Roswell Six – Terra Incognita: Uncharted Shores

Artur Chachlowski

Najpierw mała dygresja. Czy ktoś jeszcze pamięta dwie poprzednie części muzycznej opowieści pt. „Terra Incognita” firmowane przez projekt o nazwie Roswell Six? Niezorientowanych w temacie odsyłam do małoleksykonowych recenzji dwóch pierwszych części tej trylogii „Terra Incognita: Beyond The Horizon” (2009) oraz „Terra Incognita: A Line In The Sand” (2010), a pozostałym przypomnę, że jest to muzyczny koncept utrzymany w klimacie szeroko rozumianego rocka progresywnego oparty na powieści autorstwa mistrza gatunku science fiction Kevina J. Andersona. I tutaj pozwolę sobie na kolejną dygresję: Kevin J. Anderson to autor, który koncentruje się nie tylko na literaturze science fiction, ale pisze opowiadania i powieści inspirowane swoimi ulubionymi płytami i często wplata w swoją twórczość nawiązania do ulubionych zespołów, albumów i piosenek. Jest również współautorem kilku opowiadań napisanych wspólnie z nieżyjącym już perkusistą grupy Rush, Neilem Peartem. Kilkanaście lat temu wydał epicką trylogię fantasy zatytułowaną „Terra Incognita”, inspirowaną wyprawami krzyżowymi i mitologią. W założeniu autora trzem książkom miały towarzyszyć albumy płytowe nagrane przez gwiazdorską obsadę, a właściwie przez luźny projekt, pod nazwą Roswell Six, z różnymi wokalistami, którzy mieli wcielić się w role bohaterów powieści. A jej fabuła mówi o świecie, w którym mieszkańcy dwóch królestw, Uraby i Tierry, prowadzą wojnę, która w istocie stała się przyczyną rozłamu ich wspólnej religii. Obie strony łączyło wspólne święte miasto Ishalem, które spłonęło na początku opowieści w wyniku przypadkowego pożaru, za który każda ze stron obwiniała drugą. Ten punkt zapalny stanowi katalizator wydarzeń w tej trylogii. Koniec dygresji.

Na poprzednich albumach z cyklu „Terra Incognita” wystąpili m.in. James LaBrie, Michael Sadler, John Payne, Lana Lane, Steve Walsh, Erik Norlander, Dave Ragsdale, Gary Wehrkamp, Martin Orford, Henning Pauly i Arjen Lucassen. Oba albumy różniły się od siebie stylistycznie, ale to, co je łączyło to fakt, że stanowiły one majestatyczne i spójne dzieła, charakteryzujące się mocnymi melodiami, doskonałym kunsztem muzycznym i dopracowaną narracją.

Poszczególne części powieści „Terra Incognita” ukazały się w 2009, 2010 i 2011 roku. Pierwsze dwa albumy, dzięki prężnie działającej wówczas wytwórni ProgRock Records i operatywności jej szefa, Shawna Gordona, zostały szybko wydane na płytach CD. Jednak trzeci album nie pojawił się. Z biegiem czasu i wraz z zaprzestaniem działalności przez ProgRock Records wydawało się, że nigdy nie doczekamy się trzeciego krążka. Musiało minąć aż 15 lat, by doszło do płytowego zwieńczenia tej trylogii. Trzeci album z serii „Terra Incognita” ponownie zawiera teksty Kevina J. Andersona i jego małżonki Rebekki Moesty, a głównym kompozytorem tym razem jest Bob Madsen, który jest również autorem tekstu do finałowego utworu na płycie, „Not In My Name” (przypomnijmy, głównym kompozytorem pierwszej części był Erik Norlander, a drugiej – Henning Pauly). Michael Sadler po raz trzeci pojawia się jako jeden z wokalistów, którzy pojawili się na płycie „Terra Incognita: Uncharted Shores” (odtwarza on główną postać tej trylogii - żeglarza Cristona, stąd jego obecność na wszystkich płytach serii). Oprócz Sadlera za mikrofonem stanęli Ted Leonard (Spock’s Beard, Enchant, Pattern-Seeking Animals), Anneke van Giersbergen (ex-The Gathering), Dan Reed (Dan Reed Network) i Hans Eberbach (Sweet Vine).

