Ta płyta jest muzycznym debiutem, choć muzycy grający w zespole nie są debiutantami, ba… są, rzec by można, „starymi wyjadaczami”, którzy maczali swe muzyczne palce w niejednym projekcie. Choć chyba określenie „projekt” nie oddaje nawet kawałka prawdy o ich dokonaniach.
Ale może zacznijmy od osoby chyba najmniej znanej, choć grającej na tym albumie pierwszoplanową rolę – gitarzysty i wokalisty. Craig Maher, bo o nim mowa, to pomysłodawca zespołu o nazwie… exo-X-xeno. Tak, to nieco dziwna nazwa, ale jakże dzięki temu frapująca. Bo czy słowa „exo-X-xeno” mają jakieś znaczenie, czy też może są dźwiękonaśladowczą zbitką sylab? Tego niestety nie wiem, ale zupełnie mi to nie przeszkadza w słuchaniu debiutanckiej płyty pt. „Luminous Voyage”, która właśnie się ukazała. Nieco bardziej zaintrygował mnie manifest muzyczny, który towarzyszy jej wydaniu. Bo oto bowiem sens pojawienia się zespołu i albumu został opisany następująco: „(…) Nasz cel muzyczny: exo-X-xeno to grupa, której pasją jest muzykalność i tworzenie śmiałych, konceptualnych kompozycji w formie amalgamatów progresywnych brzmień rockowych. Nasza misja brzmieniowa: tworzyć przede wszystkim innowacyjną i ekspansywną muzykę, jednocześnie pokonując schematy popowych hitów i przekraczając bariery melodyczne, tworząc wyrafinowane, eksperymentalne, wzniosłe, a jednocześnie przystępne dzieła sztuki dla ludzkości”. Jak to brzmi…? Tylko czy da się najpierw stworzyć założenia, a później napisać pasującą do nich muzykę i tekst? O tym w zakończeniu.
Wróćmy na chwilę do postaci Craiga Mahera. Może rzeczywiście to muzyk mało znany, ale mający w swoim dorobu dwie płyty solowe: „Through the Garden of Temptation” i „Propel”. Craig jest ponadto autorem muzyki do filmu „Brooklyn Lobster” z Dannym Aiello i Jane Curtin (2005). W Polsce film ten był prezentowany pod tytułem „Homarowy Biznes”. Wreszcie jest też muzykiem sesyjnym. O jego sposobie grania kolega z zespołu, który pojawi się niżej powiedział: „(…) Gra na gitarze Craiga jest po prostu niesamowita, facet potrafi zagrać wszystko (…) nie gra dla samego grania, raczej wychodzi z melodii. Brzmienia gitary, które wybiera, zawsze idealnie pasują do utworu i go wzbogacają. Craig to utalentowany kompozytor i muzyk, a do tego śpiewa jak ptak”.
Taką opinię o Craigu Maherze wypowiedział drugi z członków zespołu exo-X- xeno – Billy Sherwood. Czy wystarczy samo nazwisko, czy też trzeba przypomnieć, że ten wokalista i basista był/jest członkiem takich grup, jak: Yes, Toto i Conspiracy z Chrisem Squirem. Jak doszło do tej współpracy? Sherwood sam na takie pytanie odpowiada: „(…) [Craig – przyp. RP] jest bardzo kreatywnym kompozytorem, nie boi się przekraczać granic. Ja też zawsze starałem się to robić, więc od razu nawiązaliśmy nić porozumienia podczas współpracy”.
Tak więc mamy już dwóch członków tego nietuzinkowego zespołu. Trzecim „elementem” jest perkusista Jay Schellen - muzyk znany choćby z takich zespołów, jak: Hurricane, Yes i Asia.
Do tej trójki dołączył klawiszowy maestro - Patrick Moraz (Refugee, Yes i The Moody Blues), który o albumie „Luminous Voyage” mówi tak: „(…) „Im częściej się go słucha, tym więcej na nim odkryć i dźwiękowych eksploracji! Niewiarygodne!”.
Zatem czy jest to zespół debiutantów, czy też raczej „supergrupa”, która (w myśl manifestu) zdecydowała się połączyć siły, by stworzyć amalgamat progresywnych brzmień rockowych? Maher/Sherwood/Schellen/Moraz – niemal „bajkowy” skład. A muzyka…?
A muzyka zawarta na tym wydawnictwie to rzeczywiście amalgamat, który powstał z pomieszania rocka progresywnego, symfonicznego, elementów hard rocka i dobrej rockowej mocy. I choć wszystko zaczyna się od powolnie rozwijającego się utworu „The Event Horizon”, to od pierwszej sekundy zostajemy wciągnięci w świat gitarowej opowieści z pogranicza rocka symfonicznego i progresywnego. Bez ekwilibrystyk, bez muzycznej ekstrawagancji, bardzo przejrzyście i melodyjnie z jednoczesnym rockowym zaangażowaniem ta krótka instrumentalna kompozycja jest wspaniałym wprowadzeniem do następującego po niej utworu – „Vitruvian Man”. I tylko przypomnę, że „człowiek witruwiański” to rysunek Leonarda Da Vinci z roku 1490 będący jednym z najbardziej znanych rysunków tego autora przedstawiający ówczesną wizję proporcji ludzkiego ciała według Witruwiusza. I taki jest ten utwór…. proporcjonalny. Całość zachowuje muzyczną równowagę pomiędzy wokalem a muzyką, która jest jednocześnie rockowa i zarazem jakoś ściszona i schowana za przejmującym tekstem opowiadającym o czasie i jego nieubłagalnym wpływie na człowieka, na jego widzenie samego siebie i świata. Czy zachowanie proporcji może być oznaką wspaniałości kompozycji? Jeżeli tak, to ten utwór jest wspaniały, bowiem każdy dźwięk ma tu swoje miejsce i łączy się z następnymi w sposób doskonały.
„At the Water's Edge” – trzecia kompozycja na płycie to dwuipółminutowy gitarowy oddech, który rzeczywiście pokazuje w całej rozpiętości gitarową wirtuozerię w wykonaniu Craiga Mahera. Gdy mniej więcej w połowie do brzmienia gitary akustycznej dochodzi cichy podkład klawiszy Patricka Moraza, dostajemy miniaturę, która w bardzo zrównoważony sposób oddaje nastrój spaceru nad brzegiem wody (patrz tytuł utworu).
Bardzo symfonicznie rozpoczyna się piosenka „Onward, Love”, a polifoniczny wokal i chóry nadają jej bardzo specyficzny miły dla ucha wyraz (możliwe jest tu skojarzenie np. z The Flower Kings). Całość kroczy dobrze znanymi ścieżkami rocka symfonicznego, lecz nie znajdą tu Państwo żadnych popisów instrumentalnych, przesadnych muzycznych ekwilibrystyk. Całość jest… proporcjonalna. Zagrana jakby według matematycznego wzoru i w żadnym momencie nie jest to nużące lub nudne.
Podobnie jest w przypadku utworu „Reaching For Beyond”, choć akurat tutaj daje się usłyszeć duży wpływ muzyki z lat siedemdziesiątych. Nie jest to jednak żadne naśladownictwo, bowiem klawisze Moraza dodają całości jakiejś miękkości, uwspółcześniając dawne brzmienia, a gitara brzmi rzeczywiście jakoś tak narracyjnie. I tylko proszę uważać - tak gdzieś w czwartej minucie Moraz daje niesamowity popis swojej maestrii, tworząc niemal kosmiczny nastrój przełamywany rockowymi solówkami Mahera.
Przedostatnia kompozycja – „Into the Night” - to symfoniczna opowieść o nadziei. „(…) Czy obudzimy się z najciemniejszych snów? / Aby ujrzeć nowy świt ludzkości? / Dotknięci przez naturę, oszukani przez wiatry / Czy sięgniemy gwiazd?”. Mimo narracyjnego mroku, to muzycznie doskonała kompozycja brzmiąca w każdej sekundzie tak, jak byśmy chcieli. Ponownie nie ma tu instrumentalnych „wyskoków”. Nawet ostrzejsze gitarowo-klawiszowe solówki wpasowują się w jakiś zbalansowany rytm, tylko momentami wykraczając poza… proporcję brzmieniową. I ta proporcja wciąga, jest jakby znamieniem charakteryzującym to wydawnictwo, stygmatem, który naznacza każdą z kompozycji tu zawartych.
Od tej proporcji nie ucieka także ostatni z utworów – „Live Life”. W tym wypadku mamy do czynienia z bardzo optymistyczną narracją i zachętą do „przeżycia swojego życia”: „(…) Przeżyj życie – i poznaj wszystkie jego tajemnice / Zabierz nas wyżej, wyżej (…) / W miłość – i wszystkie jej obietnice / Zabierze nas wyżej, wyżej, a my znajdziemy… miłość…”. I proszę się nie obawiać, muzyczna proporcja zostaje tu zachowana i wzbogacona o lekko neoprogresywne kołysanie. A solo gitary w czwartej minucie i następujące po nim chórki z pozytywną swadą czarują i niosąc ze sobą pozytywne przesłanie, są doskonałym zakończeniem tego nietuzinkowego albumu.
I co z tego, że nazwa zespołu brzmi nieco dziwnie? Niech Państwu nie przeszkadzają wielkie nazwiska członków grupy, bo nawet gdyby nie było wiadomo kto stoi za tymi dźwiękami płynącymi przez ponad trzydzieści sześć minut, to muzyka i tak swoją doskonałością obroniłaby się sama. Kilkukrotnie w swojej recenzji użyłem określenia: „proporcja” i to z pełną premedytacją. Ten album to przykładowy model perfekcyjnie zbalansowanej muzyki, w której każdej sekundzie trwania odpowiada perfekcyjnie dobrany dźwięk. I do tego całość jest wspaniale pomieszana, tworząc rzeczywisty amalgamat muzyki progresywno-symfonicznej.
Czy można napisać manifest, a później nagrać płytę spełniającą jego wymagania? Przystępując do słuchania tego wydawnictwa wydawało mi się, że nie, bo jak pogodzić „podbudowę teoretyczną” z wolnością twórczą? Teraz po wielokrotnym jej przesłuchaniu chyba zmienię zdanie, bo może to jest tak, że trzeba przyjąć pewne założenia, by na ich podstawie „ulepić” większą całość? I chociaż amalgamat to ostatecznie stop wielu metali, to jednak i, to jest najważniejsze, w ostateczności tworzy nową jakość. I po trzykroć tak: album „Luminous Voyage” jest taką błyszczącą nowością na tegorocznym firmamencie muzyki.
P.S. Wersja winylowa płyty ma dwie różne okładki, ale tą samą zawartość.
