mlwz - edunitsky - baner - motyl

Doracor - Unexpected Intersections

Artur Chachlowski

Nie wiem jak mogło dojść do tego, że oto pewien włoski progresywny wykonawca chwali się tym, że wydaje właśnie swój dziesiąty album, a ja nigdy wcześniej o nim nie słyszałem… No cóż, nie sposób o wszystkim wiedzieć, zaistniałą sytuację biorę na klatę, posypuję głowę popiołem i zbytnio nie zwlekając biorę się za opisywanie muzycznej treści, jaką znaleźć można na płycie zatytułowanej „Unexpected Intersections”.

Tak, jest to już dziesiąty (sic!) album w dorobku grupy o nazwie Doracor, pod którą kryje się rzymski klawiszowiec i kompozytor Corrado Sardella. Co więcej, Corrado powraca po dłuższej przerwie, prawie dziesięć lat po swoim poprzednim albumie „Passioni postmoderne di un musicista errante” (2016).

Zespół Doracor powstał w 1995 roku, początkowo jako projekt solowy (Doracor to anagram imienia Corrado), a następnie przekształcił się w pełnoprawny zespół. Na przestrzeni dziewięciu albumów Doracor współpracował z muzykami takiej klasy, jak Red Canzian (Pooh), Roberto Tiranti (Mangala Vallis, New Trolls, Labyrinth), Ian Mosley (Marillion), Vittorio Riva (Gino Paoli), Titta Tani (Goblin, Astra), Stefano Marazzi (Pino Daniele, Mario Biondi) i wieloma innymi.

Początki najnowszej płyty mają swoją genezę około dwadzieścia lat temu – wtedy to Corrado nawiązał współpracę z Redem Canzianem, z którym przygotowywał dla potrzeb festiwalu w San Remo utwór „Passioni postmoderne”. Utwór ten pozostał niedokończony, ale stał się również początkową inspiracją dla tego nowego albumu. W 2024 roku spotkanie z piosenkarką i kompozytorką Loreną Cossu dostarczyło mu dalszej twórczej inspiracji, nadając płycie „Unexpected Intersections” wyraźny kierunek, czego kulminacją było stworzenie suity, od której cały album wziął swój tytuł. Utwór opisuje egzystencjalną metaforę, która wzywa nas, abyśmy nigdy nie zapomnieli o naszym obszarze zabaw, aby nasze wewnętrzne dziecko mogło ponownie połączyć się z naszym dorosłym „ja”.

Klawisze Corrado całkowicie dominują na tym albumie, na którym znajdujemy prawie 75 minut muzyki, w trakcie których intensywne i emocjonalne brzmienia przeplatają się z licznymi rozbudowanymi solówkami gitar elektrycznych (i to one robią największe wrażenie, kreując klimat typowy dla progresywnego gatunku) i saksofonu, a także z cichymi i introspektywnymi utworami, łączącymi brzmienia neoprogresywne i fusion. Wśród licznych znakomitych gości, którzy nadali albumowi dynamikę i emocje, znaleźli się fantastyczni muzycy. Wymieńmy tych, których nazwiska budzą największy szacunek: John Jowitt (basista IQ i Areny), Mirko De Maio (perkusista The Flower Kings), Simona Malandrino (gitarzystka Iana Paice'a, Andrei Braido i Marcelli Belli), Elisa Montaldo (wokalistka i keyboardzistka w zespole Il Tempio delle Clessidre), Kostas Milonas (perkusista w grupach Sunburst i Paradox), Paul Manners (wokalista i gitarzysta I Cugini di Campagna oraz Grammar School).

Muzyczna oferta zespołu Doracor jest niezwykle różnorodna (zaczynając od wprowadzającego utworu „Journey”, który przywodzi mi na myśl Enigmę Michaela Cretu), jest niesamowicie intrygująca oraz nigdy nie jest mdła czy nijaka, nawet w bardziej popowych, mocno zaskakujących, by nie powiedzieć, że wręcz szokujących momentach, których na niniejszym krążku wcale nie brakuje (takich, jak utwory „Il Coraggio Di Essere” i „Quel Folle Volo”, które, jak dla mnie, to typowe canzone Italiana).

Sporo tu typowo włoskiego progresywnego brzmienia („Remnants of Memories”, „After Waking” czy piętnastominutowa suita „Unexpected Intersections”), ale przeważa kinowy nastrój w stylu Ennio Morricone czy Angelo Badalamentiego („That Silent Tear”, „Esegesi Di Una Fiaba Inenarrata”) połączony ze stylową patyną starych dobrych lat 80., która charakteryzuje utwory „Distant Lights” (połączenie poprockowego brzmienia Toto i lekko swingującego Simply Red) oraz „And I Miss You” (sporo tutaj brzmień spod znaku Julee Cruise i trochę Thomasa Dolby’ego).

To bardzo eklektyczny album. Partie wokalne śpiewane są po angielsku i po włosku, słyszymy tu męskie oraz żeńskie głosy, progrockowe schematy mieszają się z popem, muzyka ilustracyjna z klimatami a’la festiwal San Remo, utwory wokalne z tematami instrumentalnymi… No właśnie, liczne instrumentale też wyróżniają się w tym zestawie - są one progresywne w formie i bardzo popowe w treści, zahaczając chwilami o muzyką ‘użyteczną’ (czytaj: ‘dancingową”) - mam na myśli w szczególności tryptyk „Simply You”, „Stella D’Agosto” i „Laurie”, a kodę stanowi elegancki i sugestywny temat „Di Quei Giorni Infiniti”. Być może Corrado Sardella chciał, by każdy znalazł na tej płycie coś dla siebie? Nie wiem czy to dobry i skuteczny sposób na to, by dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców, bo repertuar chwilami rozciąga się od Sasa do Lasa, ale gdyby tak wycisnąć z tego obfitego muzycznie zestawu coś, co faktycznie nam (fanom progresywnego rocka) podoba się najbardziej, to znalazłoby się tego co najmniej trzy kwadranse muzyki. A więc w sam raz na jeden, całkiem przyzwoity album…

Długa to muzyczna podróż, wymagająca odrobiny cierpliwości, ale… w sumie warta zachodu.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce