Hughes, Glenn - Chosen

Artur Chachlowski

Legendarny Glenn Hughes dał niedawno dwa koncerty w naszym kraju i… po prostu pozamiatał. Trasa „The Chosen Years”, która rozpoczęła się 2 września w Zoetermeer w Holandii, a zakończy 29 listopada w Bogocie w Kolumbii to przegląd najwspanialszych dokonań słynnego artysty, którego drogi artystycznej nie trzeba chyba nikomu przypominać (nadmienię tylko, że w 1973 roku dołączył do Deep Purple i był członkiem wcielenia Mk III i Mk IV tego zespołu, w połowie lat 80. działał przez krótką chwilę w Black Sabbath, a od 2009 roku jest aktywnym członkiem supergrupy Black Country Communion). Ale na swoich niedawnych koncertach Hughes wykonał nie tylko utwory ze swojgo klasycznego repertuaru. Lwią część czasu poświęcił też swoim nowym utworom. 5 września br. nakładem wytwórni Frontiers Music ukazała się bowiem jego nowa solowa płyta zatytułowana „Chosen”.

Komentując wydanie nowego albumu, Glenn powiedział tak: „Pisanie piosenek jest dla mnie procesem bardzo osobistym i zazwyczaj komponuję i nagrywam tylko wtedy, kiedy mam naprawdę coś do powiedzenia. Minęło dziewięć lat od nagrania mojego ostatniego solowego albumu „Resonate”, więc pomyślałem sobie, że warto zrobić coś nowego. Komponując materiał na „Chosen” wróciłem do deski kreślarskiej mojego życia, pisałem o kondycji ludzkiej, miłości, nadziei, wierze i akceptacji. Zawsze piszę o tym, co czuję w środku, a nie o tym, co dzieje się na zewnątrz. Moje życie wypływa z wnętrza, z chwili obecnej. „Chosen” to album pełen pożywienia dla duszy i powiem szczerze, że nigdy nie byłem tak wdzięczny, że mogę żyć tu, na planecie Ziemia. Muzyka to prawdziwy uzdrowiciel!”.

Glenn Hughes to prawdziwy rockowy oryginał. Żaden inny muzyk rockowy nie wypracował tak charakterystycznego stylu, łączącego najwspanialsze elementy hard rocka, soulu i funku. Jego niesamowity i jedyny w swoim rodzaju głos to jego atut i wizytówka. Podobno Stevie Wonder nazwał kiedyś Hughesa swoim ‘ulubionym białym wokalistą’.

Album „Chosen” przedstawia Glenna Hughesa w jego najbardziej hardrockowym stylu. To bardzo wybuchowy album, który oferuje odbiorcy doskonałe brzmienie i niesamowitą ilość dobrych sonicznych wrażeń, zarówno pod względem kompozytorskim, jak i produkcyjnym. To bardzo udany solowy powrót tego artysty. Hughes przez lata chłonął wszelkie inspiracje, w tym wczesny brytyjski hard rock, Beatlesów, a przede wszystkim amerykański soul i R&B. Eleganckie brzmienie Motown z Detroit i surowe brzmienie Stax/Volt z Memphis także odcisnęły na nim swoje piętno. I wszystko to słychać na płycie „Chosen”, na której znajdujemy 10 nowych piosenek nagranych przez Hughesa (śpiew, gitara basowa) we współpracy z Sørenem Andersenem (gitary), Bobem Fridzema (instrumenty klawiszowe) oraz Ashem Sheehanem (perkusja). Taki skład to prawdziwa potęga. Nic dziwnego, że nie sposób nie zachwycić się właściwie każdym utworem wypełniającym program tego wydawnictwa.

Świetnie jest już od samego początku. Nagranie „Voice In My Head” to prawdziwy hardrockowy killer i porywający wstęp do reszty programu płyty. „Chosen” i „In The Golden” – te utwory prezentują niesamowite melodie i potężne brzmienie. Brzmią klasycznie i śmiało mogłyby znaleźć się na starych płytach Purpli czy Sabbathów. W „The Lost Parade” pobrzmiewa wpadający w ucho przejmująco ciężki, niczym drogowy walec, gitarowy riff. W „Hot Damn Thing” słyszymy odrobię funku i fajne harmonie wokalne. „Come And Go” to najbardziej melancholijny, psychodeliczny utwór z fantastycznym gitarowym solo Andersena. „Heal” mógłby być ozdobą każdej płyty Black Country Communion. Finałowy „Into The Fade” to szybki rockowy numer z mistrzowsko skonstruowanymi melodiami i chwytliwym refrenem. Mógłbym tak właściwie wymieniać bez końca – „Chosen” to zestaw niesamowicie udanych hardrockowych piosenek, których siłą są nie tylko melodyjne brzmienie i mistrzowskie wykonanie, ale przede wszystkim wokal głównego bohatera. Nic tylko pozazdrościć takiej formy. Dobrze, że mroczny okres nadużywania substancji psychoaktywnych Glenn już dawno ma za sobą.

Miłośnicy muzyki Glenna z pewnością docenią soulowo-rockowy klimat, który przebija z całego albumu Ktoś może powiedzieć, że to album kompozycyjnie dość zachowawczy, a brzmieniowo mocno konserwatywny. Tak, ale co w tym złego? Nawet, jeżeli podczas słuchania do głowy bez przerwy przychodziło mi słowo „solidny”, to osobiście nic mi w tym nie przeszkadza. Może dla większego zróżnicowania nastroju przydałaby się na „Chosen” jedna albo druga ballada (jedynie mocno przesiąknięty psychodelią utwór „Come And Go” częściowo zaspokaja zapotrzebowanie na złapanie głębszego oddechu od soczystego hardrockowego grania), ale i tak jeżeli tylko lubisz odważnego, opartego na riffach, solidnego (znowu to słowo!) hard rocka, to „Chosen” zachwyci Cię bez reszty.
Niestety, coraz już mniej na świecie artystów, którzy potrafią tak właśnie grać. Dlatego trzeba docenić klasę tego albumu. Kto wie, czy to nie jedna z ostatnich płyt tak wprost i z powodzeniem nawiązująca do złotej ery gatunku?...

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend w Zabrzu Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski