Dwa lata to w sumie nie tak dużo. Wystarczający czas, by odsapnąć, jeszcze może raz, czy dwa posłuchać tego, co się nagrało i wydało. Odczekać aż minie czas zwykłego „nie chce się”. Odłożyć instrumenty gdzieś w kąt. Ale przychodzi taki moment, że znów się chce, bo nagle wpada do głowy jakiś przysłowiowy dziwny riff, bo akordy jakoś tak się dziwnie składają, że chce się dalej i więcej i… znowu zaczyna się coś tam skrobać, pisać, nagrywać. Nie wiem czy tak było w przypadku naszego rodzimego zespołu Sic Mundus, ale dobrze, że znowu wzięli się do roboty i wydali drugą płytę, która ukazała się 5 września br.
I od razu muszę powiedzieć, że jeżeli debiutancki album pt. „Illusions” był dziełem sztuki graficzno-wydawniczej, to najnowszy – „Universum” - jest po prostu majstersztykiem wydawniczym. Nie wiem czy w tzw. podsumowaniach roku jest kategoria „najładniej wydany album”, ale jeżeli nie ma, to trzeba ją stworzyć bowiem są już co najmniej dwa wydawnictwa polskich zespołów, które na takie miano zasługują. Pierwszym jest płyta, która ukazała się 21 lutego tego roku, a drugą właśnie płyta „Universum”. Wszystko jest tu dopracowane, zaplanowane i wydane w sposób bardzo profesjonalny. Nie wiem czy jest to zasługa wydawcy – Ambient Media House, czy autora okładki - Jarosława Jaśnikowskiego, czy też samego zespołu, ale za szatę graficzną i elegancję wydania należy się wszystkim jej twórcom najwyższe uznanie.
Już nawet bez słuchania płyta zapowiada się interesująco, bowiem w przeciwieństwie do poprzedniego krążka całość została nagrana w jednolitym składzie, a nie jak poprzednio z udziałem wielu gości oraz… (czas na fanfary!!!) wokal pojawia się we wszystkich utworach, choć płyta nie pozbawiona jest długich partii instrumentalnych. No i jest jeszcze bonus disc…, ale tej kwestii należy się oddzielny wątek.
Po staremu trzon zespołu stanowią: Andrzej Sesiuk (klawisze, aranżacje) i Artur Placzyński (bas, teksty). Za wokale odpowiedzialny jest Mikołaj Krzaczek, za perkusją zasiadł Torsten Bugiel, na gitarach gra Michał Kaszczyszyn. Oczywiście i tym razem nie zabrakło gości: Iga Kałuża (wokale), trębacze – Mykhailo Kobets i Sunday Bayode Emmanuel, dodatkowy gitarzysta - Greg Davies i saksofonista - Alessio Castaldi. Efektem pracy tej grupy jest ponad pięćdziesięciominutowy album zawierający osiem kompozycji, z których dwie najdłuższe mają po kilkanaście minut.
Na początku nie mogłem określić dlaczego ta płyta tak bardzo mi się podoba. Zapętliła się i grała. I tylko brak było decydującego określenia dlaczego tak się dzieje. Brzmią na niej syntezatorowe pasaże, elektroniczne dodatki, niemal metalowe gitarowo-wokalne wstawki, quasi-symfoniczne brzmienia, słychać delikatne orkiestracje czy wreszcie rockowe piosenki. A jednak całość przy zachowaniu zróżnicowania płynącego z racji różnorakich tematyk poszczególnych kompozycji i stosownego do ich przekazania sposobu brzmienia jest… aranżacyjnie lekka. Pewnym nadużyciem będzie określenie ‘piosenkowa’, ale upierałbym się, że każdy poszczególny utwór nie przytłacza manierą wykonawczą, nie wdusza w fotel woltą rozgniewanych instrumentów, nie przytępia słuchu nawarstwieniem niezrozumiałych linii wokalnych, nie przymusza do pseudodociekliwych prób zrozumienia tego, co autor miał na myśli. Ten krążek po prostu brzmi mocą tam, gdzie jest to konieczne, lekkością w częściach refrenowych i czytelnym, pasującym wokalem. Notabene także dopasowującym się do zawartości wyśpiewywanych tekstów. Czy są potrzebne dowody? Jeśli tak to…
Proszę na początek bez odchodzenia od głośników posłuchać pierwszych trzech utworów z tej płyty: „The Road To Nowhere” z zaskakującym początkiem i piosenkowymi dwugłosami, „The Wheels Of Time” z kroczącym basowo-perkusyjnym początkiem przechodzącym w brzmienie nieco progmetalowe czy „In The Deep” z ciekawą linią gitary i patetycznym, klawiszowym środkiem pomieszanym z brzmieniem wiolonczeli i lekką orkiestracją. To raptem nieco ponad czternaście minut, lecz gdy gaśnie ostatni dźwięk pozostaje pustka, jakiś żal, że właśnie zostaliśmy, jako słuchacze, zrzuceni z przysłowiowego muzycznego nieba na ziemię. Cytując słowa utworu „The Wheels Of Time” można by powiedzieć, że pozostają „(…) Blaknące wspomnienia / Nic nie jest już takie, jak kiedyś / Wokół zapada ciemność / a ja dryfuję donikąd”. Jest tylko jakiś smutek, że oto skończyło się coś muzycznie wspaniałego.
A jak wiadomo, smutek często rodzi szaleństwo. I taki tytuł (na pierwszy rzut oka) nosi czwarta kompozycja z płyty – „M.A.D.” Jeden z dwóch najdłuższych utworów – ponad jedenaście minut. Proszę tylko nie dać się zwieść spokojnemu, elektronicznemu początkowi przecież wiadomo, że szaleństwo rozpoczyna się gdzieś tam w głębi duszy i potrzeba czterdziestu sekund, by nastąpiła eksplozja emocji. Ale muzyczna erupcja dźwięków zmusza do zmiany rozumienia tytułu. „M.A.D.” to epicka opowieść o ludzkości, która buduje i burzy. To opowieść o operacji, której celem jest „odnowienie” świata. Opowieść pełna zmian tempa i wielu muzycznych ścieżek włączając w to trąbki, orkiestracje i postrockowo-metalowe pasaże, nad którymi dominuje warstwa wokalna. Muzyka jest podporządkowana treści w sposób pozwalający przez cały czas trwania tej kompozycji słuchać jej z wytężoną uwagą, wyłapując pojawiające się smaczki aranżacyjne.
Mocniejsze brzmienia zawarte w utworze „M.A.D.” mają swoją kontynuację w następnym – „Digital Slave”. Mikroczipy, technologia, która tworzy szaleńców i samo szaleństwo – to treściowy przekaz tego utworu z błagalnym refrenem znakomicie zresztą zaaranżowanym – „(…) Uwolnij mnie / Nie chcę tak żyć / Pozwól mi poczuć mój ból / Pozwól mi oddychać / Przywróć mnie do rzeczywistości”. Mocno brzmiące zwrotki są przetykane bardzo melodyjnym refrenem, co gwarantuje siedem minut obcowania z dobrze zbalansowanym muzycznie utworem, a pojawiające się gdzieś tak w piątej minucie, po „metalowej” części, delikatne solo syntezatorów brzmi niesamowicie.
Tytułowy utwór – „Universum” - to, po poprzednich, nieco bardziej metalowo zorientowanych kompozycjach, cztery i pół minuty powrotu do atmosfery z pierwszych trzech kompozycji z wielkim dodatkiem aranżacyjnym świadczącym z jednej strony o maestrii muzycznej, a z drugiej o perfekcji kompozycyjnej zespołu. Ten dodatek to niesamowita balladowa melodyjność, która sprawia, że „(…) Raz na miliard lat / Wszechświat dwóch dusz / rozpoczyna swoje wieczne panowanie”. Ten „raz” właśnie zdarza się w tej piosence. Proszę sobie dodać ten utwór do zbioru najładniejszych ballad tego roku. Koniecznie.
