Bakelit - No Fear of Drowning

Rysiek Puciato

Słuchając tej płyty po raz pierwszy pomyślałem sobie: nie wiem, czy chcę być wciągnięty w te melancholijno-depresyjne aranżacje, czy chcę być uczestnikiem opisu mrocznych i ciemnych stron ludzkiej egzystencji. Ale ta płyta jest jak magnes. Jeżeli znajdujemy się daleko od niej czujemy jakiś brak, jakąś wyrwę, żal z powodu dźwięków, które właśnie umilkły. I gdy znowu rozlegają się pierwsze tony któregokolwiek z utworów, wzrasta przyciąganie, wzrasta jej magnetyzm. Kolejne sekundy obcowania z pojawiającymi się muzycznymi opowieściami wciągają tak głęboko i to do tego stopnia, że zatraca się dystans, że w pewnym momencie stajemy się elementem tego wydawnictwa. Przestajemy być tylko słuchaczem, a stajemy się konieczną częścią przedstawianych przez zespół światów. Płyniemy razem z kolejnymi dźwiękami, jesteśmy współwykonawcami, jesteśmy razem z zespołem. A Bakelit mroczniej, niż na zeszłorocznym debiucie, eksploruje głębię ludzkiej psychiki i relacji w stosunku do otaczającego nas świata. Podobnie jak na płycie debiutanckiej balansuje na granicy pomiędzy ciemniejszą stroną progresywnego art rocka i muzyki elektronicznej, ponownie tworząc album, który zapada w pamięć. I ta skomplikowana całość współistnieje ze sobą, współgra, nie zawiera ani jednej zbędnej muzycznie chwili. A jej przekaz jest wołaniem z oddali, żałobnym wyznaniem, poczuciem beznadziei i mrokiem, który rozlewa się niczym gorąca lawa.

Wejście w mrok.

„(…) Ratuj nas, wyczołgaj się z podziemi, przyjdź nam z pomocą.

Ratuj, proszę, uwolnij nas, ratuj nasze życie, ratuj nasze dusze, ratuj nas wszystkich”

To początek niezwykłego albumu „No Fear Of Drowning”, to fragment pierwszego z sześciu utworów, które są na nim zamieszczone. To pierwsza z kompozycji, w której męsko-żeński duet wokalny przedziera się przez elektroniczną ścianę dźwięków. Proszę nie traktować dosłownie jego tytułu („From The Underground”). To nie jest piosenka o jakimś podziemnym świecie, to piosenka o potrzebie wyjścia z mroku własnej duszy, o potrzebie duchowego wsparcia. To jednocześnie pieśń utworzona z przeplatających się mrocznych i jasnych dźwięków muzyki. Z dźwięków przeklętych i anielskich, które mimo mrocznego brzmienia dają jakąś nadzieję na promień światła, który pozwoli wyrwać się z zaklętego kręgu niemocy, strachu, bezwładu. To jednocześnie jeden z najbardziej „jasnych” utworów na tej „ciemnej” płycie.

Martwa ciemność.

„(…) Niespodziewanie i nagle, wszystko ucichło

Świat przestał się poruszać, słońce zastygło w bezruchu

Teraz wszystko zniknęło

Dlaczego i gdzie?”

O czym może być utwór zaczynający się od takich słów? Jakże dziwną sytuacją jest moment, gdy wszystko wokoło cichnie, gdy zostajemy tylko my sami i nasze myśli. Jakże niezwyczajna jest ta zwyczajna sytuacja. Przestaliśmy wespółżyć z ciszą. Cisza nas przeraża i poraża.

„(…) Czy umarłem? Czy umarłem?

Czy może być spokój i cisza w czymkolwiek innym niż śmierć?

Im więcej o tym myślę, tym bardziej to staje się jasne

Oczywiście, że nie żyję!”

Cisza równa się śmierć. Czy to nieoczekiwany wniosek? Czy też prawda codzienności? Taką sytuację opisuje druga z kompozycji z płyty - „Moment Of Peace”. Dodałbym tu słowo: „przerażający”. Przerażający moment spokoju. I tylko pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie: czy rzeczywiście jedynie szum i hałas są „lekarstwem” na osamotnienie i strach przed samym sobą.

O nienawiści.

„(…) Dzisiaj nie jest dobry dzień

Będziesz potrzebował czegoś, co cię obudzi rano”.

Słuchając trzeciej kompozycji z płyty – „We Still Hate You” - można by zapytać: czy w ogóle jest jakiś dzień, który jest „dobrym dniem”? Przez powolną pierwszą minutę słyszymy wolno wyśpiewaną mantrę o niemożliwości wyjścia poza utrwaloną wizję samego siebie. Cokolwiek zrobisz, czegokolwiek się nie dotkniesz, będziesz się nienawidził, będą ciebie nienawidzić. I gdy w drugiej minucie zdecydowanym krokiem wchodzi cała ta muzyczna elektronika niemal marszowym tempem wybijając rytm kompozycji, nawet pojawiające się chwilę później chórki wydają się pełnić rolę zwiastunów jakiejś nadchodzącej fali nienawiści.

Handlarze opiniami.

„(…) Słowa mogą zmienić się z przyjaznego błogosławieństwa, daru

w nieświadomy śmiertelny pocisk

w drodze do zaskoczonego, niezrozumiałego

Niewdzięcznego odbiorcy”.

Narastająco i w odhumanizowany sposób rozpoczyna się ta kompozycja. Nie ma tu ładnego wstępu i rozwijającego się tematu. Jest muzyczny bałagan, mechanicznie wydobywane brzmienie i automatycznie wypowiadane treści. Niczym olbrzymi automat muzyczny dźwięki kroczą jeden po drugim z każdą sekundą coraz mocniej akcentując nieludzkość opisywanej sytuacji, w której nigdy nie należy słuchać własnego serca, a jedynie liczyć się z opiniami i sądami innych, lepszych, dostojniejszych. I nawet mocniejsze solo gitary swoim sposobem gry pogłębia automatyczną, nieludzką i zarazem wciągającą atmosferę tego utworu.

Obojętność.

„(…) Jeżdżę na łyżwach po największym zamarzniętym oceanie

Brzegu nie widać, zagubiony bez celu

Lód może wytrzymać, a może nie, nie obchodzi mnie to

Nie boję się utonięcia”

„No Fear of Drowning” – tytułowy i przedostatni utwór z płyty to apoteoza bezradności i niemożliwości wyjścia poza własne ograniczenia. Kiedy jestem sam, nie boję się niczego, ale co w sytuacji gdy jestem z kimś, gdy tych innych, obcych jest wielu? Wtedy nasz dotąd bezludny ocean, zamiast miejscem spokoju, staje się miejscem strachu i bojaźni. Muzycznie to bardziej zrównoważony utwór, a nawet można by powiedzieć, że dostarczający pewnego narracyjno-aranżacyjnego optymizmu dzięki sprawdzonej recepcie w postaci duetu wokalnego oraz melodyjnie brzmiących syntezatorów.

Przypadek krańcowy:

„(…) Chaos dookoła, ale wszystko jest na swoim miejscu

Gwizdy słychać z daleka, nikt nie słucha

Nikogo to nie obchodzi

Jak armia bez żołnierzy, a jednak śmiercionośna

Morderstwo bez siły

Ofiara bez drapieżnika, samobójstwo bez śmierci

Bóg jest naszym wrogiem”.

Ostatni utwór – „Bombs In My Head” - to rzeczywiście bombastyczny w swym muzycznym „chaosie” utwór. To apogeum starające się przedstawić niemoc totalną, absolutne zniewolenie i bezsilność. To kompozycja, która co prawda zaczyna się jakby folkowo od złożebnego śpiewnego wróżenia rodem z ciemnych, skandynawskich opowieści, ale w swej osnowie jest drażniącym podsumowaniem ludzkiej beznadziei. Powtórzenie w końcowej części folkowo brzmiącego śpiewu sprawia, że czujemy się jak uczestnicy jakichś pogańskich rytuałów. I ginie gdzieś nadzieja, że te wróżby będą przewidywały jakieś szczęśliwe zakończenie.

Pisząc o debiutanckiej płycie zespołu Bakelit prosiłem, żebyście dali Państwo temu zespołowi kredyt zaufania. Teraz mogę tylko powiedzieć: a nie mówiłem! Debiutancka płyta – „Asleep Or Insane” była może nieco bardziej radosna, nieco bardziej (chciałoby się powiedzieć) popowa. „No Fear of Drowning” podąża w kierunku mrocznych i ciemnych stron ludzkiego życia i zachowania. Jeszcze bardziej wykorzystuje syntezatory (gra na nich znany z od jakiegoś czasu nieistniejącego już projektu Carptree, Carl Westholm), które jeszcze bardziej „odczłowieczają” muzykę, ale jednocześnie wciągają odbiorcę w krąg mechanicznego, zautomatyzowanego sposobu opowiadania. Zespół nie zapomniał o swoim znaku szczególnym – wspaniałych wokalnych dwugłosach (Ölvin Tronstad – Cia Backman) i ich motorycznych dialogach, które przynoszą jaśniejsze dźwięki i ubarwiają poszczególne kompozycje. Dlatego jest to wydawnictwo, które polecam tym, którzy nie boją się muzycznych eksperymentów, które momentami odrzucają, ale w swej konsekwencji wciągają niczym, wspomniany na samym początku, magnes. Bo ta płyta, mimo swego mroku, przyciąga.

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski