John Lees’ Barclay James Harvest - Relativity

Jacek Kurek

Zespół Barclay James Harvest powstał w 1966 r. jako The Blues Keepers. Dwa lata później, już pod nową nazwą, opublikował pierwszy singiel z urokliwymi piosenkami „Early Morning” i „Mr. Sunshine”, którego jednak praktycznie nie zauważono. W końcu, w roku 1970 John Lees, Les Holroyd, Stuart „Woolly” Wolstenholme i Mel Pritchard zadebiutowali dużą płytą znakomicie wpisującą się w ducha będącego w rozkwicie rocka symfonicznego. Grupie towarzyszyła prowadzona przez jej menadżera, późniejszego założyciela The Enid – Roberta Johna Godfreya symfoniczna orkiestra, w skład której wchodzili studenci. Podobnie było na trzech następnych albumach. Pozostaje to ewenementem, zwłaszcza że orkiestrę zespół „ciągał” też na koncerty. Jednak popularność nie przychodziła. W 1973 r. formacja stanęła na krawędzi rozpadu, rozstała się Godfreyem, z którym po latach będzie się sądziła o prawa do utworów i z wytwórnią Harvest (EMI). Ta z kolei nie chciała już inwestować w kwartet. Uszczypliwie twierdzono, że zespół BJH to taki „The Moody Blues dla ubogich”, na co muzycy kilka lat później odpowiedzieli wzniosłym i bezpośrednio nawiązującym do „Night In White Satin”, utworem „The Poor Man’s Moody Blues”. Tymczasem, mimo kryzysu, formacja rezygnując już z orkiestry nadal nagrywała i choć w rodzinnym kraju ignorowano ją, nieoczekiwanie powodzeniem zaczęła cieszyć się w niektórych krajach na kontynencie, zwłaszcza w Zachodnich Niemczach. W koncercie przed Reichstagiem w Berlinie 30 sierpnia 1980 r. udział wzięło – jak szacują niektórzy – ok. 250 tys. ludzi. Nawet jeżeli było ich o kilka dziesiątek tysięcy mniej, i tak imponująca to liczba. W następnym roku ukazała się w Niemczech płyta, którą błyskawicznie sprzedano w nakładzie ćwierć miliona egzemplarzy. Bezapelacyjnie wskoczyła na szczyt niemieckiej listy przebojów. Tak na marginesie dopowiedzmy może, że nazajutrz po tym spektakularnym koncercie w gruncie rzeczy całkiem niedaleko, zaledwie nieco ponad 400 km, w Gdańsku, Lech Wałęsa użył dosadnie dużego długopisu, by podpisać porozumienia sierpniowe. Dziewięć lat później, w listopadzie 1989 r., tłum Niemców ruszył na berliński mur… Wracajmy jednak do istoty rzeczy.  

Formacja nagrała wiele albumów, na których pojawiały się często kompozycje wyjątkowe, nieraz kunsztowne jak „Hymn” albo „Suicide?”, zamykający album „Octoberon” z 1976 r. Z minuty na minutę wzrasta tu napięcie, a utwór kończy się przeszywającą dźwiękową ilustracją samobójstwa. Wiele w muzyce BJH współczucia jak chociażby dla ofiar Czarnobyla („Kiev”), zabitych przy murze berlińskim uciekinierów z NRD do NRF („In Memory Of Martyrs”) albo dla zwierząt (wzruszający „Paraiso dos Cavalos”). Jest też i zachwyt, jak chociażby w tryskającym witalnością hymnie „He Said Love”.

Stuart „Woolly” Wolstenholme odszedł z zespołu w 1979 roku. Nagrał kilka lubianych wśród miłośników BJH płyt. Pozostało trio, które rozpadło się wkrótce po wydaniu płyty „River Of Dreams” (1997) Wtedy John Lees, zapraszając „Woolly’ego”, powołał do życia projekt o zaskakująco niepraktycznej, długiej nazwie ‘Barclay James Harvest Trough The Eyes Of John Lees”. Wkrótce Les Holroyd z Melem Pritchardem założyli własną wersję formacji, która po pewnym czasie przyjęła nazwę „Barclay James Harvest featuring Les Holroyd”. Odtąd jedna koncertowała, prezentując głównie kompozycje zespołu autorstwa Lesa Holroyda, druga - Johna Leesa. Repertuary obu zespołów niezmiennie łączył utwór „Hymn”. W styczniu 2004 r. na zawał serca zmarł Mel Pritchard, blisko pięć lat później po długiej, przegranej walce z depresją odebrał sobie życie w grudniu 2010 r. Stuart „Woolly Wolstenholme. Na polu walki pozostali Lees i Holroyd, prowadząc niezależne zespoły.

17 października tego roku ukazał się album „Relativity” formacji firmowanej jako „John Lees’ Barclay James Harvest”. Liderowi towarzyszą: Craig Fletcher (bas), Jez Smith (instrumenty klawiszowe) i Kev Whitehead (perkusja). Wszyscy oprócz Smitha towarzyszą Leesowi od 1998 r., kiedy rozstał się z Holroydem. Smith przyszedł, gdy niedługo przed samobójczą śmiercią poważnie już schorowany Stuart „Woolly” Wolstenholm nie był w stanie grać. Gościnnie w jednym z utworów z „Relativity” gra na perkusji Lee Mullen, w innym na trąbce Chris Kay. Za miks odpowiedzialny jest renomowany w świecie rocka inżynier dźwięku Stephen W. Tayler. Album powstawał kilka lat.

W pierwotnym zespole BJH Lees i Holroyd dzielili się kompozycjami sprawiedliwe, choć nie bez napięć, w czasach Wolstenholma, oddając i jemu od czasu do czasu nieco miejsca. Tutaj repertuar podpisany jest przez wszystkich czterech muzyków. I istotnie, choć zanurzona w tradycji BJH płyta, jako dzieło zrealizowane demokratycznie przez wszystkich muzyków, ma własną poetykę i barwę. Tym samym mocno zaznacza, że czasy XX-wiecznej historii BJH oddalają się coraz bardziej.         

Głos Johna Leesa zmienił się, wspierają go Fletcher i Smith. Z tym większym wzruszeniem słucham jego śpiewu. Płyta obfituje w przyjazne melodie i staranne aranżacje - to znak firmowy BJH w każdym wariancie i każdej epoce. Treść werbalna nie zaskakuje, wszak Lees ma już 78 lat, jest tylko o kilka miesięcy młodszy od Grahama Gouldmana, który też wydał w tym roku płytę „I Have Notes” cokolwiek w wymowie mi się z tym albumem kojarzącą. Pisałem o niej na łamach MLWZ.

Dominują na „Relativity” utwory dłuższe i niespieszne (dwa mają ponad 9 minut, jeden blisko 9, dwa blisko 8, trzy blisko 7). Sporo tu wspomnień, strof o przemijaniu, rozliczeń. Zresztą nie brakowało ich już na płytach BJH w latach dziewięćdziesiątych. Płyta ma blisko 80 minut, pozbawiona jest spektakularności. Nie ma w niej fajerwerków, zwrotów akcji, zaskoczeń. Wiek ma swoje prawa i swoją wartość. Wszystko jest tu tak, jak mógłbym się spodziewać i jakbym chciał, a jako że nie miałem żadnych oczekiwań, bo ufam Johnowi Leesowi, więc jest dobrze. Chociażby dlatego, że odżyły we mnie wspomnienia z czasów, gdy ze zdumieniem odkrywałem tę muzykę i gdy czytałem kąśliwe, nieraz niewybredne wobec niej krytyki, albo gdy bez powodzenia szukałem jakichkolwiek większych o niej wzmianek. W Polskim Radio lat ’70 i ‘80 grano sporo dobrej muzyki. Były jednak takie bliskie mi zespoły, jak na przykład Renaissance, Caravan, Soft Machine czy właśnie BJH, które za wiele szczęścia u nas nie miały, co zaowocowało tym większą satysfakcją, gdy odkrywałem je idąc własnymi ścieżkami.

Słucham zatem „Relativity” niezobowiązująco i z przyjemnością, bez znużenia w jakimkolwiek momencie, bez pośpiechu, odpoczywając. Spokój serca i łagodność, dojrzałość i z nią związana pogoda ducha, czasem przymrużenie oka wobec starości, czasem oczko puszczone młodości albo majaczącemu na horyzoncie końcowi. Tu i ówdzie gorzka uwaga. Wszystko na swoim miejscu, z wdziękiem, urodą, starannością, a momentami nie bez wzruszenia jak np. w utworze „Love”. Nie przeszkadza mi też, że płyty nie cechuje charakterystyczne brzemiennie BJH, do którego przywykłem, chociażby słuchając ostatnich albumów z czasów współpracy Leesa i Hoylorda („Caught In The Light” czy „River Of Dreams”).

No i na koniec myśl jedna jeszcze… Czyż gdy dobiega się osiemdziesiątki, możliwość wypowiedzenia tych słów nie wydaje się prawdziwym szczęściem:

Love; is there a chair at your table?

I’m willing and I’m able to sit with you

Love; take my hand here please guide me

This fire inside me will light the way

Love will light the way

Love will light the way

Love will light the way.

Płyta ukazała się w trzech formatach. W jednej z edycji znajdują się niepublikowane dotąd fragmenty koncertu z Pensylwanii z maja 2009r. z udziałem nieodżałowanego Stuarta „Woolly’ego” Wolstenholme’a.

MLWZ album na 15-lecie Wishbone Ash powraca do Polski 22 listopada 9. edycja Festiwalu Rocka Progresywnego w Legionowie