Prawdopodobnie tworząc w 2008 roku projekt Lunatic Soul Mariusz Duda nie przypuszczał, że przetrwa on tyle lat. Początkowo miał to być tylko eksperyment poza Riverside i składać się z dwóch płyt („Lunatic Soul” (2008) i „Lunatic Soul II” (2010)). Jednak formuła ewoluowała i od pewnego czasu było wiadomo, że dyskografia tej formacji będzie zawierać 8 płyt tworzących „Krąg życia i śmierci”. I właśnie do naszych rąk trafił album „The World Under Unsun” będący finałową odsłoną tego cyklu. Od początku album miał łączyć wszystkie elementy znane z wcześniejszych płyt, a że było niemożliwym, by zamknąć te pomysły w jednym 45-minutowym krążku, to jedynym słusznym rozwiązaniem było stworzenie albumu dwupłytowego. I właśnie taki otrzymujemy. Składa się na niego 14 utworów o łącznym czasie trwania niespełna 90 minut. Mamy zatem do czynienia z najdłuższym albumem studyjnym w całej karierze Mariusza. W Polsce ukazał się, podobnie jak wcześniejsze płyty, dzięki wytwórni Mystic, natomiast poza granicami naszego kraju został wydany przez Inside Out Music. Jest to debiut formacji pod skrzydłami niemieckiego wydawcy, z którym związany jest także zespół Riverside. Przypomnę, że wcześniej krążki firmowane tą nazwą ukazywały się na świecie za sprawą brytyjskiego Kscope.
Jak wspomniałem album domyka cykl opowieści o podróżach po stronie życia i w zaświatach, ale w ten sposób, że jest zarówno ich końcem jak i początkiem, co zostało podkreślone w książeczce (znajdziemy tam właściwą chronologię całej opowieści).
„To historia o porzuceniu pewnych schematów. O przełamaniu cyklu, w którym tkwisz od bardzo, bardzo dawna. Chodzi też o porzucenie toksycznych relacji. Każdy zna to uczucie utknięcia w jakimś miejscu. Chcielibyśmy odejść, ale nie możemy”.
Każda z wcześniejszych płyt miała swoją kolorystykę. Najnowsza utrzymana jest w odcieniach żółci. To nawiązanie do tytułowego słońca, a właściwie nie-słońca, odzwierciedlający stan psychiczny podmiotu lirycznego, który” utknął w pętli, w powtarzającym się od długiego czasu schemacie. Bohater chce się z tego świata wydostać. To mroczne miejsce. Symbolizuje moje zmagania ze wszelkimi możliwymi depresjami, które dopadały mnie przez ostatnie lata. To symbol stanu psychicznego” – mówi Duda.
Album rozpoczyna nagranie tytułowe, które było równocześnie pierwszym jego singlowym zwiastunem. Podniosły ton śpiewu, subtelna elektronika, pianino, wokalizy, a także w dalszej części sporo basu (także tego przepuszczonego przez efekty), gitary akustycznej i perkusyjnego podkładu (tu wart odnotowania jest fakt, że ponownie na albumie Lunatic Soul słyszymy w wielu miejscach Wawrzyńca Dramowicza) - to jego cechy. Nie mogło też zabraknąć solówek quasi-gitarowych (bo oczywiście wykonanych na basie). Utwór kończy się codą, na którą składają się dźwięki pianina oraz gwizdanie.
Historia zaczyna się od nowa, bohater po raz kolejny odradza się:
“Under the fractured sky/ I mended myself with golden paint/ Another world has come/ Another story came full circle
Dry rivers on my face/ Eternal youth disenchanted/ I am between a lie/ And the urge to reveal my burden
Your eyes rest upon/ The spark dancing on my bare hand/ It's just beginning now/ A story from another wasteland”.
Jak można zauważyć, w tekście są przemycone nawiązania do wydawnictw, które do tej pory kończyły cykl („Fractured” i jego następcy „Under The Fragmented Sky”), podkreślając ciągłość całej opowieści. A i do postapokaliptycznego krążka grupy Riverside można też znaleźć odniesienie. Przy okazji dwa pierwsze wersy są nawiązaniem do kintsugi, japońskiej sztuki naprawy potłuczonej ceramiki złotą farbą – tu symbolizującej próbę sklejenia rozbitej duszy.
W „Loop Of Fate” rządzi rytm, gitara akustyczna oraz przewijające się w tle efekty mogące kojarzyć się z twórczością Roberta Frippa. Całość nadaje utworowi mrocznego charakteru, a na tym tle wybrzmiewa tekst, w którym bohater zastanawia się jak rozpocząć kolejną próbę życia, gdy wciąż pamięta o poprzednich, co zrobić by przerwać błędne koło?
“Loop of fate/ How do you live with such knowledge?/ How to grant yourself a second chance/ Knowing where your story's going?
Even after/ Even after
The choice you made cannot be altered/ But the sound of waves can be tamed/ Consider it your favorite white noise
Even after/ Even after
…
Break the cycle/ Break the cycle/ Break the cycle/ Break the cycle”.
Szept, a po części z wokalem do głosu dochodzą drapieżne basowe riffy, słychać dźwięki imitujące szum morza oraz pełen cierpienia krzyk. Na koniec słyszymy także wzbudzającą niepokój partię saksofonu (gra na nim drugi gość - Marcin Odyniec).
Na trzeciej ścieżce znalazł się jeden z moich faworytów tego wydawnictwa – ballada „Good Memories Don’t Want to Die”. Tu rządzą gitara akustyczna, pianino i ukulele oraz klawiszowe orkiestracje. W drugiej części dołącza subtelna perkusja, a uwagę przykuwa solo kierujące skojarzenia do dokonań The Cure. Całości towarzyszy delikatny, melancholijny śpiew o relacji, w której wszystkie złe rzeczy zagłuszane są tymi dobrymi (często błahymi), co utrudnia wydostanie się z toksycznej pętli:
“The rope is getting tighter/ And the pain's coming along/ So why do I suppress the bad things/ As if nothing was wrong/ And I don't even think this way/ I deserve something better/ I guess some part of my dream/ Still goes on/ While I’m awake
Please wake me up”.
Teraz pora na całkowitą zmianę klimatu, gdyż nadchodzi „potwór” – „Monster”. Tu króluje riff oraz motoryczny podkład perkusyjny, a ciekawostką jest fakt, że pojawia się tu solo gitarowe w wykonaniu Mateusza Owczarka, choć podane w taki sposób, by wpasować się w założenie o braku elektrycznych gitar na albumach Lunatic Soul. Uwagę przykuwa także pojawiająca się wokaliza śpiewana falsetem, która kontrastuje z wykonywanym niskim głosem zasadniczym tekstem.
I tak docieramy do drugiego nagrania promującego płytę, od którego nie mogę się uwolnić od pierwszego przesłuchania. „The Prophecy”, bo o nim mowa, czaruje brzmieniem pianina i przestrzennym wokalem, a całość rozwija się wspaniale (trochę niczym „The Final Truth” z debiutu), by w dalszej części zachwycić basowymi riffami, solówką na tym instrumencie oraz wspaniałą partią perkusji. W tekście bohater zaczyna sobie zdawać sprawę, że wszystkie jego starania za życia zostają docenione dopiero po jego śmierci:
“Blinded by the dawn/ Overshadowed by fate/ By your memory/ You find out/ That your fame has begun/ From the moment
When you woke up dead”.
Następnie przechodzimy do najdłuższego nagrania na albumie zatytułowanego „Mind Obscured, Heart Eclipsed”. Przez pierwszą połowę nie usłyszymy w nim wokalu, a jedynie tajemnicze, posępne dźwięki klawiszy, do których potem dołącza charakterystyczna dla Mariusza linia basu oraz przestrzenna gitara akustyczna, które nawzajem się uzupełniają. W drugiej części na czoło wysuwa się basowy riff oraz wzniosły śpiew, a wszystko to podkreślone jest delikatną elektroniką i perkusyjnym podkładem. Ponownie możemy usłyszeć grającego na saksofonie Marcina Odyńca, który ubarwia wyciszony fragment, przechodzący potem w folkowo-elektroniczną część z plemiennymi bębnami i basową solówką.
Pierwszy krążek wydawnictwa kończy ballada „Torn In Two”. Tu dominuje pianino i klawiszowa orkiestracja, a Mariusz śpiewa gorzkie słowa na temat życia bohatera, które równie dobrze mogą odnosić się do kondycji dzisiejszego świata:
“As we wait/ For the next eclipse to end/ Please tell me/ Who poisoned these minds?/ Why has the fist come to speak louder than words/ Why does hatred rise above love
I thought this land yearned for the sun/ That freedom would be understood the same by all/ I trust that one day the tide will turn/ And the light will break the sky
Stay with me/ You know I’m not ready yet/ Just stay with me/ You know I’m not ready to forget/ Still holding on/ But without you I’ll fall apart”.
Drugą płytę otwiera ośmiominutowy utwór „Hands Made Of Lead”, w której intrygująca przestrzenna elektronika miesza się z ostrymi riffami przeplatanymi solowymi popisami Mariusza i Marcina Odyńca. Ten pierwszy serwuje nam także nastrojową wokalizę podkreśloną mocniejszymi akordami. Pojawia się także wyciszony fragment z większą dawką elektronicznych, ambientowych dźwięków, który następnie przechodzi z powrotem w klimaty z początku nagrania.
Tym razem tekst, w którym podmiot liryczny zastanawia się jak wiele jeszcze razy może się odradzać, jest recytowany:
“Returns from the dark abyss grow even harder/ Will I have the strength for another?/ For I feel I have none left/ My thoughts/ My lungs/ My hands/ They feel as if made of lead/ As if I were already sinking/ And yet, I just woke up
Because I did wake up ... Didn't I?”.
W “Ardour” folkowe klimaty łączą się z hardrockowymi riffami i przestrzennymi tłami tworząc mroczny podkład do rozważań na temat tego na ile kolejne odsłony życia bohatera są prawdziwe.
Tak docieramy do jednej z najbardziej intrygujących kompozycji – „Game Called Life”. W pierwszej części, zatytułowanej „In the Court of the King of Hearts”, na tle potężnych bębnów słyszymy kolejną wokalizę, ale tym razem wykonaną zdecydowanie w niższych rejestrach, niż te, do których do tej pory przyzwyczaił nas Mariusz. Tuż po niej tło zmienia się, a do naszych uszu docierają dźwięki, których nie powstydziliby się… Depeche Mode wzbogaceni partią gitary akustycznej. Te klimaty rządzą także w drugiej części („Escape”). Tym razem podmiot liryczny gra w karty ze śmiercią zdając sobie sprawę, że jest z góry skazany na porażkę (nawiązania do „Gry o tron” czy „Siódmej pieczęci”):
“I ended up in this world without knowing/ How often you must play with marked cards/ The king is smiling/ The guests are laughing/ The servants will soon bring the poisoned wine
Maybe it has always been my desire/ Eat at the court of the king of hearts/ But .../ I will no longer remain at this table/ I'm done with playing the game called life”.
“Confession” to utwór, który może kojarzyć się luźno z „Found” Riverside. Sporo tu gitary akustycznej, melodyjnego basu, pogłosów i melancholijnego śpiewu autora. Kompozycja pięknie się rozwija, a wraz z dołączeniem perkusji nastrój staje się bardziej podniosły. To kolejna odsłona płyty, która mogłaby ją promować na singlu.
„Parallels” to z kolei jedyne w pełni instrumentalne nagranie na albumie w klimacie płyty „Walking On A Flashlight Beam”. Niepokojący podkład, na tle którego powtarza się motyw grany na gitarze, oraz krótkie wstawki na pianinie.
