Dziesięć lat temu, 16 września 2015 r., w ramach festiwalu Sacrum Profanum w Centrum Kongresowym ICE Kraków odbył się urzekający koncert Ólafura Arnaldsa i Alice Sary Ott. Artyści wieńczyli trasę promującą płytę „The Chopin Project”. Oczarowywali wrażliwością, subtelnością, delikatnością i inwencją, budząc także sympatię słuchaczy sceniczną postawą. „Czy widzisz jak ona na niego patrzy?” - zwróciła się do mnie siedząca obok dziewczyna. Szczerze powiedziawszy nie widziałem, ale wiedziałem, co w pytaniu ukryła… Uroda tych dwojga, młodość, talent, synergia, no i Chopin…, wszystko to poruszyło publiczność, a perspektywa rozstania, rychłego zakończenia wspólnego projektu, oddziaływała na wyobraźnię. W każdym razie to, co działo się na sali koncertowej nie mogło nie wpływać na emocje, pewnie także artystów.
W związku z tym projektem Arnalds w serwisie Nothin But Hope And Passion mówił, że wraz z Alice chcieli przywrócić sterylności muzyki klasycznej człowieczeństwo. Ólafur chciał, by słychać było oddech partnerki, odgłos butów dotykających pedałów fortepianu, trzeszczenie krzesła. Ta wypowiedź znakomicie charakteryzuje podejście artysty do muzyki, do słuchaczy, tak by poczuli, że stoi za nią człowiek, że z niego ona wypływa i skierowana jest ku odbiorcy, tak by mogło wydarzyć się spotkanie. Oboje są na nie otwarci, choć podążają różnymi ścieżkami. Nakładem Deutsche Grammophon ukazała się w tym roku kolejna płyta Alice Sary Ott ze zwiewnością i wdziękiem wykonującej nokturny Johna Fielda. Ólafur Arnalds, który zawsze porusza onirycznością i nostalgią, znów nagrał album w duecie.
Artystycznych dokonań tego wyjątkowego artysty zacząłem wypatrywać od 2007 r., gdy wydał debiutancką płytę „Eulogy For Evolution”. Od tej pory ze szlachetnej kruchości powstająca muzyka Islandczyka stała się dla mnie skutecznym lekarstwem na zbyt mroźne chwile życia i skutki niebezpiecznych przeciągów złych chwil.
Ólafur Arnalds jest multiinstrumentalistą, kompozytorem i producentem. Z wyjątkową intuicją łączy muzykę akustyczną i delikatne brzmienia elektroniczne. Album „A Dawning” nagrał z irlandzkim artystą Talosem (Eoinem Frenchem), z którym współpracę rozpoczął w 2023 r. Talos wkrótce zachorował i 11 sierpnia 2024 r. zmarł w wieku zaledwie 36 lat. Szczęśliwie pozostały ślady ich serdecznej współpracy. Olafur deklarował kiedyś: „Współpraca to bardzo intymny proces. To połączenie dwóch umysłów i nigdy nie lubiłem robić tego tak bardzo, po prostu wysyłając komuś coś przez Internet i otrzymując coś w zamian. Musimy być razem w jednym pomieszczeniu. Musimy się razem bawić i czerpać z wzajemnej energii, bo to właśnie tam dzieje się magia. Wykraczasz poza ramy samych umiejętności, co potrafisz? I wchodzisz w to, co czujesz?”. Prace nad albumem rozpoczęli z Talosem w studiu w Reykjavíku. I pracowali wspólnie dopóki było to możliwe… Po śmierci przyjaciela Arnaldsowi powierzono dokończenie projektu. O tym momencie prac powiedział: „To było niemal jak zdjęcie zrobione w chwili jego śmierci, gdzie pewne rzeczy nie mogły się już zmienić”.
„A Dawning” jest subtelną, delikatną opowieścią o przyjaźni i utracie. To epifania bliskości i tęsknoty. Obu artystów łączył podobny stosunek do muzyki, jej rozumienie, ale także wizja świata i bliskości. Arnalds podkreśla, że to ich wspólny album i nawet pracując nad nim już po śmierci przyjaciela czuł jego obecność, zresztą ten zapewnił, niedługo przed odejściem, że będzie i pozostanie do końca. „A Dawning” jest świadectwem więzi, których śmierć nie rozrywa i przyjaźni, dla której nie jest żadną istotną przeszkodą.
Talos zdążył nagrać trzy piękne, nadzwyczajnej kruchej urody płyty, choć pseudonim Frencha nawiązuje do potężnego kolosa strzegącego Krety. „Wild Alee” (2017), „Far Out Dust” (2019) i „Dear Chaos” (2022) to dzieła układające się w jedną opowieść wrażliwego poety. Obcowanie z nimi jest kojące, wręcz uzdrawiające. Pierwsza płyta nominowana była do Choice Music Prize, nagrody przyznawanej dla najlepszej płyty nagranej przez irlandzkich twórców. Słuchając utworów Talosa i Arnaldsa, nie sposób odnieść wrażenia, że pochodzą z jednego świata wrażliwości ludzi, których spotkanie było jedynie kwestią czasu.
Wzruszająca jest intymność muzyki na „A Dawning”, w której słyszymy klasykę, ambient, elektronikę, spotkanie dwóch muzycznych osobowości, dwóch zaprzyjaźnionych ludzi. Ale jest też to opowieść o rozwijającej się chorobie, która wzmaga trudności w pracy, choć także mobilizuje, a przede wszystkim zbliża do siebie przyjaciół pogłębiających także w jej horyzoncie relacje. Słucham tych utworów jak lamentu i pogodzenia z losem, jak wkraczania w niewidzialne i niesłyszalne tu i teraz, dopiero potem, później, za chwilę… Jest w tej muzyce świadectwo i eteryczne światło, którego niemal można dotknąć i poczuć na skórze jego srebrne ciepło.
I jeszcze jedno… Płyta to zaledwie 30 minut, 8 perełek. Zapragnąłem więcej… Ale musi wystarczyć, tak jak czas naszego życia niezależnie od tego ile będzie trwać. A i tytuł płyty jest bardzo ważny, bo przecież zwiastuje nowy początek.
