Ihlo – Legacy

Rysiek Puciato

Nad najnowszą, drugą w swoim dorobku płytą zespół Ihlo pracował pięć lat. Ich debiutancki krążek z roku 2019 pt. „Union” został uznany za jeden z najciekawszych debiutów progmetalowych, a Szkoci ruszyli w trasy koncertowe. Ich efektem było koncertowe wydawnictwo z roku 2024 pt. „Live At ProgPower Europe”. Album ten zawiera dwa utwory, które stały się częścią nowego wydawnictwa, które pod tytułem. „Legacy” ukazało się pod koniec sierpnia tego roku nakłdem wytwórni Kscope.

Od razu trzeba powiedzieć to, co zwykle mówi się przy okazji takiej sytuacji. Jeśli pierwszy album jest „próbą” zapisu świeżych pomysłów nowego zespołu i zwykle takim wydawnictwom daje się duży kredyt zaufania, tak drugi jest już rodzajem sprawdzianu mającego pokazać czy mieliśmy do czynienia z czymś jednostkowym, czy też należy szykować miejsce na półkach i w odtwarzaczach dla „nowego” zespołu. Należy także pamiętać, że poletko, które sobie zespół upodobał – prog metal - ma już niezliczoną liczbę wydawnictw, które, cokolwiek by nie powiedzieć, są… gorsze i lepsze. I raczej, jak mi się wydaje, trudno jest dodać do tej kolekcji coś zupełnie nowego. Nie chcę tu powiedzieć, że każda z płyt progmetalowych jest czymś, co już kiedyś było, ale w przypadku wielu zespołów mamy do czynienia z naśladownictwem, wtórnością i muzycznym przeładowaniem zawartości. Słowem… niezmiernie trudno jest nagrać płytę progmetalową, która w jakiś szczególny sposób będzie się wyróżniała na tle innych. Jeśli do tego dodać, że płyta „Legacy” zwiera dziesięć utworów, a całość trwa sześćdziesiąt dziewięć minut, to niemal automatycznie zapala się przysłowiowa lampka z napisami: „czy dali radę?”, „czy zdołają zainteresować słuchacza metalowymi opowieściami przez ponad godzinę?”. Poza tym, przy tak długim czasie trwania płyty i aż dziesięciu utworach, każdy powinien trwać mniej więcej sześć minut, a muzyczne zagospodarowanie sześciu minut…, hmmm, powiedzmy… nie jest łatwe.

Pewną pomocą muzyczną w przypadku zespołu Ihlo jest chyba to, że nie są typowym zespołem progmetalowym w rozumieniu Nightwish, Rhapsody of Fire i im podobnych. Nie ma na płycie patetyczno-wzniosłych kompozycji z „przekładańcem” gitarowo-klawiszowym. Nie ma quasi-operowych wokali, gotyckich strojów i pseudoklasycznych preludiów. Djentowe granie jest płynną mocą, lawą emocji, rzeką muzycznego pędu na tle ostrych, zdecydowanych i głośnych klawiszy. Taka mieszanka nie daje szansy na oddech, stonowanie, muzyczną melancholię czy… progmetalowy patetyzm. W dodatku ta gitarowo-klawiszowa ściana dźwięków jest przełamywana nagłymi skokami szybkości. Nagłymi zwolnieniami tempa i wkroczeniem w nastrojowe, melodyjne, wręcz intymnie atmosferyczne ścieżki dźwięków, których ton przypomina bardziej ambient lub łagodny (prawie) neoprogresywny pasaż melodyjny. Utwory brzmią tak, jakby rozpędzony pociąg nagle włączył wszystkie hamulce i zaczął przemieszczać się (bo nawet nie jechać) w jakimś zwolnionym tempie. Ponadto dziesięć utworów zawartych na tym krążku tworzy niemal sinusoidalny wykres z szybkimi, galopującymi i ostro metalowymi utworami na jej początku; w środkowej części (tej „opadającej”) utwory są spokojniejsze, delikatniejsze, wręcz intymne i zbudowane według zasady: „mocno, ogniście…. narracyjnie i melodyjnie w środku… ostrzej w części końcowej”. Natomiast ponownie wznosząca cześć sinusoidy, czyi końcowa część płyty, to powrót do mocnego, metalowego grania z charakterystyczną dla djentu grą gitary.

