Skrzek, Józef - La Tempete

Dariusz Maciuga

Zerkając na tył okładki rzuca się w oczy taka oto maksyma: Suita planetaryjna o kosmicznych pejzażach na głos, syntezatory i burzę meteorów.

Trudno o bardziej intrygujący opis tego, co zawiera album muzyczny. Jednocześnie trzeba przyznać, że trudno o bardziej trafny opis tego albumu. To zdanie trafia w punkt, jeśli chodzi o zobrazowanie muzyki na nim zawartej. Bo jej istotą jest zabranie słuchacza w mroczną kosmiczną podróż w której będzie podziwiać malownicze widoki odległych galaktyk, mgławic, planet, monstrualnych gwiazd i tego typu atrakcji.

„La Tempete” to album, który został zarejestrowany na żywo w czasie występu Józefa Skrzeka przed publicznością w Planetarium Śląskim w dniu 20 stycznia 2007 roku. Są to nowe, improwizowane utwory, których nie było nigdy wcześniej na płytach studyjnych. Wybór miejsca występu nie był przypadkowy, bo wpisało się ono idealnie w to, co zaprezentował śląski artysta. Przechodząc do sedna sprawy, czyli do samej muzyki, uderzający jest fakt, że nie są to dźwięki odkrywcze i nowatorskie. To konwencjonalna, analogowa, ambientowa elektronika z użyciem instrumentów: Minimooga, Micromooga, Polymooga i syntezatora Gem WS2. Jak wiadomo, Józef Skrzek nie dąży do artystycznych przełomów. Jest w pełni świadomy tego, że artystyczne przesłanie można urzeczywistnić w sposób konwencjonalny, nie tylko nie psując tym ostatecznego efektu i celu, ale wręcz zrobić to nad wyraz dobrze. Ta płyta jest tego doskonałym przykładem. Artystycznym celem tego albumu (i występu) na pierwszy rzut oka i ucha jest ukazanie otchłani kosmosu. Jednak należy koniecznie zerknąć na tył okładki. Już same tytuły utworów sugerują, że muzyka wybiega poza popularnonaukowe zobrazowanie uniwersum. Dodatkowo każdy tytuł jest uzupełniony o jednozdaniowy, bardzo poetycki komentarz, który kieruje myśli słuchacza bardziej w kierunku metafizyki niż astrofizyki. W tym kontekście wyraźnie czuje się, że przesłanie jest głębsze, dotyczy głębi duszy, własnych emocji i wyobraźni (która skądinąd w muzyce Józefa Skrzeka, jak i SBB pełni bardzo ważną rolę), ogólnie tego co nas przekracza w niepojęty sposób. A może czegoś zupełnie innego?... Wgłębiając się nieco bardziej w tytuły i wspomniane komentarze można zauważyć, że chodzi o podróż. Podróż przez otchłań kosmosu i jednocześnie przez życie. Życie jawi się tu jako zawiła, skomplikowana i pełna niewiadomych podróż. Zupełnie jak kosmiczna ekspedycja. Niemniej nie da się jednoznacznie powiedzieć, że na albumie metafizyka dominuje nad fizyką. Te dwa wymiary łączą się ze sobą w równych proporcjach, pokazując, że człowiek ze wszystkim, co w nim typowo ludzkie jest częścią Wszechświata.

Sama muzyka jest bardzo „kosmiczna” w swoim klimacie, mocno stonowana, na swój sposób mroczna i transowa. Nie ma w niej wyrafinowanej wirtuozerii i zbędnych popisów. Co więcej, jej istotą i urokiem jest właśnie swoista prostota. Utwory nie odróżniają się zbytnio od siebie. Wszystkie są oparte właściwie na jednym schemacie brzmieniowym i aranżacyjnym. Do tego stopnia, że ma się wręcz wrażenie słuchania cały czas jednego utworu. Z pozoru to negatywna cecha, którą łatwo określić jako monotonia. Ale czy podróż przez kosmiczny bezkres taka nie jest? Skądinąd na owej monotonii tej muzyki polega trudność w jej odbiorze. Nie ma co się oszukiwać, że ta muzyka dotrze do każdego. Nie dotrze. Zrozumie ją tak naprawdę tylko słuchacz chętny i zdecydowany do poświęcenia jej czasu. Ktoś, kto potrafi spędzić na słuchaniu muzyki osiemdziesiąt minut, bo aż tyle trwa album. Nie chodzi o puszczenie muzyki dla stworzenia tła do codziennych zajęć, ale o rzeczywiste poświęcenie czasu na wgłębienie się w dźwięki.

Ponadto na „La Tempete” Józef Skrzek daje słuchaczom muzykę będącą jawną opozycją dla dzisiejszego modelu życia opartego na tym co szybkie, krótkie, łatwe, ekspresyjne i z polotem. Tutaj znajduje się muzyka wymagająca sporej uwagi, cierpliwości, otwartości, wyciszenia się i uruchomienia wyobraźni. A przede wszystkim powracania do niej (co samo z siebie jest już sporym wyzwaniem), bo niemożliwością jest przyswojenie jej przy jednorazowym kontakcie. Dodatkowo czas trwania płyty wcale nie ułatwia sprawy. Napiszę wprost: nie sądzę, że ktoś padnie przed tym albumem na kolana po pierwszym przesłuchaniu. Dlatego jedynym wyjściem jest danie mu czasu. Sporo czasu. Ale naprawdę warto, bo w tych dźwiękach ukryta jest (meta)fizyczna głębia. A Józef Skrzek po raz kolejny pokazał, że jest artystą kierującym się czymś, co wypływa z jego duszy, a nie chęcią schlebiania czyimś gustom. I za to mu chwała.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce