Jak na siedemnastą płytę zespół Poor Genetic Material nie przestaje zaskakiwać. Ich poprzednie wydawnictwo „Possibilities” ukazało się w zeszłym roku i nie mija rok, a już pojawia się następne. Po raz kolejny zespół zastosował swoją własną metodę nagrywania: jedno wydawnictwo w składzie ośmioosobowym, kolejne w gronie ograniczonym do, nazwijmy je, ścisłego trzonu tej grupy, czyli: Philipa Griffithsa (wokal), Stefana Glomba (gitara, bas) i Philippa Jaehne (klawisze, programowanie). Z małymi jednakże różnicami: „(…) do trzyosobowego składu, który nagrał „Elsewhere” w 2023 roku, ponownie dołączyła flecistka Pia Darmstaedter. Jak ważna jest Pia, uświadomiliśmy sobie dopiero, gdy zabrakło jej na „Elsewhere”. Jej brzmienie i melodie dodają naszej muzyce czegoś wyjątkowego. Nowym gościem jest Duncan Ness, którego poznaliśmy przypadkiem w Edynburgu zeszłego lata”.
Ciśnie się na usta pytanie: dlaczego tak? Odpowiedź daje sam zespół: „(…) Kontynuujemy naszą metodę pracy w dwóch różnych składach: pełnym, ośmioosobowym zespole (pieszczotliwie nazywanym „dinozaurem”), który wydaje album co trzy lub cztery lata, oraz w mniejszym składzie skupionym wokół naszych głównych autorów, który wypełnia luki. Powód jest prosty: mamy zbyt dużo materiału, aby za każdym razem nagrywać go w pełnym składzie. Ale to, co piszemy i nagrywamy w tym małym składzie, w niczym nie ustępuje, ani nie jest mniej złożone, niż to, co robimy z „dinozaurem”. Może i jest bardziej spontaniczne i nieco oszczędniejsze pod względem produkcji, ale z taką samą dbałością podchodzimy do pisania piosenek, aranżacji i tekstów. W rzeczywistości „Pastoral” może być najbardziej intensywnym emocjonalnie albumem, jaki kiedykolwiek nagraliśmy”.
I tak rzeczywiście jest. Dostajemy „towar” wybornej jakości. Najnowsze wydawnictwo zespołu Poor Genetic Material pt. „Pastoral” to płyta godna najwyższej uwagi, na którą powinni zwrócić uwagę wszyscy ci, którzy poszukują płyt atmosferycznych, profesjonalnie precyzyjnych i tak po prostu miłych dla ucha. Nie zabrzmiało to składnie, ale takie jest moje odczucie po wielokrotnym przesłuchaniu tego krążka. Opisując na łamach MLWZ poprzednią płytę zespołu napisałem takie słowa: „(…) Jednak będę się upierał przy tzw. pierwszym wrażeniu. Jest to płyta trochę nierówna. Dalej twierdzę, że utwór pierwszy jest jakoś niedograny, drugi i trzeci – to dwie wybijające się piosenki. Opowieść o starym bufonie, to jakby kawałek nie z tej bajki. „An Island In Time” – zaskakuje pozytywnie, a końcowy utwór – „Contingency” - swoją żywiołowością zamyka płytę pozostawiając pozytywne wrażenia. A jak jest naprawdę?… Każdy musi to stwierdzić sam. Pozostaje tylko życzyć wielu zespołom, żeby przy swojej szesnastej płycie miały tyle samo do powiedzenia” (szerzej patrz tutaj). Przy okazji nowej płyty nie mam takiego problemu. To jedna z najlepszych płyt tej grupy. To płyta, która maluje dźwiękami pejzaże, niesamowite „krajobrazy” utkane z tęsknoty, melancholii i skrywanych marzeń. To album nostalgicznie smutny i przesiąknięty olbrzymią porcją zadumy, która pojawia się w każdej linii wokalnej niezależnie od jej natężenia. Całość jest oszczędna aranżacyjnie i instrumentalnie. Unika realizatorskich sztuczek i rości sobie prawo do całkowitej szczerości.
Pierwszy z utworów, „Toxic”, na bazie zdecydowanie narracyjnej linii klawiszy jest balladową opowieścią z mocniejszymi akcentami gitary. Toksyczna jest samotność, w której: „(..) późną nocą nie ma nikogo / kto by ci dotrzymał towarzystwa / Twoje odbicie lustrzane odbijające się w nieskończoności / Myślisz, że tylko ty możesz określić, kim jesteś”.
„Unrehearsed” to ambientowa opowieść o tym, że to co najlepsze spotyka nas właściwie przez najzwyklejszy przypadek: (…) Najważniejszy moment w naszym życiu / nadchodzi jako całkowite zaskoczenie / chociaż powinniśmy byli wiedzieć / że nie wiadomo, kiedy nadejdzie”. A może przez jakiś splot losu, jakieś przeznaczenie?… Bo przecież: „(…) wszędzie wokół nas / jest jasno, jest ciemno jest słońce, jest deszcz / i zawsze tak pozostanie błękitne niebo, chmury burzowe/ uwięzione w ciemności lub noc pełna gwiazd”. Nie potrzeba tu wielu opisów, a nawet zbędne są słowa. Trzeba się tylko dać zaczarować, trzeba tylko dać się wciągnąć w tę muzyczną opowieść o najzwyklejszym życiu.
”Fur And Skin” rzeczywiście pokazuje, że na ostatnich płytach zespołu brakowało fletu Pii Darmstaedter. Flet wydobywa i kształtuje nastrój tej kompozycji. Przeplata dźwięki akustycznie brzmiącej gitary z pejzażowymi klawiszami i delikatnym wokalem – „(…) różne historie – twoja i moja / zderzające się i zbiegające / jesteśmy pyłem z kosmosu / (…) żadne z nas nie pozostawi po sobie trwałego śladu” – by na zakończenie udostępnić miejsca nieco alternatywnie brzmiącej solówce gitary.
„Black Hole” to space’owy początek, który przeistacza się w zgrabną indierockową piosenkę. Łączy delikatne kosmiczne dźwięki klawiszy z nieco bardziej rockową gitarą i fletem oraz nadaje całości jakiś lekko psychodeliczny wydźwięk. A tytułowa „czarna dziura”…? To my i nasze myśli… „(…) Między jasnymi pomysłami / a mrocznymi, mrocznymi myślami /między kolorami, których nigdy nie widziałem / jest odrobina głębokiego, głębokiego błękitu / aby przypomnieć nam, co uważamy za prawdę”. Nie ma się czego bać, to tylko i aż świat naszych myśli…
„Deja Vu” to liryczna próba odpowiedzi na jedno z najważniejszych pytań człowieka: „co mnie tworzy, co mnie kształtuje?…” – „(…) Jakie jest moje pierwsze wspomnienie? / Kiedy zacząłem śnić? / Dokąd mnie zaniesie bicie mojego serca?”. To zarazem najładniejszy utwór z tej płyty. To płynący nastrój, który udziela się słuchaczowi z każdą sekundą wybrzmiewających dźwięków. Sprytna orkiestracja, nieco dramatyczna linia wokalna i ostrzejsza gitara jakby kłócąca się z linią fletu, a także przybierający na ostrości wokal w części końcowej sprawiają, że ta kompozycja niesie ze sobą niezwykłą porcję zrównoważonego dramatyzmu.
I na koniec utwór tytułowy – „Pastoral”. Dziesięć minut opowieści o „całym życiu” – „(…) całe życie skondensowane w garści słów, najgłupsze rzeczy, jakie świat kiedykolwiek słyszał / nieinspirowane, apatyczne i zmęczone / mechaniczne, purytańskie”. Całość brzmi jak wyznanie zawierające nitkę żalu, że się czegoś zaniechało, że może trzeba było spróbować. I dźwięki fletu, które w piątej minucie ustępują miejsca wspaniale kołyszącej gitarowo-klawiszowej aranżacji. I znowu flet. To zaczarowane podsumowanie tego krążka, takie późnowieczorne, na uspokojenie, zmuszające do relaksacyjnego skupienia, do zamknięcia strudzonych oczu. Proszę się temu poddać… Walka z nastrojem, jaki tworzy ten utwór, jest bezcelowa.
Zespół Poor Genetic Material i jego siedemnasta płyta. I dźwięki, które tworzą taki nastrój, z którym nie sposób „walczyć”, któremu trzeba dać się wciągnąć. I okładka z owieczką na łące. I spokój, jaki udziela się podczas słuchania. I ten piosenkowy styl mający charakter krótkich opowieści o nas samych. I wszystko zamknięte w jednym krążku, który jest bardzo emocjonalny, gęsty od prostych myśli i spostrzeżeń. A przy tym taki osobisty. Poor Genetic Material – siedemnasta płyta. Oby było ich jeszcze raz tyle.
