Crayon Phase - Synthetic Mind

Rysiek Puciato

Nie wiem jaki jest Państwa stosunek do sytuacji, w których jesteśmy zaskakiwani czymś niespodziewanym, choć przyjemnym?... Pewnie są tacy, którzy wolą pewną przewidywalność, zrównoważony rytm i zwykły porządek rzeczy. Ale pewnie są i tacy, których raduje coś nagłego, niespodziewanego i niezwykłego, takie jakieś małe odkrycie…

Skąd taki początek tej recenzji? Oczywiście z powodu płyty, która właśnie trafiła do mnie i po raz kolejny uświadomiła mi, że „całej muzyki” człowiek nigdy nie pozna. I wcale nie chodzi tu o jakieś dźwięki z przysłowiowego końca świata, gdzieś tam z Antypodów. Okazuje się bowiem, że całkiem niedaleko, w Zagłębiu Ruhry, działa od roku 2008 zespół Crayon Phase i, w zasadzie poza zmianą wokalisty w 2019r., ciągle gra w tym samym składzie. Co więcej. nagrał w tym czasie już dwie płyty: „Within My Recollection” w roku 2013 i „Two Hundred Pages” (2019). Drugi z albumów, jak twierdzi sam zespół, to album koncepcyjny, na którym: „(…) każda piosenka odzwierciedla ducha poszczególnych rozdziałów i prowadzi słuchacza przez historię, której atmosfera zmienia się od mrocznej do epickiej, od chwytliwej do głębokiej, od mistycznej do agresywnej, ale wciąż pozostaje zwarta i spójna jako jeden utwór muzyczny”. I jak to było w przypadku wielu zespołów, później przyszedł Covid i prace nad kolejnym albumem utknęły w miejscu.

Na szczęście powrócili i przed miesiącem wydali swój trzeci album pt. „Synthetic Mind”, który, jak ponownie sami twierdzą,„(…) zawiera wszystkie znane elementy muzyczne brzmienia Crayon Phase, takie jak złożone struktury i filmowe aranżacje, ale także kilka bardziej bezpośrednich i energetycznych partii z ciężkimi gitarami i potężnymi klawiszami. Dlatego niektóre utwory zostały napisane z myślą o bardziej piosenkowym podejściu, aby zawierały również chwytliwe linie wokalne i zapadające w pamięć refreny. Nawet jeśli album został napisany jako zbiór pojedynczych piosenek, wszystkie teksty w jakiś sposób krążą wokół jednego głównego tematu i oddają ekscytującą, a zarazem przerażającą podróż społeczeństwa od wyzwań naszych czasów do dystopijnej przyszłości. Obejmuje to refleksję nad obecnymi kryzysami, polaryzacją społeczną, napięciami politycznymi oraz szybkim rozwojem i ryzykiem, jakie niosą ze sobą nowoczesne technologie, sztuczna inteligencja i robotyka”. Szeroki wachlarz tematyczny, przyznają Państwo? I rzeczywiście, nowy krążek to wulkan pomysłów aranżacyjno-brzmieniowych. Neoprogresywne pasaże, gitarowe popisy solowe, bombastyczne klawisze, wokal płynący od ballady do niemal metalowego krzyku...

Każdy z utworów ma ponad pięć minut i w sumie zespół serwuje nam pięćdziesiąt minut bardzo energetycznego grania neoprogresywnego, który kojarzy się z zespołami typu Mystery, późnym Genesisem, Sagą i Spock’s Beard. Prawdziwy wulkan pomysłów i mieszanina stylów.

Weźmy na przykład osiem minut obcowania z utworem „World Of Chaos” – pierwszym na nowym krążku. Spokojne pasażowe wejście poprzedza metalizującą gitarę i mocne klawisze. Nie wątpię, że zwolennikom mocniejszych i melodyjnych zarazem utworów w typie popularnego u nas zespołu Mystery kompozycja ta bardzo przypadnie do gustu.

Nieco bardziej elektroniczno-metalowy utwór „Mission” ze swoimi hipnotycznymi riffami gitary brzmi mocą i dźwiękami znanymi z utworów przedstawicieli spokojniejszych odmian metalu symfonicznego może podnieść ciśnienie. I słucha się tego z dużą przyjemnością.

Niemal dziesięciominutowa kompozycja „To The Stars” to już zupełnie inna sprawa. Spokojna narracja, nastrojowa gra klawiszy i gitary, która z chwili na chwilę przyśpiesza, zachowując miękkie brzmienie, robi naprawdę spore wrażenie. To kompozycja, której nie da się nie lubić. Tak sobie myślę, ze to jeden z tych utworów, które sprawiają, że progresywne granie ciągle pociąga i nie pozwala przestać słuchać tego gatunku.

Po dziesięciu minutach „oddechu” Crayon Phase wraca na tory melodyjnego neo proga. Niczym dobrze naoliwiona progresywna maszyna toczy się utwór „Deep Divide”, kompilując melodyjne brzmienie gitary z syntezatorowym podkładem zapewniającym całości stabilność brzmieniową oraz moc nawiązującą do dobrego klasycznego rocka.

Tytułowa kompozycja, „The Synthetic Mind”, to siedem minut bardzo przyjemnej rockowej podróży przez wody łagodnego prog metalu, neo proga i zadziornego rocka. Każda sekunda tryska energią i jakąś radością. I tylko proszę przysłuchać się uważniej odważnej grze syntezatorów. To one i ciężej brzmiące riffy gitary nadają tej piosence niemal artrockowgo charakteru.

Płytę kończy utwór „Insurrection” - najdłuższy, jedenastominutowy. Dochodzą w nim do głosu hardrockowe brzmienia, które dodają mu jakiejś powagi i ważności, zaś finałowa sekwencja gotyckich chórów - patetycznego polotu. Nieco bardziej melodyjne wstawki są tu tylko dodatkiem do wokalu wyśpiewującego song o potrzebie powstania, odrodzenia się i znalezienia na nowo we współczesnym świecie. Mocny apel treściowy z mocną linią melodyczną. To prawdziwy hymn odrodzenia na koniec tego zróżnicowanego wydawnictwa zachowującego jednak jakąś swoistą jedność brzmieniową.

Wszystkie dźwięki na tym krążku są skądś „znane”, wszystkie patenty muzyczne też, a jednak ma on coś w sobie, co sprawia, że słucha się tego wszystkiego z przyjemnością. Całość jest bardzo dobrze zrównoważona muzycznie i wokalnie. Nie ma dłużyzn, nie ma tzw. przekombinowania aranżacyjnego. Jest po prostu kawał dobrego, rzec by można, rasowego, progresywnego grania. Czy to nie wystarczy za rekomendację? Dla mnie tak, a w dodatku moja muzyczna wiedza poszerzyła się o znajomość jeszcze jednego zespołu pochodzącego wcale nie z Antypodów, a niemal z sąsiedztwa.

Z kronikarskiego obowiązku jeszcze tylko powiem, że w skład zespołu wchodzą: Raphael Gazal (wokal), Wolfgang Bähr (gitary), Arne Gröschel (perkusja), Frank Wendel (organy, syntezatory) i Peter Damm (bas), a płyta ukazała się nakładem wytwórni Progressive Promotion Records.

MLWZ album na 15-lecie Wishbone Ash powraca do Polski 22 listopada 9. edycja Festiwalu Rocka Progresywnego w Legionowie