Undoubting Thomas - In The Process Of...

Rysiek Puciato

Właściwie to wszystko rozpoczęło się i dawno, i niedawno zarazem. Tak wiem, brzmi to co najmniej dziwnie, ale taka jest prawda. Rozpoczęło się dawno…, w latach 80., w tym to bowiem czasie działał zespół, który sygnował swoje wydawnictwa nazwą Damascus. A że tych albumów było aż pięć, więc pod koniec lat dziewięćdziesiątych ukazały się dwa wydawnictwa będące muzycznymi antologiami dokonań zespołu Damascus. Te dwie antologie trafiły w me ręce i tak do dzisiaj zajmują (nieco zakurzone) miejsce na półce. Skład tego amerykańskiego zespołu był następujący: David Coy (perkusja), Tom McKeown (wokal, klawisze, gitara), Marc Reich (wokal, gitary) i Cliff Zweibruck (bas).

Rozpoczęło się niedawno… hmmm, tak w roku 2019, choć pierwszy singiel pt. „The Serpent” nie dotarł do mych rąk. Dopiero następny pt. „Not Every Voice” przypomniał mi o istnieniu pana Toma (a właściwie Thomasa) McKeowna - wokalisty dawnego zespołu Damascus. Ten krótki, niespełna czterominutowy, singiel zostały wydany (w roku 2023) pod nazwą Undoubting Thomas i był solowym produktem Toma. Właściwie nie mającym nic wspólnego z rockiem progresywnym czy okołoprogresywnym. I przyszło czekać dwa lata na pierwszą, debiutancką płytę projektu Undoubting Thomas, która, cóż… dokonała małego „przetasowania” na mojej liście najlepszych wydawnictw debiutanckich roku 2025. 11 lipca 2025 roku ukazało się wydawnictwo zespołu/projektu Undoubting Thomas pt. „In The Process Of…” i po prostu od pierwszego przesłuchania wskoczyło do (jak to się mówi współcześnie) „heavy rotation” nowych płyt progresywnych.

Bo przecież nic tak nie wciąga jak dobra uwertura? I tak jest na tej płycie. Sześciominutowa instrumentalna uwertura („Overture”) to bezpretensjonalny i dobrze wyważony muzycznie wstęp do dalszej części. Niezbyt patetyczny, niezbyt głośny, pełen klasycznych brzmień gitary i organów. Całość brzmi jakby została zagrana na pograniczu rocka progresywnego z długimi pasażami gitary i elementami łagodnego hard rocka lat 70. podkreślającymi ostrzejsze gitarowe akordy.

Łagodny wstęp do przejmującej pozostałej części – tak można by od strony treściowej scharakteryzować to wydawnictwo. Pejzaże dźwiękowe i introspekcyjne teksty, które próbują zobrazować najczęściej zadawane pytania:

- czy Bóg nadal jest dobrocią, skoro wokoło jest tyle nieszczęścia i wszystko się rozpada?

- czy jest jakiś sens w naszym cierpieniu, czy też pozostaje tylko beznadzieja?

„Czy jestem potworem, czy też tylko człowiekiem?” – to kluczowe słowa drugiego utworu „The Mirror”. Nie ma tu żadnego muzycznego patetyzmu, jest spokojna narracja, której towarzyszy bardzo nastrojowa instrumentalizacja. Tak, są partie organów, jest mocniejsze solo gitary i są… wspaniałe chórki, przez które całość nabiera niezwykle profetyczno-żałosnego charakteru. Jest też powtarzające się, jakby nieco zapętlone, solo gitary, które wraz z mocną partią organów i raptownie urwanym zakończeniem tworzą poczucie pustki. Warto wspomnieć, że całość kompozycji można podzielić na trzy części tworzące niejako minisuitę, która, choć nie trwa długo, jednak stanowi swoistą zamkniętą całość. Część pierwsza – „Monster Or Man”, druga „See Me” i trzecia – „All Is Lost”. Takich „minisuit” na tej płycie jest więcej.

Podobny charakter, choć już bez złożonej budowy, ma kolejna kompozycja – „Any Wonder”. To intymna skarga wzmocniona przez akordowo grające syntezatory, której najmocniejszym momentem jest solo organów w połowie trzeciej minuty. I gdy już wydaje się, że tak będzie do końca jak z najgłębszych i nikomu nieznanych odmętów muzyki sfer wypływają uspakajające dźwięki organów nadając końcówce utworu łagodnego charakteru.

„Love And Life” wspaniale brzmi ze swoją hardrockową aranżacją. Nieco bluesowo, nieco mocniej, rockowo, bo czyż inaczej można pytać o tak ważne sprawy jak miłość i życie?

Piąta kompozycja z płyty („My Silence”) trwa jedynie cztery minuty, ale są to cztery minuty, które, podobnie jak poprzedni utwór, utrzymane są w lekko hardrockowym stylu z wyraźnie brzmiącymi organami. Styx, Saga, Rush – proszę sobie wybrać. Wydaje mi się, że każde z tych skojarzeń będzie usprawiedliwione. I tylko solo gitary pojawiające się w połowie utworu nadaje mu wyjątkowy charakter, który sprowadza to hardrockowe brzmienie na grunt progresywny.

Czy można zamknąć w pięciu minutach kompletną opowieść o ocaleniu, o poszukiwaniu drogi do zbawienia? Można. Proszę uważnie posłuchać doskonale rozplanowanego utworu „Save Me”. Tworzą go cztery „miniczęści”: „Sinking Down”, „Slowly Killing Me”, „Sunshine” i „Sinking Down”. Początkowe poszukiwanie drogi do lepszego ‘ja’ przeradza się w muzyczną beznadzieję, by chwilę później zaskoczyć słuchacza dźwiękami nadziei (podkreślonymi ponownie przez nieco hardrockową gitarę i organy oraz radośniejsze słowa: „Sunshine me down”). Koniec tej kompozycji utrzymany w typie Spock’s Beard i innych zespołów rocka symfonicznego wieńczy tą krótką minisuitę. Bo to jest kolejny „kompletny” utwór na tej płycie.

„Dark Waters” – to najlepsza kompozycja z tego krążka. Przez dziewięć minut wędrujemy poprzez meandry szarości i smutku, który jest dominującym elementem tej kompozycji. O tym smutku i bezradności jest pierwsza część tej kolejnej minisuity: „Blackness”. Dokładnie od słów: „(…) if I could back that time” zaczyna się część druga – mocniejsza, organowa, zdecydowana. „Take It Back” – to tytuł tej części. Chóry i pełne melancholii solo gitary rozpoczynają część trzecią – „Down, Down, Down”. „Midnight Of My Life” – kolejna część swoją wyjątkowość zawdzięcza chórkom i…wspaniałej grze organów, które łagodzą i jednocześnie zapowiadają symfoniczne zakończenie tej kompozycji. Bo ostatnia część – „Dark Waters” - to symfoniczna maestria, którą można umiejscowić gdzieś pomiędzy dokonaniami Neala Morse’a i The Flower Kings. To kolejny kompletny utwór na tej płycie.

Jeżeli ktoś z Państwa zastanawia się nad utworem roku, pojedynczą kompozycją, która zadziwia i wciąga, to taką właśnie jest przedostatni utwór z tej płyty – „Something Beautiful”. Intymność, nastrojowość, początkowy przejmujący smutek, nastrój, delikatność i optymizm, który na początku skrywa się gdzieś za słowami o stracie wszystkiego… zaufania, miłości, wiary, by później stopniowo zastępować smutek nadzieją. Ma to oczywiście swoje aranżacyjne odzwierciedlenie. Spokojny początkowy fortepian wzbogaca gitara, na którą proszę zwrócić uwagę, i wreszcie chórki, niebiańsko brzmiące i słowa: „(…) make something beautiful with my life”. I proszę mnie nie pytać czy to jest kolejna kompletna kompozycja…

Wreszcie na koniec zespół serwuje kolejną minisuitę (choć tym razem należy raczej użyć nazwy „suita”) podzieloną na pięć części: „How Long?”, „Rund And Round”, „Running And Hinding”, „A Distant Battle” i „Another World (Reprise)”. Tym razem prawie czternaście minut muzyki przynosi szereg muzycznych smaków. To suita wyzwolenia, suita nowych możliwości, suita nadchodzącego nowego. Symfoniczna perełka zagrana w bardzo delikatny sposób. Beardfish, znowu Neal Morse…, można wybierać odniesienia. Muzycy balansują w perfekcyjny sposób pomiędzy delikatnością podkreślającą warstwę tekstową, a improwizacją, która czerpiąc garściami z muzyki lat 70. pozostaje delikatną, pomimo zdecydowanych pochodów gitar i klawiszy. I tylko gdzieś tak w dziesiątej minucie zespół pozwala sobie na zaprezentowanie całości swych instrumentalnych możliwości, wkomponowując w utwór ostre i zdecydowanie rockowe brzmienia. Mam nadzieję, że wciągnie Państwa ostatnia część tej suity, bowiem słowa: „(…) I am waiting for another world, I am dreaming on another world” przynoszą symfoniczny optymizm i są wspaniałym zwieńczeniem tego wydawnictwa.

Całość została wyprodukowana i zagrana przez zespół Undoubting Thomas, który tworzy Thomas McKeown (wszystkie instrumenty i wokal) z towarzyszeniem innych muzyków: Patrick Culligan (perkusja), Heather Humphrey (chórki) i Gary Jacklin (instrumenty smyczkowe). Dodam tylko, że jest to debiut kompletny, mistrzowski, nie posiadający słabszego momentu i niemal doskonały. I cóż, trzeba będzie przewartościować swoje dotychczasowe typy na debiutancką płytę roku, bo w „procesie słuchania…” dochodzą nowe. Płyta „In The Process Of…” dostępna jest (na razie) jedynie w postaci cyfrowej na bandcampowej stronie zespołu.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce