mlwz - edunitsky - banner - facet

Presto Ballet – Dreamentia

Rysiek Puciato

Mam cichą nadzieję, że zgodzą się Państwo ze mną, że ostatnimi czasy słowo: „vintage” lub w swojskim tłumaczeniu „klasyczny” robi dużą karierę we współczesnej kulturze. Gdzie by się nie obrócić pojawia się jako modny trend w modzie, przywiązanie do różnej maści urządzeń analogowych w szeroko rozumianej elektronice, w architekturze w postaci sarmacko-klasycznych dworków, no i oczywiście w muzyce, w której nastąpił powrót do starych brzmień, klasycznych sposobów aranżacji i wykonania. Chyba w tym ostatnim przypadku można z powodzeniem powiedzieć o nurcie, którego istotą jest uwspółcześnienie klasycznych dźwięków przy pomocy m.in. nowego instrumentarium czy technik nagraniowych. Nagrywanie płyt na tzw. sto procent, używanie analogicznych wzmacniaczy, starych konsol reżyserskich, minimalizacja zabiegów technicznych przy masteringu i miksie nagranych kompozycji. Słowem… „wkradł się” ten klasycyzm już na dobre. Nie jest moim zamiarem ocena takiego stanu rzeczy, a jedynie zwrócenie uwagi, że dobrze znane przysłowie „stare, ale jare” w pełni oddaje współczesną sytuację tych muzycznych powrotów do korzeni, do dawnych brzmień i dźwięków. Przecież „neo-prog”, „retro-prog” to uwspółcześniony powrót do tego, co już w jakiś sposób pierwotny było. To nowa jakość bazująca pośrednio na tym, co już kiedyś i jakoś zagrano.

No to dodajmy to tego, co wyżej następującą historię: co się może stać gdy amerykański zespół założony w 2005 roku przez gitarzystę o holendersko brzmiącym nazwisku i przyjmujący włoską nazwę, tworzy brzmienie nawiązujące do amerykańskich i brytyjskich wzorców? Skomplikowane…? To przecież oczywiste: album „Dreamentia” kwintetu Presto Ballet. Twórcą tego bandu jest Kurdt Vanderhoof grający kiedyś na gitarze w zespole Metal Church. Z jego inicjatywy zespół Presto Ballet powstał i nagrał pięć albumów. I już podczas narywania pierwszego z nich („Peace Among The Ruins” 2005) Kurdt powiedział: „(…) Techniki nagrywania cyfrowego są irytujące! W przypadku muzyki rockowej to absolutnie fatalne, gdy ciągle polega się na samplach, sekwencerach i automatach perkusyjnych. Niszczy to klimat muzyki na żywo. W przypadku Presto Ballet naszym celem był powrót do bardziej naturalnego brzmienia, przy jednoczesnym zachowaniu jak największej melodyjności i muzykalności”. W realizacji tego planu pomagał mu m.in. wokalista Scott Albright, który potem (w roku 2008 po nagraniu drugiej płyty „The Lost Art Of Time Travel”) odszedł z zespołu, by powrócić niemal dwadzieścia lat później podczas nagrywania najnowszego albumu i klawiszowiec Kerry Shacklett, który z kolei pojawił się w składzie zespołu podczas nagrywania trzeciej płyty („Invisible Places”) i jest jej członkiem do dzisiaj. Oprócz nich w najnowszym wcieleniu zespołu pojawiają się: basista Bobby Ferkovich (który także jest członkiem zespołu od trzeciej płyty „Invisible Places”) oraz perkusista Charlie Lorme (który pojawił się już na poprzedniej płycie pt. „The Days Between”).

