Z naszych wcześniejszych małoleksykonowych recenzji wydawnictw Apogee wiadomo, że jest to jednoosobowy projekt Arne Schãfera, którego znamy także z działalności w Versus X. Arne komponuje, aranżuje, produkuje, śpiewa i gra na wszystkich instrumentach, w tym także na samplowanych (np. efektowna partia trąbki-skrzydłówki w wyróżniającej się na nowej płycie kompozycji „Abstraction”). Nowy album Apogee „The Two-Edged Sword” ukazuje się dwa lata po płycie „Through The Gate” i czas ten nie został przez Schãfera zmarnowany. Wprawdzie nie dokonuje on na nowym wydawnictwie żadnego przełomu, nie odkrywa na nowo „progresywnej Ameryki”, a raczej konsekwentnie zabiera słuchacza w krainę wykoncypowanych przez siebie, dobrze skomponowanych i jeszcze lepiej brzmiących dźwięków.
Jeżeli napiszę, że na „The Two-Edged Sword” Arne Schäfer łączy w charakterystyczny dla siebie sposób typowe elementy klasycznego rocka progresywnego, tworząc epickie kompozycje o wysokiej jakości i ogromnej rozpoznawalności, to jakbym nic nie napisał. Przynajmniej nic nowego. Ale dokładnie tak jest. Taka jest ta płyta. Z jednej strony przewidywalna, a z drugiej – interesująca, wciągająca i potrafiąca zachwycić swoim misternym kunsztem.
Jak zwykle, muzyczne spektrum sześciu kompozycji wypełniających ten trwający równo 70 minut album, rozciąga się na wpływy muzyki klasycznej, heavy rocka, folk rocka i jazzu. Sześć bardzo złożonych strukturalnie utworów (jeden, najkrótszy, „Temporary Trbulence” trwa 7 minut, jeden – „The Plain Wave” – 10 minut, a reszta, to już kilkunastominutowe złożone strukturalnie muzyczne kolumbryny) zawiera złożone, nietypowe i niejednoznaczne rytmy i modulacje harmoniczne, a także liczne elementy klimatyczne, chwytliwe refreny, improwizowane gitarowe solówki, wspaniałe interakcje na linii gitary – syntezatory, hymnowe i nośne fragmenty, a także typowe dla Apogee rozbudowane orkiestracje (szczególnie imponujące w finałowej kompozycji „Forsaken Paradise”). Na płycie panuje dźwiękowy mrok, pewien rodzaj muzycznej tajemnicy, która odsłania się w miarę uważnego słuchania i coraz lepszego poznawania tej płyty. Posiada ona w sobie ten rodzaj magii, która może kojarzyć się z kompozycjami Petera Hammilla czy Andy Tillisona (czemu niewątpliwie sprzyja charakterystyczna ekspresja wokalna Schãfera) czy też – myślę, że nie pomylę się tutaj – produkcjami amerykańskiej formacji Discipline, chociażby z jej ostatniej, tegorocznej płyty „Breadcrumbs”.
Wyraźnie słychać, że podczas produkcji i miksu Arne położył duży nacisk na naturalną dynamikę i przejrzystość dźwięku, zapewniając to, że każdy instrument pozostaje wyraźnie rozpoznawalny w miksie, przez co brzmienie stało się czyste i przestrzenne. To niewątpliwy walor tego wydawnictwa. Podobnie jak na poprzednich albumach Apogee, Arne wspierany jest przez „żywego” perkusistę Ebi Graefa, co także przyczyniło się do podniesienia naturalności i finezyjności brzmienia nowej muzyki Apogee.
Premiera albumu „The Two-Edged Sword” miała miejsce 1 listopada 2025 roku. I z tą całą swoją mrocznością, melancholią, tajemniczością i jesiennym klimatem wydaje się to idealną datą na tę okoliczność.
