Flight76 - Continuum

Rysiek Puciato

Co można było robić w Hastings w roku 1975? W mieście, które liczyło mniej niż dziewięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, mieście portowym, którego atrakcjami są: unikatowy XI-wieczny zamek pamiętający czasy Wilhelma Zdobywcy, Hastings Museum Old Town Hall and Art Gallery i Hastings Fishermen’s Museum. No i oczywiście, które jest słynne z bitwy, jaka rozegrała się 14 października 1066r. pomiędzy inwazyjnymi wojskami Normanów Wilhelma Zdobywcy, a pospolitym ruszeniem anglosaskim króla Harolda II, wygrana przez wojska Wilhelma Zdobywcy. Owa bitwa przypieczętowała ostatnią spośród zakończonych sukcesem prób podboju Brytanii. Dodajmy do początkowego pytania pewne dookreślenie: co mogło robić w Hastings w roku 1975 pięciu młodych ludzi? Odpowiedź jest chyba bardzo łatwa, skoro czytacie Państwo te słowa na portalu MLWZ.pl poświęconemu muzyce progresywnej. Założyli zespół o nazwie Flight. Rock progresywny, jeansy w kolorze niebieskim i długie włosy – pewnie tak było i szkoda, że nagrali tylko jedną kasetę ze swoją muzyką, wystąpili na żywo tylko raz, jakimś cudem gromadząc publiczność liczącą 500 nastolatków, a potem rozpadli się w 1976 roku jakby „chowając się” przed nadchodzącą falą punk rocka.

No to zróbmy teraz olbrzymi – pięćdziesięcioletni – skok w czasie. Ian Wright – jeden z muzyków zespołu Flight postanawia nagrać na nowo jeden z utworów z owej pamiętnej, jedynej kasety zespołu. Tworzy zespół nazywając go, tym razem Flight76, i zaczyna pracę nad utworem „Legend Of A River”, zachowując oryginalną partię gitary i oryginalny wokal kolegi z zespołu – Nigela Wade’a. Ten niepozorny krok jest jak mały kamyk będący przyczyną lawiny. A nazwa tej lawiny to „Continuum” – pełnometrażowe wydawnictwo zawierające dziewięć kompozycji. Płyta ukazała się (na razie w wersji digitalnej) w październiku tego roku, a oprócz Iana Wrighta, który gra na wszystkich instrumentach, udziela się na niej także Nigel Wade – tak, ten sam Nigel Wade z pierwszego, historycznego składu grupy. Dodatkowo jest on także odpowiedzialny za oprawę graficzną albumu.

Płyta „Continuum” nie zaczyna się jednak od dokonanej pół wieku później przeróbki utworu „Legend Of A River”, lecz od kompozycji pt. „The Sources of The Nile”, która wcale nie brzmi „staro”, jak zdawałby się sugerować tytuł płyty – „Kontynuacja”. To bardzo udana syntezatorowo-gitarowa kompozycja z wyraźną linią basu wpisująca się w całkiem współczesny sposób aranżacji. Miłe brzmienie klawiszy i pasujący do nich wokal tworzą bardzo udaną piosenkę pełną charakterystycznych elektronicznych dodatków, które lekko nawiązują do współczesnej muzyki synthpopowej. Naprawdę udany ośmiominutowy początek.

„Przeróbka” historycznej kompozycji „Legend Of A River” została umieszczona jako drugi utwór na tym bardzo przyjemnym w odbiorze krążku. To powrót do delikatnych aranżacji wczesnego neo proga. Delikatna linia wokalna i tekst poruszający lekkie w odbiorze tematy mieszają się tu z syntezatorowymi pasażami i wyraźną linią basu, która jest znakiem szczególnym tego krążka. Chciałoby się powiedzieć: zupełnie jak dawniej, ale to przecież kompozycja z roku 1975 ubrana w nowe szaty muzyczne. Chciałby się jednocześnie powiedzieć: brzmi bardzo świeżo. I to też, jak mi się wydaje, jest prawda.

Wraz z pierwszymi dźwiękami utworów „The Glass Rainbow” i „Mind Mosaic” otrzymujemy bardzo dobrze brzmiące współczesne kompozycje neoprogresywne. Wyczuwalny lekki posmak piosenkowych brzmień Porcupine Tree, lekko metalizujące i brzmiące alternatywnie gitary w typie The Pineapple Thief, zdecydowana rytmika uwiarygadniana przez mocniejsze dźwięki sekcji rytmicznej i wreszcie przestrzenność - to tylko kilka skojarzeń, jakie przychodzą do głowy.

„Kaleidoscope” – to chyba najlepsza kompozycja z tego krążka. Perfekcyjnie zrealizowany utwór z surową grą gitary sprawiającą, że linia wokalna jest jej wspaniałym, nisko brzmiącym dopełnieniem. Surowe solówki pomieszane z atmosferyczną narracją muzyki zdają egzamin. Całość brzmi i patetycznie, i mocarnie, i dojrzale, czarując długimi frazami w wyższych tonacjach. A osiem i pół minuty mija niepostrzeżenie nakręcane dodatkowo bardzo rockową instrumentalizacją.

Jeżeli „Kaleidoscpe” był rodzajem muzycznego hymnu, to kompozycji „The Dialectic” nie brakuje ciemnych i metalowych dźwięków przeplatających się z delikatnością wokalno-gitarowych refrenów. Mrok i jasność… z takiego pomieszania zawsze wychodzi niespotykana szarość, kusząca i wciągająca. Ten sam styl towarzyszy utworowi „Exquisite”. Moc i delikatność, alternatywne dźwięki surowej gitary pomieszane z metalizującymi riffami. W efekcie ten utwór to hipnotycznie transowa opowieść oparta na prostym powracającym riffie, który nabiera bardzo alternatywnego brzmienia w kolejnych odsłonach.

„A Portal” – to stylizowana na lata siedemdziesiąte kompozycja z charakterystyczną dla tych lat linią syntezatorów i wokalu. Sympatyczna zdawałoby się piosenka o niczym, która jednak swoją zadziornością i rockowym brzmieniem czaruje przez osiem minut zmiennością nastroju. Zagrana w szybkim tempie jest kompozycją jakby z innej epoki, a jednocześnie brzmi niezmiernie współcześnie.

Płytę kończy utwór „Time Machine” utrzymany w podobnej stylistyce jak poprzedni. Krocząca linia basu, mocarniej brzmiące klawisze, wysoka tonacja linii wokalnej, wzmagająca się głośność tworzą wspaniałą oprawę dla opowieści o wehikule czasu. Na uwagę zasługuje wspaniałe operowanie efektami elektronicznymi, które raz grają funkcję dodatków, wstawek, a raz linii łączących kolejne części tej kompozycji. To bardzo dobra kompozycja balansująca pomiędzy mroczniejszą alternatywą, a melodyjnym prog metalem. Bardzo mocne zakończenie tego krążka.

Jak to jest nagrać płytę po pięćdziesięcioletniej przerwie? Na podstawie tego, co zostało zawarte na krążku „Continuum” wydaje się, że jest to wspaniałe uczucie. Bo ten „debiut” jest rzeczywiście tzw. mocnym debiutem, który co prawda ukazuje się dopiero teraz, ale jest w stanie zachwiać dotychczasowymi listami najlepszych nowych wydawnictw tego roku. Zawiera dwa dobre elementy: swoisty pokłon w stronę historii i wciągające, bardzo współczesne i doskonale zagrane nowe kompozycje. Może czasami warto poczekać te „kilka” lat i w efekcie wydać dobry album, aniżeli co jakiś czas wydawać albumy „takie sobie”? Czy lepiej rzadziej, a dobrze, czy częściej, a tak sobie? Proszę sobie odpowiedzieć samemu, choć sprawa wydaje się w tym przypadku łatwa do rozstrzygnięcia.

MLWZ album na 15-lecie Wishbone Ash powraca do Polski 22 listopada 9. edycja Festiwalu Rocka Progresywnego w Legionowie