Zanim jednak o nowej płycie, pozwólmy liderowi zespołu jeszcze trochę „ponarzekać”: „(…) Dla mnie lata siedemdziesiąte były najciekawszym okresem, z najbardziej utalentowanymi zespołami, najlepszymi piosenkami i najlepszymi pomysłami (…) Nigdy nie rozumiałem, dlaczego nikt nie wrócił do tego rodzaju muzyki”. I jeszcze jedno zdanie: „(…) Dla mnie Presto Ballet to taki nowoczesny zespół progresywny/rockowy z lat 70”. Po takiej wypowiedzi można tylko powiedzieć: wszystkie muzyczne karty zostały już pokazane. W zasadzie można by tak zrobić, gdyby nie jeszcze jeden ważny element odnoszący się do najnowszego krążka, a mający swe korzenie we wcześniejszym wydawnictwie - „Relic Of The Modern World” wydanym w roku 2012. Bohaterem narracyjnym tego… koncept albumu jest postać Andy’ego Rottmana, który jest zwykłym facetem, mającym dość technologii i postanawia odciąć się od współczesnego życia i całego cyfrowego i cybernetycznego trybu egzystowania. Jego nieliczni przyjaciele mówią mu, że to będzie jak „zniknięcie”. A kiedy pozbędzie się telefonu komórkowego, komputera, mediów społecznościowych, to… go po prostu nie będzie. Najnowsze wydawnictwo grupy to kontynuacja historii Andy’ego i opowieść o tym, co się z nim dzieje po… zniknięciu, na które się decyduje. „(…) To właśnie lubię nazywać ‘obowiązkowym albumem koncepcyjnym progresywnego rocka’, podążając za schematem moich ulubionych bohaterów rocka progresywnego z lat 70. Pomyślałem, że Presto Ballet również tego potrzebuje. Poza tym, to naprawdę świetna zabawa!!” – mówi Kurdt Vanderhoof. Dopiero teraz wszystkie muzyczne karty związane z nowym krążkiem zostały odkryte. Zainteresowanych szczegółowym opisem historii Andy’ego odsyłam do strony zespołu, na której jest ona opisana w bardzo obszerny sposób (patrz tutaj).

Muzycznie cały album to mieszanka rocka symfonicznego, melodyjnego (w stylu AOR) z dużym vintage’owym zacięciem, który już na pierwszy rzut oka, czy też od pierwszej nuty, budzi skojarzenia z takimi zespołami jak Styx, Saga, nie stroni też od brzmień w stylu Deep Purple, dokładając do tego finezyjną pracę sekcji rytmicznej, chwytliwe melodie i pojawiające się jakby znikąd klawisze. Na dodatek wszystko to, co powyżej jest jakoś ugruntowane w klasycznym stylu rocka progresywnego z jego dążeniami do wyprodukowania albumu koncepcyjnego.

Już pierwszy z utworów, instrumentalny ”Dreamentia Theme” jest typowym dla koncept albumów tzw. intro, które w gitarowo-syntezatorowy sposób wskazuje z jakim typem muzyki spotkamy się w dalszej części. Soczyste brzmienia wszelkiej maści klawiszy, dialogi gitary z syntezatorami czy też uwypuklające moc brzmienia zaczerpnięte z tradycji hardrockowej. Dla osób gustujących w muzyce z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to jasny przekaz i sygnał, że dalej może być już tylko… ciekawiej.

I jest lepiej i ciekawiej. Dwie kolejne kompozycje – „Finding Light” i „Into The Silent City” - wykorzystują do maksimum wszelkie dostępne dźwięki, by w efekcie stworzyć pulsujące gitarą i klawiszami utwory, które z minuty na minutę otaczają słuchacza znajomym brzmieniem. Wszystko co słychać jest znane, już gdzieś zagrane i wcale to nie przeszkadza, by przyznać, że wszystko brzmi fantastycznie. I progresywnie, i rockowo, i z symfonicznym rozmachem, i… popowo.

W przypadku dwóch kolejnych nagrań – „Mumbletypeg” i „The God Machine” - które lekko odstają od brzmienia początkowych należy pamiętać, że ta płyta to, w zamiarach zespołu, koncept album opowiadający o losach Andy’ego Rottmana, który postanowił zniknąć z radarów social mediów, odciąć się od telefonu i komputera. Oba te utwory podporządkowują swoje aranżacje pokazaniu dalszych jego losów. Oto pojawia się „przewodnik” po świecie bez elektroniki, bez komputerów – Mumbletypeg - który pokazuje bohaterowi świat bez mediów. „The God Machine” z kolei to snująca się opowieść o maszynach, które stały się bogami, wyroczniami, decydentami. To nie użytkownik nimi rządzi, to one rządzą użytkownikiem. Muzycznej niesamowitości pierwszemu ze wspomnianych utworów dodaje fakt, że ów przewodnik w piosence posługuje się kobiecym głosem, który z towarzyszeniem prostym dźwięków fortepianu rozpoczyna swoją opowieść. Nie brakuje oczywiście znanych i tętniących rockowym brzmieniem gitar, lecz fortepianowy początek i zakończenie tworzy atmosferę teatralno-burleskową. „The God Machine” podąża tym śladem używając zamiast teatralności w narracji hardrockowych harmonii połączonych z lekko bluesowym brzmieniem kogoś, kto właśnie siedzi w zadymionym barze.