Druga najdłuższą odsłoną wydawnictwa jest blisko jedenastominutowa kompozycja „Self In Distorted Glass”. Uwagę przykuwają bębny, znów kojarzące się z poprzednią płytą Lunatic Soul. Towarzyszą im syntezatorowe akordy, gitara akustyczna oraz dodatkowe perkusjonalia. W okolicach trzeciej minuty słyszymy partię basu, która tworzy klimat rodem z nagrań King Crimson z lat 80. W połowie wchodzi już bardziej tradycyjna perkusja, a Mariusz czaruje basową solówką w orientalnym klimacie. Od ósmej minuty nastrój się zmienia – słychać szum fal oraz nuty wygrywane na pianinie. Bohater dotarł do krawędzi urwiska i przeszedł na drugą stronę, ale tylko po to, by ponownie wrócić na ten świat:
“And so I stand before/ The remnant of myself/ That keeps trying and trying to escape/ From what's broken/ But every time I find myself standing here/ It's because I chose to return/ To this world under unsun/ To this life
Again”.
I tak dochodzimy do finału w postaci pieśni „The New End” opartej głównie na duecie pianino – wokal, gdzie dopiero pod koniec pojawia się subtelna gitara i delikatna wokaliza. Bohater dojrzewa do tego, by w końcu zapomnieć o wszystkich, których kochał i o tym, co stworzył za życia i wreszcie się uwolnić, choć jest to niezwykle trudne…
“How to stop living with guilt/ No matter what you do/ It will hurt/ How to stop fearing that scars/ Will remain on your broken heart
Even if there could have been a chance for us/ I wouldn't want to harm you anymore/ Whether you want it or not/ You'll always be/ A part of my soul”.
W ten przepiękny sposób kończy się to, trwające niemal dokładnie 90 minut, dzieło będące równocześnie dwudziestym albumem nagranym przez Mariusza (8 pod szyldem Lunatic Soul, 8 z Riverside i 4 sygnowane imieniem i nazwiskiem). Mimo długości płyty nie potrafię znaleźć na niej utworu zbędnego. Lider Riverside słynie z niezwykle przemyślanych dzieł, w których każdy element ma swoje z góry zaplanowane miejsce i bez niego całość by się posypała. Artysta podjął się niezwykle trudnego zadania, by zamknąć cykl prezentując wszystko to, co w twórczości Lunatic Soul najlepsze i jednocześnie stworzyć spójną całość. Muszę przyznać, że wyszedł z tego wyzwania obronną ręką.
Materiał ukazał się na dwóch płytach kompaktowych umieszczonych w mediabooku oraz na dwóch krążkach winylowych (w różnych wariantach kolorystycznych) włożonych do rozkładanej okładki (gatefold). Dodatkowo dla zamawiających wydawnictwo w preorderze wytwórnia Mystic przygotowała EP-kę „Singles 2025” zawierającą trzy singlowe nagrania promujące płytę wzbogacone o instrumentalne intro i outro. Natomiast fanklub Riverside „Shelter Of Mine” do zamówień dokładał minialbum „Pianos Under Unsun”, na którym znalazły się instrumentalne impresje zagrane na fortepianie. Oba dodatkowe krążki zostały opatrzone autografem artysty.
Co będzie dalej? Czy „The World Under Unsun” będzie ostatnią pozycją w dyskografii Lunatic Soul? Prawdopodobnie nie, choć na pewno zmianie ulegnie formuła projektu. Jedno jest pewne – Mariusz Duda nie składa broni i jeszcze nie raz zachwyci fanów swojej twórczości. A pod jakim szyldem, to już sprawa drugorzędna.
Tymczasem delektujmy się najnowszą propozycją Lunatic Soul, bo to naprawdę wyjątkowe dzieło, któremu trzeba poświęcić trochę czasu i przesłuchać kilkukrotnie, a wtedy odwdzięczy się ukazując całe swe nietuzinkowe piękno. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to najciekawsze wydawnictwo Lunatic Soul, które bez wątpienia znajdzie się wysoko we wszystkich możliwych tegorocznych plebiscytach.