W gwiazdorskim gronie instrumentalistów znaleźli się: skrzypek Jonathan Dinklage, perkusiści Gregg Bissonette (David Lee Roth, Joe Satriani, Ringo Starr & his All-Starr Band) i Ed Toth (The Doobie Brothers), a Bob Madsen, Billy Connally i Jerry Merrill - jako „Wrecked Crew” - zagrali odpowiednio na basie, gitarze oraz instrumentach klawiszowych.

Poświęćmy kilka słów kompozytorowi muzyki. Bob Madsen to muzyk, którego Anderson odkrył dzięki filmowi, który jego ówczesny zespół, The Grafenberg Disciples, nagrał ku czci zmarłego Neila Pearta – legendarnego perkusisty Rush i dobrego przyjaciela Andersona. The Grafenberg Disciples opublikowali teledysk do utworu „No Words”, a cały dochód z jego sprzedaży został przekazany na rzecz Cedars-Sinai Medical Center – Funduszu Badań nad Guzami Mózgu im. Neila Pearta. W taki sposób oddano hołd legendarnemu perkusiście. I w taki sposób losy panów Andersona i Madsena przecięły się. Wróćmy zatem do muzycznej zawartości trzeciej części muzycznej trylogii. Ze stylistycznego punktu widzenia jest to muzyka osadzona w progresywno-rockowym anturażu i zawiera liczne pierwiastki melodyjności i piosenkowości, co w efekcie sprawia, że wydaje się ona bliższa klimatowi płyty „Beyond The Horizon” niż „A Line in the Sand”, ale w pewnym stopniu łączy ona w sobie ich najlepsze składniki, stając się swoistym stylistycznem mostem, czy raczej spoiwem, łączącym elementy wszystkich trzech części.

Album rozpoczyna się utworem tytułowym śpiewanym przez Michaela Sadlera. Perkusja Bissonette'a, bas Madsena i gitary Connally'ego lśnią niczym promień słońca, po którym wędrują delikatne, marzycielskie dźwięki. Sadler jest w dobrej formie wokalnej, a spokojny początek utworu po chwili przeradza się w rockową i rytmiczną piosenkę.

Kolejne nagranie, „The Promised Land”, rozpoczyna się ciężką sekcją rytmiczną w wykonaniu perkusisty Eda Totha i basisty Boba Madsena, a także wspaniałą partią gitary prowadzoną przez Billy’ego Connally'ego. Przechodzący od siły do delikatności głos Teda Leonarda idealnie pasuje do tego rytmicznego rockowego numeru. To bardzo przystępny utwór, który momentalnie przyciąga uwagę i budzi pewne skojarzenia z późnym Kansasem. Gitarowa solówka gitarowa (brawa dla Connally'ego!) pojawiająca się w trzeciej minucie jest jedną z najlepszych na płycie.

Anneke van Giersbergen zajmuje centralne miejsce w piosence „A Sense Of Wonder”. Jej eteryczny głos dodaje utworowi emocjonalnej wagi, szczególnie w chyba w jednym z najlepszych refrenów na tym albumie. Intensywna solówka skrzypcowa w wykonaniu Jonathana Dinklage'a nadaje utworowi nieziemskiego charakteru. To szlachetna, bardzo wykwintna rockowa ballada.

Michael Sadler powraca w subtelnym utworze „Haunted And Hunted”. Nylonowe struny gitar Jaya Tausiga, fortepian Merrilla i łkające skrzypce Dinklage'a stanowią idealny akompaniament dla jego mocnego wokalu. Balladowy charakter „Haunted And Hunted” sprawia, że jest to jeden z najmocniejszych punktów programu tej muzycznej opowieści i wynosi ją na nowy, wyższy, poziom.

„Mortal Enemies” stanowi radykalny stylistyczny zwrot w stosunku do poprzedniego utworu. Dan Reed wciela się w rolę czarnego charakteru, co ma odbicie w jego wokalnym występie, a aranżacja chórków oraz użycie różnorakich detali (bliskowschodnie brzmienia, szeptanie słowa, etc.) sprawia, że nawet jeżeli kompozycja ta nie spodoba się od razu, to intryguje i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Michael Sadler ponownie pojawia się w „Lighthouse” - ciekawym, rytmicznym i ciężkim brzmieniowo utworze, w którym najbardziej zachwyca praca sekcji rytmicznej z mocarnymi partiami perkusji w wykonaniu Grega Bissonnette. Podobać się mogą jazzrockowe dźwięki gitar oraz, ponownie, niesamowicie intensywne, pasaże skrzypiec Dinklage’a.

Następne nagranie to „The Ballet of the Storm” - jedyny instrumentalny temat na tym albumie. Dźwięki fal i rzewne skrzypce wraz z fortepianem, stanowią delikatne tło, na którym pojawiają się odgłosy deszczu, grzmoty burzy, budujące atmosferę tego utworu. Jego główną atrakcją jest nieziemski klimat oraz subtelne gitarowe solo w zakończeniu.

Głos Anneke Van Giersbergen powraca w żywiołowym „The Key To Creation”. Pod względem klimatu to zupełnie inny utwór niż poprzedni śpiewany przez Anneke. Utrzymany jest on w funkowym rytmie opartym na perkusji, basie i gitarze. Funkowy motyw zanika jedynie wtedy, kiedy pojawia się stosunkowo prosty, rockowy i wpadający w ucho refren. Śpiew Anneke łagodzi brzmienie tego skądinąd dynamicznego i mocno rozpędzonego utworu. Wartość dodaną stanowi kolejna wyróżniająca się zadziornością gitarowa solówka w wykonaniu Connally'ego.

W „Unexpected” po raz drugi pojawia się czarny charakter odtwarzany przez Dana Reeda i to w jeszcze bardziej mrocznym i brzmieniowo jeszcze gęstszym wydaniu niż w utworze „Mortal Enemies”. Śpiew Reeda i jego mocno ‘zachrypnięty’ głos prowadzący swoisty ‘dialog’ z żeńskim chórkiem nadaje tej piosence unikalnej jakości, której klimat wymyka się jakimkolwiek definicjom. A finałowy instrumentalny ‘pojedynek’ na linii gitara–skrzypce – po prostu palce lizać!

Dochodzimy do finału płyty. Zamyka ją jedyny utwór, do którego tekst napisał Bob Madsen. „Not In My Name” to ostatnie przesłanie od Boga do bohaterów historii, którzy zaczynają wreszcie rozumieć, że wszczynając i prowadząc bratobójczą wojnę popełnili błąd. Z muzycznego punktu widzenia dużym atutem tego utworu jest jego klimat, z niepokojącym skrzypcowym staccatto, jazzrockowe solo na gitarze oraz fenomenalny śpiew pojawiającego się w tym jednym nagraniu Hansa Eberbacha, a także finałowa narracja w wykonaniu perkusisty znanego z Jethro Tull, Doane’a Perry’ego…

Im dłużej słucham albumu „Terra Incognita: Uncharted Shores”, tym bardziej przekonuję się, że jest on najbardziej różnorodny i najciekawszy spośród wszystkich części tej muzycznej trylogii. Czy najlepszy? Tego nie wiem, bo to sprawa subiektywnego osądu i pewnie każdy ze słuchaczy wyrobi sobie na ten temat własną opinię. Niewątpliwie jednak jest to album, który powinien spodobać się fanom melodyjnego rocka progresywnego. Mam nadzieję, że rzuci on światło na nowe postaci w świecie prog rocka – panów Madsena, Connally'ego i Merrilla, którzy, jako motory całego przedsięwzięcia, bez dwóch zdań, zasługują na duże uznanie. „Terra Incognita: Uncharted Shores” to udana płyta i godne zwieńczenie epickiej trylogii fantasy Kevina J. Andersona.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce