Wiele już było muzycznych rozważań na temat dzieciństwa. Zwłaszcza w art rocku. To temat tyleż popularny, co wyświechtany. Jednak podejmowanie go przez kolejnych artystów w gruncie rzeczy w niczym nie wadzi. Każdy przecież miał swoje dzieciństwo, każdy je przeżywał na swój sposób, każdy na swój sposób je wspomina. To rzecz ludzka i w pewnym stopniu nie można od niej uciekać. Poza tym, trzeba też pamiętać, że ile jest i było ludzi na Ziemi, tyle jest i było życiowych historii, zatem podstawą artystycznego wyrazu może być nawet tak oczywisty i banalny temat.
Wydany w 2004 roku drugi album Satellite „Evening Games” doskonale wpisuje się w ten wątek. Warto zaakcentować fakt, że muzyka jest nadzwyczaj emocjonalna i poruszająca. Jest ona tyleż piękna i malownicza, co na swój sposób stonowana i bolesna. Słuchając jej jako dorosły, wracają obrazy z dzieciństwa: okres życia, kiedy czas nie miał większego znaczenia, w zasadzie praktycznie nie istniał. Okres, kiedy myślenie o przyszłości, a zwłaszcza o przeszłości było pozbawione racji bytu, a w najlepszym razie było traktowane po prostu jako abstrakcja. To również płyta, przy której człowiek zaczyna sobie uświadamiać ilość popełnionych błędów i niewykorzystanych szans. A bywa, że są to błędy już nie do naprawienia, których skutki ciągną się od wielu lat. To szanse, które już nigdy się nie powtórzą. To moment, w którym nawet dochodzi do głosu myśl, że wszystkie mosty są za nami spalone.
Jednocześnie trzeba rozwiać wszystkie wątpliwości, które w tym momencie mogłyby się pojawić: album nie pozostawia słuchacza w „dołach” to nie jest muzyka depresyjna. Dźwięki i słowa zachęcają do czegoś zgoła odwrotnego: do nierozpamiętywania przeszłości, tylko wyciągnięcia wniosków i odważnego parcia do przodu i wykorzystywania każdej nadarzającej się szansy. Zaś w tym dobrze jest oprzeć się na optymistycznym, nieskazitelnie czystym patrzeniu na rzeczywistość. Jak dziecko, które nie martwi się o rezultaty swojego postępowania, tylko próbuje nowego, traktując wszystko jak wyzwanie do podjęcia.
Kiedy piszę te słowa i słucham jednocześnie tego albumu jest wieczór, a ja obserwuję z okna dzieci, które z niczym nie skrępowaną radością i zapałem robią użytek z czegoś tak prozaicznego jak nowo położony asfalt na drodze, która dotychczas była tylko ubitym, rozjeżdżonym gościńcem. Rolki, rowery i hulajnogi i kreda są testowane na wszelkie sposoby, a ten widok idealnie wpisuje się w koncept albumu, zwłaszcza w utwór tytułowy. Na własne oczy widzę „gry wieczorne”, które trwają tak długo „dopóki nasze mamy nie zawołają nas do domu”. Obrazek niemal jak z okładki płyty. Tu warto się na moment przy niej zatrzymać, bo nie jest ona bez znaczenia. Na pierwszy rzut oka jest raczej nieciekawa, bez wyrazu, trąci nieco sztucznością i jest mało wyraźna. To w różnych opiniach na temat tego albumu dość częsty zarzut. Dlatego ja proponuję spojrzenie z innej perspektywy. Sugeruję spojrzeć na nią w szerszym kontekście - w połączeniu z muzyką i przesłaniem lirycznym albumu. Wtedy okazuje się, że obraz ten przypomina wizję ze snu lub wyobraźni. Retorycznie można zapytać: czy dzieciństwo nie jest dla słuchaczy już tylko rozmytym, zamglonym wspomnieniem? Czy nie opiera się już tylko na przywoływaniu pewnych obrazów w wyobraźni? Tak też dźwięki, które zespół Satellite powołał do życia są na tyle malownicze i nostalgiczne, a słowa, które napisał Wojciech Szadkowski, a zaśpiewał Robert Amirian, na tyle nastrojowe, zaczarowane, a jednocześnie mocno osadzone w rzeczywistości, że wespół z ilustracją z okładki, zespół (oprócz Szadkowskiego i Amiriana tworzyła go dwójka collage’owych muzyków – Krzysiek Palcewski (k) i Przemek Zawadzki (bg), a także Sarhan Artur Kubeisi (g)), i ich album w niezwykle sugestywny sposób oddziałuje zarówno na wyobraźnię, jak i na wrażliwość... I w sumie o to w tym całym zamieszaniu zwanym art rockiem chodzi.
