Jeśli jest się bogiem Ra, to można dużo, bowiem Ra uważany był za najważniejszego boga w egipskim panteonie. Stwórcę świata i ludzi. Jego łzy miały być początkiem ludzkości. W słonecznych barkach przemierzał nieboskłon, a w nocy podróżował w zaświaty. I nie wiem czy tworzył muzykę, czy zadawalał się muzyką sfer, czy podczas swych podróży śpiewał, ale jeśli nie, to nic straconego. Ma wspaniałe „zastępstwo” w postaci brytyjskiej formacji The Mighty Ra, której historia nie jest co prawda tak długa, bo początków zespołu należy szukać gdzieś tak w roku 2019, ale jest całkiem interesująca. Członkowie The Mighty Ra nie są, powiedzmy nieco kolokwialnie, młodzikami. Gitarzysta i wokalista zespołu – Andy Edwards może być znany niektórym z Państwa ze współpracy z takimi zespołami, jak Last Flight to Pluto, The Fyreworks i Cyan. Perkusista Rob Griffiths ma na swoim koncie współpracę z zespołem Cirrus. Basista i wokalista Dave Rowe ma ponad trzydziestoletnie doświadczenie w graniu muzyki na wielu kontynentach i w dorobku jednen album solowy („Beautiful Insanity”). Wreszcie klawiszowiec Jeremy Robberechts może pochwalić się pracą we własnych zespołach (Spiralling Skies czy bristolski Free Severn Sound). Trzeba tu także dodać, że pierwszym klawiszowcem zespołu był Rob Wilsher, który po nagraniu debiutanckiego albumu „All Secrets Known” w roku 2022 odszedł do zespołu Karnataka. Zespół ma także na koncie album live pt. „Live Secrets” wydany w 2023 roku. A tego lata ukazało się najnowsze dzieło The Mighty Ra zatytułowane „Now In A Minute”.
Znajdujemy na nim całkiem zgrabne połączenie melodyjnego rocka progresywnego z… brytyjskim heavy i hard rockiem lat 70. i 80. Takie hardrockowe granie z dołożonymi progresywnymi pasażami, rockową zadziornością i dążeniem do ubarwienia tego wszystkiego elementami psychodelii i jazzu. Co więcej, ośmielam się twierdzić, że zmiana klawiszowca wyszła zespołowi na dobre. Jeremy Robberechts ma w swoje grze mniej z rocka progresywnego, a więcej z hardrockowych tuzów klawiatury, jak Jon Lord (Deep Purple, Whitesnake) czy Ken Hensley (Uriah Heep). Jego podejście do klawiszy jest bardziej „kompatybilne” z hammondami, aniżeli z syntezatorami. Nie ma tu długaśnych pasaży (choć nie jest to do końca prawda), a słychać, i to czasami bardzo wyraźnie, organowe akordy rodem z Deep Purple czy aranżacje, w których brzmi echo Led Zeppelin. I ten miks polany jest progresywnym sosem, który łagodzi hardrockową moc, dodaje jakiegoś delikatnego polotu wszystkim kompozycjom i, bez odbierania tej progresywnej lekkości, dodaje ciężaru każdemu utworowi. A ponadto w warstwie tekstowej The Might Ra są buntownikami, antykonformistami, co nadaje wszystkim ośmiu utworom z albumu swoistej pikanterii.
Na potwierdzenie tej tezy proszę rozpocząć słuchanie tego wydawnictwa od utworu nr 4 – „Sakura”. Co prawda rozpoczyna się orientalnie od recytacji wiersza haiku, ale w chwilę potem wkracza gitara z jakże hardrockowym brzmieniem. I całość zaczyna brzmieć właśnie jak Deep Purple pomieszane z rockiem progresywnym (zwłaszcza druga minuta, gdy pojawiają się progresywne syntezatory). I tak na przemian hardrockowe zacięcie z delikatną progresywną polewą.
I teraz proszę przeskoczyć do utworu nr 5 – „Fashoda”. Mocna gitara, tekst rozprawiający o wojnie, o obowiązku obrony kraju, rockowe gitarowe riffy i… wkraczamy na niezmierzone wody rocka progresywnego. Tak, jest delikatne solo gitary, które przechodzi w bardziej „wojenną” aranżację wspieraną przez słyszalne z drugiego planu syntezatory. Ten „wojenny” nastrój potęgują pojedyncze gitarowe akordy w czwartej minucie i… proszę uważnie posłuchać tego, co się dzieje na drugim planie muzycznym od czwartej minuty i czterdziestej sekundy – toż to „Kashmir” Led Zeppelin!. Zepellinowski kashmirowy duch jakby unosi się nad tym wszystkim, jest jakby zaimplementowany gdzieś tam na drugim planie, a jednocześnie nie przeszkadza ostatecznej melodyjności.
I teraz proszę o skok do utworu nr 6 – „Last Night On Earth”. Jest pinkfloydowo, Gilmourowsko, psychodelicznie, progresywnie. Po prostu rockowo z delikatną zadziornością, której za tło służy właśnie ta Gilmourowska gitara. „(…) Żegnajcie.../ Wszyscy nasi kochankowie i przyjaciele / Żegnajcie... / Ci, z którymi jeszcze się nie pogodziliśmy / W tę ostatnią noc na ziemi, tę ostatnią noc na ziemi…”. I gdy pod koniec piątej minuty solo gitary styka się z „drażniącą” grą saksofonu, całość nabiera niesamowitego progresywnego brzmienia.
Po tej porcji progresywnych dźwięków wróćmy do utworu nr 1 – „Gods of Reality”. Buntowniczo i mocno zaczyna się ta kompozycja. I ponownie proszę uważnie posłuchać klawiszy. Czyż nie przypominają, ponownie, zeppelinowskiego „Kashmiru”? Przy okazji słychać tu bardzo dobrze ten buntowniczy charakter testów zespołu: „(…) Poluj lub ukryj się, walcz lub uciekaj / Jesteśmy na skraju / Przemoczeni, ale jeszcze nie przestraszeni / Przez oszustwo, którym nas nakarmiono”.
To zróbmy kolejny przeskok. Do utworu z numerem 2 – „Mr. Disingenuous”. „(…) Jego język to jedynki i zera / Dezinformacja na temat tego, czym się karmi / Straszliwy kod technologii jego bronią”. Bo „Pan Obłudny” to „(…) Pan Nieszczery / Władca naszego Wszechświata / I wszystkiego, czego się boimy”. Do takiego opisu jak ulał pasuje nieco jazzujący początek i rockowe, mocno gitarowo-syntezatorowe brzmienie. Lecz podobnie jak we wcześniejszych kompozycjach ani jazz, ani gitara nie wyznaczają charakteru tego utworu. O jego rockowej mocy decyduje czwarta minuta i trzydziesta sekunda, która kreuje bardzo ładnie brzmiącą piosenkę rockową, a późniejsza gra organów tylko ją ponownie lekko ujazzowia. A i tak to nie wszystko, co słychać w tej ponad dziewięciominutowej kompozycji.
A może to dobry moment na skok do utworu nr 3 – „New Wheel”? A może to dobry moment do wysłyszenia klawiszy przypominających grę Jona Lorda? Bas i klawisze - to wystarczy by całość zabrzmiała bardzo „soczyście” z dodatkiem progresywnych improwizacji. Druga minuta i czterdziesta sekunda: z prostej rockowej piosenki tworzy się nagle rasowy utwór progresywny.
Przedostatnia kompozycja z płyty, ta z indeksem 7, „Revolution”, to przyjemna pop-progresywna piosenka, jakby „oddech” po hard-rockowo-progresywnych, wcześniejszych zapędach zespołu. Niezbyt skomplikowana muzycznie, lecz miła dla ucha, znowu z wiodącą grą organów.
I można by pomyśleć, że The Mighty Ra zaprezentowało już swoje wszystkie muzyczne strony. Lecz byłoby to błędem, bowiem na koniec, niemal jak przysłowiowa wisienka na torcie, pojawia się utwór „Stories of Old” zaczynający się od gitary akustycznej i syntezatorów udających grę fletu. To balladowa kompozycja o smokach, księżniczkach, tajemnicach. To nastrojowy, neoprogresywny utwór z ciekawie brzmiącą perkusją, która miarowymi uderzeniami wybija rytm i decyduje o sposobie narracji. Ta kompozycja zwalnia bieg tego wydawnictwa pełnego zaskakujących dźwięków i muzycznych skojarzeń. Jest niczym deser po doskonałym posiłku, a jednocześnie niczym oddech po długim biegu. Jest fortepian, są łagodne pasaże syntezatorów, jest doskonale brzmiące solo gitary, jest to, co lubię: muzyczne kołysanie i chwila do oderwania się od wszystkiego, co wokół.
Z góry przepraszam za zaproponowane skoki ruchem konika szachowego od jednego utworu do drugiego. Ale inaczej się po prostu nie dało, bo to płyta wspaniała w swej nieoczywistości. Album „Now In A Minute”, co można by przetłumaczyć jako coś, co wydarzy się wkrótce, ale nie od razu, to wydawnictwo nieco odstające (w pozytywnym sensie tego słowa) od innych. Hardrockowe granie znane z lat 70. i 80. z dodatkiem (i to dużym) progresywnych melodii i aranżacji. I mam nadzieję, że się Państwu spodoba. Bo przecież nic tak nie pociąga jak coś, co wymyka się jednoznacznemu zakwalifikowaniu i określeniu.
