikacjom. Od pierwszych dźwięków słychać, że tego włoskiego zespołu nie interesuje tworzenie konwencjonalnego rocka progresywnego. Wręcz przeciwnie - ich brzmienie jest wyjątkowe, pełne szaleństwa, teatralnej przesady, a jednocześnie nieoczywistej lekkości, fantazji oraz finezji. Court z równą swobodą sięgają po ciężkie riffy gitarowe, folkowe flety i gitary akustyczne, jak i kakofoniczne, z pozoru chaotyczne fragmenty, które jednak wciągają niczym opowieść snuta przez ekscentrycznego barda.
Słuchając ich muzyki ma się wrażenie, że uczestniczy się w nieprzewidywalnym spektaklu - pełnym mitów, legend i fantastycznych wizji, gdzie logika ustępuje miejsca magii i szaleństwu wyobraźni. Wraz z ostatnimi taktami tego wspaniałego albumu, wędrowny bard znika za horyzontem, lecz jego opowieści zostają - niczym iskry, które tlą się w wyobraźni słuchacza.
Bard odchodzi dalej, a jego pieśń wciąż płynie niosąc ze sobą eklektyczne legendy, które nigdy nie znajdują swego kresu…
