Nie potrafię powiedzieć czy ten album jest wybitny. Pewnie nie, jeśli przeczyta się popularne definicje określenia „wybitny”, ale wiem dlaczego ten album jest jednym z najbardziej wyjątkowych albumów tego roku. A właściwie nie tyle wiem, ile jestem przesiąknięty jakimś pozaracjonalnym przekonaniem, że tak jest. Nie jest to świadomość typu matematycznego udowodniona, wynikająca z wcześniejszych przesłanek i zakończona słynnym stwierdzeniem: „co było do udowodnienia”. Jest to raczej jakieś mentalna samoświadomość i poczucie niezmierzonej radości, że oto dane mi było wysłuchać wydawnictwa, które nie proponuje nowego metrum, nie dokonuje jakiegoś przełomowego odkrycia aranżacyjnego, nie znajduje zastosowania dla niepojętych i niespotykanych instrumentów, ale po prostu wnika w DNA słuchacza i sprawia, że każdy wysłuchany dźwięk to DNA wzbogaca, uszlachetnia i pozwala na jakiś duchowy skok w sferę niczym nieskażonego muzycznego szczęścia. „Velvet Crunch” – bo taki jest jego tytuł – grupy ESP Project po prostu owija się wokół słuchacza i go otula, odgradzając zarazem od wszystkiego, co w danej chwili jest niepotrzebne, złe i przygnębiające. Jest jak szelest liści podczas spaceru przez park, jak krople rosy o poranku i ciepły wiatr figlujący ze starannie ułożoną fryzurą.
Nie potrafię powiedzieć czy to „wina” autorów tego muzycznego dzieła. Znają się jak przysłowiowe łyse konie. Tak gdzieś od 2015 roku, kiedy to Tony Lowe połączył siły z wieloma muzykami, by nagrać płytę pt. „Invisible Din”. Po raz drugi wspomniany Tony Lowe spotkał się z panami Peterem Cole’em i Markiem Brzezickim przy powstawaniu drugiej płyty sygnowanej nazwą ESP – „22 Layers Of Sunlight” (2018). W latach późniejszych ich drogi się rozchodziły, krzyżowały i ponowne spotkanie miało miejsce właśnie teraz, przy nagraniu i wydaniu najnowszej płyty - „Velvet Crunch”.
Nie potrafię powiedzieć czy najnowsze dzieło jest najlepszą, średnią czy też słabą płytą w dorobku projektu ESP. Niezależnie od nazwy – bowiem w kolejny latach pojawiała się nie tylko nazwa ESP, ale też ESP 2.0 czy wreszcie ESP Project – każdy z ośmiu albumów ma swój własny, niepowtarzalny zbiór harmonii, delikatnie rozwijających się struktur muzycznych i wielowarstwowych pejzaży dźwiękowych. I co najważniejsze, każdy w jakiś sposób podnosi słuchacza na duchu tym swoim nieco house’owym stylem.
Nie potrafię powiedzieć co najbardziej uwodzi w tej płycie. Czy wyciszony progresywno-symfoniczny rozmach kompozycyjny, czy nieco psychodeliczno-ambientowy klimat? Jest to wydawnictwo w swych charakterze bardzo proste w odbiorze. Bardzo łatwo przyswajalne i z cyklu tych, których nieobecność i brak zauważamy dopiero w momencie, gdy się skończy. Wszystkie siedem kompozycji szczelnie wypełniają zarówno pierwszy, jak i drugi plan. Po prostu otaczają słuchacza, tworząc niespotykanie uspakajający kokon, który zapewnia muzyczny komfort i zarazem delikatne, bardzo progresywne, kołysanie. Jednak nie jest to płyta z muzyką progresywną. Na szczęście dysponujemy słowem-wytrychem na takie okazje: muzyka „prog-related”.
Nie potrafię powiedzieć czy jest to zbiór piosenek, czy też album mający charakter koncepcyjny. Sam zespół mówi o swoim dziele jako o „(…) opowieści o życiu, śmierci i odrodzeniu na leśnym dnie, ujętą w siedmiu utworach”. Chyba, że za koncepcyjność uznamy fakt inspirowania się przez autorów życiem lasu, funkcjonowanie ekosystemu i wzajemnymi powiązaniami w świecie przyrody, które stanowią metaforyczny odpowiednik życia ludzi. Śmierć, odrodzenie, zmartwychwstanie, rozkwit – paralele, które można znaleźć pomiędzy światem przyrody i światem człowieka.
Nie potrafię zgadnąć, który z siedmiu utworów spodoba się Państwu najbardziej. Może to będzie utwór pierwszy – „Mystical Tangle” ze swoją tajemniczą, transową atmosferą i niezwykle ciekawymi efektami indyjskiego bębna tabla, które dodają egzotycznego posmaku i tworzą z tej kompozycji utwór będący wspaniałym elementem muzyki świata? Może to będzie melancholijny „Coalesce” z delikatną grą gitary akustycznej poruszającej się w obrębie muzyki latynoskiej z przeplatającymi się chórkami i nieoczekiwanymi zmianami harmonii? Może jednak „Network Of Ghosts” z asertywną linią basu, który napędza muzykę i rytmiczną grą perkusji przywodzącą na myśl sprawną regularność jakiejś maszynerii? A może zwrócicie baczniejszą uwagę na tytułowy utwór – „Velvet Crunch” - z jego eterycznymi warstwami syntezatorów, fantastycznie brzmiąca gitarą i takim muzycznym efektem światła i mroku? Chyba że zainteresujecie się montażem efektów elektronicznych, instrumentalnych i chóralnych w utworze „The Touch and Timing of the Sun”? Może to być też kompozycja, w której pulsujące klawisze i chórki budują misterną dźwiękową mozaikę z wyłaniającym się stopniowo głównym wokalem, może to będzie kompozycja pt. „Prophets of Decay”? Czy może wymieniony tu jako ostatni, najbardziej ambientowy z utworów – „Resurrection (On the Forest Floor)”? Przy okazji tego ostatniego warto wsłuchać się w sposób, w jaki jest zagrany. To bardzo melodyjny, otulający ambient, gwarantujący niesamowitą ilość dobrych myśli i wrażeń.
Nie potrafię powiedzieć czy w jakikolwiek sposób zachęciłem Państwa do wysłuchania tego albumu. Mam tylko nadzieję, że jeżeli doczytali Państwo ten opis aż dotąd, to są skłonni spróbować. Jedyne co mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć to to, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej wyjątkowych albumów tego roku. Proszę zapamiętać: ESP Project – „Velvet Crunch”.
