Flying Circus to swoisty paradoks: dzięki sprytnemu, nowoczesnemu marketingowi cyfrowemu i radykalnie analogowemu, retro muzycznemu podejściu, ten niemiecki zespół znalazł się w centrum uwagi dopiero po 35 latach swojej historii i dzięki wydanemu 7 listopada br. albumowi „The Eternal Moment” ma ambicję stać się mocnym kandydatem do przełomu w niemieckim rockowym podziemiu.
Czy nowy album spełnia tę odważną obietnicę? Warunki nie mogły być bardziej sprzyjające, by stworzyć nic innego jak ważny muzyczny manifest w tradycji nośnych albumów koncepcyjnych w historii rocka – zakorzenionych w teraźniejszości, a jednocześnie wciąż odwołującego się do starych dobrych czasów historii niemieckiego (prog)rocka.
Nagrany w legendarnym Dierks Studios, gdzie pięciu muzyków grało jednocześnie w jednym pomieszczeniu, a nie – jak to coraz częściej bywa – porozrzucanych po świecie w swoich domowych studiach nagraniowych, wzbogacony jedynie o niezbędne dogrywki, takie jak organy kościelne i ciepłe brzmienie fortepianu koncertowego Steinwaya, album „The Eternal Moment” podejmuje śmiałe pytania o kondycję człowieka: sens życia, upływ czasu i przemijanie.
Wypełnia go dziewięć (plus dziesiąte, bonusowe nagranie „The Dancing Stone”) wyrazistych utworów, które zgłębiają, z różnych perspektyw, tytułowe „trwałe momenty wieczności”, oscylując między odniesieniami do wzniosłych ambicji artystycznych wielkich zespołów progresywnych, takich jak Pink Floyd, Rush, Yes, King Crimson i Gentle Giant, a surową mocą klasycznych zespołów hardrockowych, takich jak Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple, nie stroniąc przy tym od odważnego eksperymentowania i wymykając się próbom jednoznacznego stylistycznego zaszufladkowania.
No bo stylistyczna rozpiętość jest na tym krążku wyjątkowo duża. Mamy tutaj mocno epickie kompozycje (mocny otwieracz „A Talk With Dead”), nagrania nawiązujące do tradycji prog rocka („Movie Moments”, „Time Machine”), utwory zahaczające lekko o poprockowe klimaty („Green”), kompozycje z jazzrockowym twistem (fenomenalne wykorzystanie interakcji skrzypce – gitara w „What Remains”), a także nagrania brzmiące dość eksperymentalnie (instrumental „Pilikua Akahai”), zupełnie nie-rockowe (mocno klasycyzujący „And You Rest”, na wskroś akustyczny „And You Run”), jak i totalnie przesiąknięte duchem klasycznego rocka, a nawet blues rocka („A Sweet Thing Called Desire”). Ale pomimo całego tego zróżnicowania, wszystko to układa się w zgrabną, trwającą 55 minut całość, która brzmi coraz lepiej przy każdym kolejnym przesłuchaniu. To album, który narasta, jakby z nieśmiałości swojej nie chciał wyjawiać całej swojej klasy i poziomu już od pierwszego spotkania.
Obdarzony ciekawym, choć nie ukrywam, że z pewnością także i kontrowersyjnym głosem, Michael Dorp (wokal) oraz czwórka instrumentalistów: Michael Rick (gitara i wokal ), Rüdiger Blömer (klawisze i skrzypce), Roger Weitz (gitara basowa) i Ande Roderigo (perkusja) demonstrują na czym ma polegać dobry, a przy tym niejednoznaczny, album rockowy: na tworzeniu muzycznego doświadczenia, które żyje, pulsuje, oddziałuje i wyrywa słuchacza z codzienności w te rzadkie, magiczne muzyczne „wieczne chwile”, które pozostają z nim na zawsze.