Proszę posłuchać utworu pierwszego – „Wraith”. Co prawda przez półtorej minuty wydaje się, że mamy do czynienia z jakąś zwyczajną elektroniczną kompozycją, ale później znika delikatność, znika elektroniczne rozmarzenie i przychodzi czas na moc, która z każdą sekundą nabiera siły, dając jednak szansę na wsłuchanie się w linię wokalną. Wokal słychać, a całość jest perfekcyjnie zaaranżowana z niemal (chciałoby się powiedzieć) matematyczną dokładnością. A im dalej, tym lepiej… Lepiej znaczy ostrzej i z ogromnym metalowym zacięciem. Druga kompozycja z płyty, „Replica”, tylko przez pierwsze minuty snuje się niczym leniwa mgła. W chwilę potem niczym grzmot niespodziewanej błyskawicy wokal balansuje na granicy growlu zachowując jednak nutę delikatnej narracji.

Sinusoida zaczyna opadać wraz z początkiem kolejnej, trzeciej kompozycji – „Source”. Przez prawie połowę czasu jej trwania mamy do czynienia z ładną elektroniczną piosenką, w której pobrzmiewa lekka ambientowa nuta i nawet późniejsze mocne gitarowe pasaże nie powodują aż tak wielkiej zmiany nastroju.

„Empire” to pokaz klasy zespołu Ihlo. Synkopowane riffy gitary na pierwszym planie i mocne syntezatory na drugim. A jednocześnie zachowanie w każdym dźwięku balansu i melodyki.

Narastający synkopowy dźwięk, melancholia w warstwie wokalnej, kompozycja elektronicznych efektów i wyłaniająca się z tego wszystkiego atmosfera jakiejś kosmicznej przygody to cechy charakterystyczne utworu „Storm”.

Ten sam zabieg towarzyszy utworowi „Mute”. Leniwy początek, ambientowo-postrockowy. Delikatny i bardzo atmosferyczny. Mój ulubiony na tym krążku. Przez ponad osiem minut zaskakująco delikatnych brzmień zespół rezygnuje z pośpiechu, rezygnuje z mocy na rzecz elegancji i wysublimowanej kompozycji, która unosi. To sam „dół” naszej sinusoidy.

„Cenotaph” podnosi moc, wkracza na metalowe tory zachowując jednak początkowy spokój. Nasza sinusoida zaczyna się wznosić wraz z każdą sekundą. Pociąg pt. Legacy” gwałtownie przyśpiesza i nie ma już czasu na postrockowe rytmy. Zaczyna się (z małymi momentami zwolnienia) demonstracja prawdziwej mocy.

Pewnym zdziwieniem może być ósmy z kolei utwór pt. „Haar”, który nieco nieporadnie, z jednej strony, podąża w kierunku wytyczonym przez poprzedni, a z drugiej - stara się trzymać się niemal kurczowo melodyjności. Posunę się do stwierdzenia, że właściwie mogłoby tu go nie być.

Tytułowy, ponad ośmiominutowy utwór „Legacy”, to na naszej sinusoidzie niemal wierzchołek. To drugi z utworów, który polecam słuchaczom bardziej zorientowanym na melodyjność i łagodność brzmienia. Ta kompozycja po prostu (jak „Mute”) unosi i pozwala na osiem minut zniknąć w świecie melodii. Na tej metalowej płycie te dwa utwory bronią się znakomicie, dodając jej przystępności i jakiejś wzniosłości.

I jeśli kończący ten krążek utwór „Signals” nie chwyci Państwa za serce, to… sam nie wiem. To wokalny punkt kulminacyjny tego wydawnictwa docierający do najdalszych zakątków duszy. To mój kandydat do zbioru piosenek odtwarzanych tylko przy szczególnych okazjach, taka piosenkowa perełka. I proszę nie zwracać uwagi na to, że trwa ponad dziesięć minut. W tym przypadku nic to nie znaczy, nie ma najmniejszego znaczenia, bo podczas jego słuchania czas płynie inaczej.

Na wszelki wypadek wymienię muzyków tworzących skład zespołu: Clark McMenemy – perkusja; Phil Monro - gitary, bas, syntezatory, orkiestracje oraz Andy Robison – wokal i syntezatory.

Podsumowując chciałbym tylko powiedzieć (po raz trzeci na stronie MLWZ.pl, o ile pamiętam), że moje „kontakty” z muzyką progmetalową, metalową itd. nie są częste, są raczej rzadkie, ale jak już do nich dochodzi, to… A tak nieco poważniej: album „Legacy” zespołu Ihlo to potężna dawka dobrego djentowego metalu, trzy wspaniałe ambiento-postrockowe utwory i pozostałych sześć (bo ten jeden to jednak…), które, perfekcyjnie mieszając moc z łagodnością, sprawiają, że ta ponad godzinna płyta nie tylko, że nie nuży, a wciąga i upaja.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce