Temples On Mars – The Last Ship

Artur Chachlowski

Działający w Londynie, kierowany przez Jamesa Donaldsona i specjalizujący się w alternatywno-progresywnym graniu zespół Temples On Mars prezentuje swój nowy album pt. „The Last Ship”. Jest to składający się z 10 utworów, bogaty pod względem brzmienia i pełen emocjonalnych kompozycji zestaw, który stanowi śmiałą ewolucję w brzmieniu zespołu. Opierając się na fundamentach ciepło przyjętego debiutanckiego albumu („Temples On Mars”) oraz na mroczniejszych, elektronicznych eksploracjach kilku tematów z pierwszej płyty rozwiniętych na EP-ce „Parallels V.1”, nowym albumem Temples On Mars jeszcze bardziej poszerzają swoje stylistyczne granice.

Nagrany w studiach w Londynie i Los Angeles na przestrzeni kilku ostatnich kilku lat, album zawiera 10 utworów, które pokazują zespół pewnie kształtujący swoją tożsamość i wyrazistość brzmieniową. Rezultatem jest dynamiczne połączenie miażdżących brzmień, nieprzesadzonej ciężkości, ciepłej elektroniki i chwytliwych piosenek – stylu, który sam zespół opisuje pięcioma słowami - kluczami: „przystępny, ciężki, nastrojowy, ciepły, wpadający w ucho”.

Album „The Last Ship” zgłębia tematykę świadomości, śmiertelności i autorefleksji. „Bądź świadomy tego, co dzieje się wokół ciebie – na wszystkich poziomach” – namawia zespół. „Otwórz oczy, zadawaj pytania, doceniaj chwilę i żyj”.

Do tego należałoby jeszcze dodać: „I słuchaj naszej muzyki!”. Co zatem dociera do naszych uszu po włożeniu srebrnego krążka do szuflady odtwarzacza? Na co od razu zwraca się uwagę, to fakt, że album rezonuje żywiołowością, bezpośredniością i głębią. Od hymnowego, obdarzonego niemal stadionowym refrenem utworu „Sleepwalking Into Extinction”, poprzez strzelistą dźwiękową introspekcję w „Daydreamer” po grunge'owy, egzystencjalny ciężar (podmiot liryczny pyta w nim słuchacza: co byś zrobił, gdyby został ci tylko jeden dzień życia?) w wydanym na singlu utworze „Smile”, ten album zachwyca tempem, dynamiką, zachwycającą ścianą elektroniki oraz gęsto upakowanymi, grzmiącymi partiami gitar. No i bardzo ciekawym wokalem Jamesa Donaldsona.

Dobrą stroną albumu jest to, że przez cały czas trzyma on poziom, łącząc w sobie nowoczesne, ciężkie brzmienia z elektroniką i melodyjnością, a wszystko to dzieje się na tyle dobrze, że nie mam żadnych wątpliwości, iż co najmniej kilka utworów (jak chociażby wyżej wymienione) jest obdarzonych wystarczająco przyjaznym dla radia pazurem, by mogły śmiało zaistnieć na współczesnych listach przebojów.

Muzycznie Temples On Mars prezentuje rozbudowane elektroniczne brzmienia, eksplorując cięższą, a jednocześnie przystępną, paletę brzmień. Proces pisania piosenek opierał się na skarbcu zgromadzonych demówek, wyselekcjonowanych do najbardziej porywających utworów, które pasowały do ​​wspólnego wątku emocjonalnego i brzmieniowego. Gdybym miał wskazać konkretne podobieństwa, czy też inspiracje, a nawet brzmieniowe skojarzenia, to wymieniłbym takie nazwy, jak Muse, Deftones, Karnivool i A Perfect Circle. Nie doszukujmy się zatem bezpośrednich nawiązań do korzeni progrockowego gatunku, ale młodsze pokolenie słuchaczy z pewnością doceni fakt, że Temples On Mars potrafią umiejętnie przekraczać granicę między ekspresyjnym rockiem a piosenkową przystępnością. To ten rodzaj stylistyki, która z pewnością ucieszy fanów szeroko rozumianego alternatywnego rocka, od Tool po Muse...

Większość albumu została nagrana w Londynie, a partie perkusyjne zostały zrealizowane zarówno w Los Angeles – z udziałem Josha Freese’a (tak, TEGO, Josha Freese’a, którego kojarzymy z grup Foo Fighters, A Perfect Circle, Nine Inch Nails), jak i w Londynie z Deanem Gibbem. Miksem zajął się Darren Carikas, który był również współproducentem płyty wraz z Jamesem Donaldsonem. Produkcją wokali i inżynierią dźwięku zajął się Paul Matthews we współpracy z Donaldsonem, a mastering wykonał laureat nagrody Grammy, Ted Jensen, w Sterling Sound w Nashville.

Temples On Mars zdobyli już wcześniej uznanie za występy na festiwalach Download UK, Radar Festival, Euroblast i Planet Rock Winter’s End, a także za trasę koncertową po RPA. Dzięki nowemu wydawnictwu zespół zapewne jeszcze bardziej umocni swoją pozycję na altenatywnej scenie rockowej, łącząc swoje ambitne granie z chwytliwymi utworami, które sprawdzą się zarówno na wielkich arenach, jak i w małych klimatycznych klubach. Może niebawem przyjadą do Polski? Chętnie wybrałbym się na ich koncert.

MLWZ album na 15-lecie Wishbone Ash powraca do Polski 22 listopada 9. edycja Festiwalu Rocka Progresywnego w Legionowie