„Fanatic In The Attic” i „Meet ‘Old Harry” – dwie kolejne kompozycje wracają na rockowo-AOR’owe ścieżki. Ponownie można by powiedzieć, że słychać jakby zespół Saga i może Deep Purple, ale brzmienie organów i innych klawiszy tworzy z nich przyjemne w odbiorze piosenki.

Sercem płyty i zarazem jego najważniejszą częścią jest osiemnastominutowy utwór pt. „Quiet Prayers Of War”. Wspaniały, porywający, kompletny, pełen soczystych brzmień organów. Zagrany z rockową swadą i symfonicznym rozmachem, a jednocześnie niesamowitą melodyjnością. Wspaniałe solowe pasaże organów i mocne akordy gitary rozpoczynają tę najdłuższą kompozycję, by w trzeciej minucie ustąpić pola niezwykle rockowej opowieści, która miesza mocniejsze wątki gitarowe ze spokojniejszymi balladowymi opowieściami wokalisty. Całość to jakby mieszanka Rush, wczesnego Genesis i elektronicznych brzmień Ricka Wakemana, a jednocześnie to wspaniała, epicka suita. Każda minuta to zwrot w stronę coraz to innych brzmień – wspomniane wcześniej organy, hardrockowa gitara w siódmej minucie, solowe popisy klawiszy w dziewiątej, artrockowa w typie Yes w jedenastej i… to wcale nie wszystko. Osiemnaście minut podróży przez muzykę lat siedemdziesiątych twórczo przetworzonej i zagranej.

O utworze „Biloxis” mogę tylko powiedzieć tyle, że lubię klawiszowo-gitarowe pogonie muzyczne. Purplowski charakter połączony z dobrym rockowym tempem. Dobrze, że ta kompozycja znalazła się tuż po suicie „Quiet Prayers Of War”. Dostojność tej pierwszej zostaje zastąpiona galopadą instrumentów, a całość ponownie nabiera rockowej mocy.

Gdyby zespół zastosował nico inny sposób rozmieszczenia poszczególnych utworów na płycie i zamiast „Biloxis” umieścił po najdłuższym utworze inny – ”Thinning The Veil” - to mielibyśmy do czynienia z ponad dwudziestopięciominutową dwuczęściową kompozycją, która mogłaby zadowolić każdego fana rocka progresywnego. „Thinning The Veil” płynie balladowym tempem, wokalnie przypomina (proszę się nie zdziwić) zespół IQ, lecz reszta, obleczona w syntezatorowe pasaże, nadaje mu nieco depresyjnego charakteru.

Wreszcie na koniec zespół serwuje gitarową kompozycję pt. „Giving Up The Dangers”. Mocne gitarowe akordy wraz z tekstem nawołującym do porzucenia wszelkich niebezpieczeństw związanych z „bez-medialnym” życiem wydają się z jednej strony jakimś nawoływaniem do ostatecznego buntu, a z drugiej kryją w sobie obawę, że to, co się może stać „potem” wcale nie musi być ostatecznym wybawieniem. Ale cokolwiek by nie powiedzieć, gitarowe staccato pozostaje w pamięci.

Nie zamierzam Państwa przekonywać do posłuchania tego wydawnictwa. Fanom kołyszącego rocka neoprogresywnego będzie się ona wydała nieco przestarzałym i wtórnym zabytkiem, który ponownie „mieli” to, co już było tak dawno, że nikt tego nie pamięta. Z kolei fanom jakiejś rockowej awangardy wyda się marnym naśladownictwem nie wnoszącym nic nowego, a zatem nie wartym uwagi. Jednak gdyby ktoś chciał posłuchać świetnie zagranego i zaaranżowanego kawałka muzyki korzeniami sięgającej do rocka progresywnego i do tego jak najbardziej klasycznego, to w tym roku pojawiło się szereg takich płyt, a krążek zespołu Presto Ballet na pewno do nich należy i zajmuje jedno z czołowych miejsc.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend w Zabrzu Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski