Od ich debiutu minęło już dwadzieścia sześć lat (płyta „Today’s Report z 1999 roku), a od ostatniego albumu jedenaście (płyta „Circus Pandemonium”, 2014). Po wspomnianym debiutanckim albumie ukazały się jeszcze trzy – „Imaginary Friends” (2001), „Last Epic” (2003) i „Silence” (2006) i… niespodziewanie A.C.T. zniknęli w odmętach muzycznej otchłani. Milczeli aż do 2014 roku. Wtedy to bowiem roku ukazało się wspomniane wyżej wydawnictwo „Circus Pandemonium”. Jednak z kronikarskiego obowiązku muszę wspomnieć, że całkiem niedawno obchodzili swoje trzydziestolecie, jeżeli dodamy do roku debiutu także czas, gdy występowali pod nazwą Fairyland. Co więcej w latach 2019-2023 wydali dwa single („Rebirth” i „Heatwave”) i jedno wydawnictwo, które pozwolę sobie nazwać (z racji długości trwania – ponad 30 minut) mini-LP pt. ”Falling”, które wraz z wydaną właśnie płytą „Eternal Winter” stanowią koncepcyjną całość, kwadrologię. I można by w tym miejscu zapytać: jak to się stało, że zespół A.C.T. ciągle pozostaje na marginesie sceny progresywnej? Dlaczego ciągle jest to zespół jakoś tak zupełnie niedoceniany?
Może przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że sam zespół powołuje się na wpływy takich wykonawców, jak: Spock’s Beard, Kaipa, Fates Waring, z jednej strony, a Queen, Saga, Supertramp, Rush, Muse, ELO - z drugiej. Ale też wspomina o takich wykonawcach, jak The Police, Genesis, Kansas, Jethro Tull, The Beatles, Asia, Journey, na wpływy takich gatunków, jak reggae, soul i AOR. Można by rzec po tej wymieniance: czy nie za dużo srok za ogon?... Może to jest przyczyna braku szerszej popularności? Aby się przekonać jak jest naprawdę trzeba znaleźć chwilę (33 minuty, bo tyle trwa to wydawnictwo) na posłuchanie najnowszego dzieła Szwedów pt. „Eternal Winter”. A jest się czym zachwycić.
I tylko proszę nie dać się zwieść początkowym głosom zimowych kruków. Co prawda tytuł albumu wskazuje na zimę i to wieczną zimę, a kruki i mroczne brzmienie syntezatorów przynoszą od pierwszej sekundy wrażenie jakbyśmy mieli wejść do zaklętego i wyjętego z gotyckich horrorów zamku. Lecz to, co następuje potem pozwala zaryzykować tezę, że będziemy mieli do czynienia z wydawnictwem z rodzaju tych, które bardzo lubię: nieco swawolnym, nawet prześmiewczym i samowolnie traktującym muzykę, którą czasami określamy mianem rocka progresywnego. Panowie z zespołu A.C.T. nic zważają na nic, mieszając wspomniany rock progresywny z wodewilem, burleską, progmetalowym zacięciem, żywiołowym rockiem i twórczością spod znaku Talk Talk. Nie jest to stricte progresywna płyta, nie jest to płyta progmetalowa, nie jest to płyta rockowa… To coś pomiędzy, to coś ostrego i łagodnego zarazem.
Kruki, zima, gotyckie brzmienia, mroczne syntezatory i jak najbardziej rockowy utwór „The Family” (z przezabawnym teledyskiem do obejrzenia) nie pozwalają na teoretyczne rozważania na temat: z czym my tu mamy do czynienia? „The Family” porywa rockową lekkością i gitarowymi rytmami. Ta lekka opowieść o rodzinie z gościnnym udziałem Linnei Olnert wspaniale miesza nightwishowskie, gromowładne klawisze z popowym wokalem, a całość nabiera przez to brzmienia, będącego połączeniem stylów zespołów Asia, Journey i im podobnych. A to dopiero pierwsza z dziewięciu kompozycji.
„A New Beginning” przez trzy i pół minuty nakazuje kołysanie i pociąga rockową lekkością. Mimo zimowego tytułu płyty, to całkiem „letnia” kompozycja z gatunku tych, które doskonale sprawdzą się w każdym miejscu i czasie. Z pewnością nie uświadczycie tu Państwo typowych progresywnych brzmień, lecz przez cały czas ten neoprogresywny blend unosi się w powietrzu i brzmi. I to jak!
Czy lubią Państwo jak pada śnieg? Tak, w czasie świąt z pewnością, ale później w takim codziennym dniu?... Trzeci utwór z płyty – „When Snow Was White” – zaskakuje swoją aranżacją i brzmieniem, bo oto mamy balladę z muzycznym wstawkami rodem ze świąt Bożego Narodzenia i wokalem nieco teatralnym, lekko wodewilowym i wszystko brzmi jakoś tak, jak rodem z burleski, jak rodem z jakiejś sztuki teatralnej z udziałem niesamowitej postaci zielonego potwora Grincha.
Kompozycja „Waiting for the Sun” nie jest podobna do poprzedniej. To rasowy, gitarowy utwór rockowy z domieszką ekscentrycznie brzmiących klawiszy. A całość wpasowuje się w twórczość wszelkiej maści zespołów spod znaku AOR. Ten sam „muzyczny ton” utrzymuje utwór „This Special Day”, choć proszę zwrócić uwagę na użycie wokodera i zmianę tonacji wokalnej. Rockowe riffy gitary, popowe klawisze i… wszystko się jakoś doskonale splata i wiąże.
Siódmy utwór z płyty, „Signs”, to typowa piosenka z gatunku ‘metal symfoniczny’ wyśpiewana jednak w delikatny narracyjny sposób z udziałem chórków i… ponownie pojawiających się zimowych kruków w ostatnich sekundach.
Kompozycja „Home” to opus magnum tego wydawnictwa. Najdłuższa, najlepiej dopracowana i przemyślana. Pokazuje zarazem, jak sądzę, maestrię zespołu A.C.T. i istotę jego muzyki, na którą składają się monumentalne symfonicznie brzmiące pasaże klawiszy, ostra gitara i rockowo-popowe prowadzenie linii wokalnej. Jak dla mnie to pod względem różnorodności aranżacyjnej mistrzowski utwór. Porywa rockową mocą, metalowo-symfoniczną melodyjnością i odważnym wokalem. A solowa gra syntezatorów i gitary może być modelowym przykładem kompozycji dla wielu zespołów.
I wreszcie koniec. Ostatni z utworów powraca do stylistyki rodem z Broadwayu, muzyki cyrkowej i komediowych soundtracków z lat 30. „The Big Parade” kończy płytę w sposób zaskakujący, a jednocześnie w sposób, jakiego należało się spodziewać po tak wyjątkowym zespole, jak A.C.T. Nie ma żadnego outro, choć jest kruczo-gotyckie intro. Jest wodewilowy koniec sugerujący noworoczną zabawę, koniec przeszłości i początek tego, co dopiero nadchodzi. Jest moment zaskoczenia i chęć pozostania w tym nieco dziwnie zaklętym kręgu atmosfery, jaka została wykreowana na całej płycie.
I co teraz? Prosta odpowiedź: potrzebny jest „A.C.T.” (czytaj: akt) wysłuchania tej jakże „innej” płyty i samodzielnej oceny. A jakby była wolna tzw. dłuższa chwila, to proponuję sięgnąć także do wspomnianych na początku trzech singli i spróbować ułożyć to sobie wszystko w jedną całość. Warto.