„Empire's Fall” – przedostatni utwór brzmi niczym „pieśń wyzwolenia”, profetyczna wróżba zapowiadająca upadek wszelkich „imperiów”. Mimo lekko growlowego wokalu i stylizacji na ciężej brzmiące gatunki metalu nie jest to utwór metalowy. To potężna, niemniej jednak, rockowa kompozycja, która mimo swojego przesłania („Wszystkie imperia upadną / i twoje też / każde imperium upadnie / i twoje też”) w dalszym ciągu wpisuje się w aranżacyjną lekkość tego wydawnictwa.
Pozostawiam decyzji Państwa czy ostatni utwór pt. „Agartha” to muzyczna podróż do mitycznej krainy położonej we wnętrzu Ziemi, którą zamieszkuje cywilizacja wyżej zaawansowana zarówno technicznie, jak i duchowo od naszej, czy też jest to próba muzycznego oddania procesu duchowego rozwoju, jakiejś ezoterycznej wiedzy ukrytej gdzieś w głębinach duszy. Może jakąś wskazówką będą słowa pojawiające się w trakcie brzmienia tego jedenastominutowego utworu: „(…) Tutaj rzeczywistość jest złamana / Skręcone cienie przecinają światło / Mistyczne zaklęcie / Tutaj przyszłość spotyka się z przeszłością”. Niezależnie od decyzji ta kompozycja wciąga swoją delikatnością (smakowite pierwsze trzy minuty z trąbkami i orkiestracją), jazzującą częścią środkową, gdzie ponownie brzmienie trąbki z syntezatorowym podkładem brzmi niczym delikatny spacer przez spokojne połacie przestrzeni, czy wreszcie przez basowy pochód rozpoczynający się gdzieś w piątej minucie. Jakby tego było mało, to proszę zwrócić uwagę na space’owo-ambientową siódmą minutę i wspomniane wyżej słowa utworu, które pojawiają się dopiero pod jego koniec. No i jeszcze orkiestrowe zakończenie. Przeplatanka stylów, misterna złożoność i… wyborny efekt.
Na osobny wątek zasługuje dysk bonusowy, który zawiera tylko jeden utwór instrumentalny pt. „A Look Into The Inner Self”. Jak sam zespół pisze na swoim Bandcampie, jest to „inna kompozycja” od tych, jakie dotychczas prezentował: „(…) w stylu daleko wykraczającym poza to, co zespół oferował do tej pory. Jedni pokochają Sic Mundus za ten utwór, inni go znienawidzą”. I tak jest w istocie. Jeżeli (ale tylko i wyłącznie na potrzeby tego opisu) podzielić muzykę „elektroniczną” na dwie grupy: ‘tangerinedreamowską’ i ‘Jarre’owską’, to utwór z płyty bonusowej próbuje złączyć w jedno obie te grupy. Słychać w nim „chłodne”, wysublimowane podejście klasyków z Niemiec objawiające się partiami zdecydowanie elektronicznymi, lekko industrialnymi i, z drugiej strony, próby „umuzycznienia” (np. poprzez włączenie, zresztą całkiem udane, partii gitar) utworu w typie bardziej „rozrywkowych” kompozycji Francuza. Czy to współgra? Jeśliby nieco skrócić części ‘tangerine’owskie’, to według mnie, tak. Choć z drugiej strony, sugerując się tytułem tej kompozycji, przecież to spojrzenie w głąb samego siebie, swojego ‘ja’. A to spojrzenie nie zawsze jest „muzyczne”, bywa też „zelektronizowane”…
Czy potrzebne jest podsumowanie?... Warto tu wspomnieć o ważnej roli pojawiającej się w trzech utworach (pierwszym, trzecim i piątym) wokalistki Igi Kałuży. Dwugłos dodaje tym kompozycjom lekkości i blasku. Dźwięk trąbki w utworze „Agartha” „tworzy” tę kompozycję. Proszę nie mieć mi za złe, że (jak się może wydawać) pierwsze trzy utwory potraktowałem skrótowo. To nieprawda. One są po prostu wystarczająco dobre (nie chcę tu użyć słowa doskonałe, żeby nie wbić zespołu w niepotrzebną dumę). Są upojnym spacerem pełnym subtelnych aranżacji i po prostu są takie… do słuchania. A całe wydawnictwo (zarówno pod względem graficznym, jak i muzycznym) jest jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym albumem 2025 roku w kategorii „albumy polskich wykonawców”.
