Nie będę tego ukrywać... Wyznam szczerze jak na spowiedzi, chociaż ci, którzy słuchają moich audycji i czytają recenzje zamieszczone na małoleksykonowym portalu doskonale to wiedzą: Neal Morse należy do czołówki moich ulubionych artystów. Ba, należy do bardzo wąskiej czołówki moich absolutnych faworytów! I chyba na palcach jednej ręki mógłbym wymienić nazwiska artystów, których dokonania „łykam” w ciemno i bez mrugnięcia okiem. Wśród nich jest oczywiście Neal Morse.
Dlatego jeżeli ktoś chce obiektywnej recenzji, niech nie czyta dalej. To będzie tekst napisany przez oddanego fana i wieloletniego sympatyka twórczości Neala. Zresztą recenzje nigdy nie są obiektywne. Ta będzie… totalnie nieobiektywna.
Spock’s Beard, Transatlanic, The Neal Morse Band, Cosmic Cathedral, współpraca z The Resonanace, albumy solowe - zarówno te rockowe, jak i religijne oraz napisane z poziomu singer/songwriter - współpraca w różnych konfiguracjach z innymi artystami ze sceny progresywnej… Można by tak wymieniać bez końca, a i tak nie wyczerpałoby się tematu. Zresztą opowieści o dokonaniach Neala Morse’a znajdziecie na MLWZ.PL bez liku. To niesamowicie płodny artysta, wydający na płytach swoje utwory z imponującą częstotliwością. Co skądinąd cieszy wszystkich fanów jego twórczości. A już takich bezkrytycznych, jak ja – nie tyle cieszy, co wprawia w uczucie euforii. I to euforii w okolicach już ósmego, bo nie siódmego przecież, nieba…
Jest nowa płyta. „Never Been Down This Road” to album wpisujący się w gatunkowe ramy spod znaku „singer/songwriter”. Album bardzo osobisty (ale która z płyt Morse’a taką nie była?), w pełni autorski (Neal śpiewa i sam gra na wszystkich instrumentach), a nawet miejscami autobiograficzny (w swoich piosenkach Neal otwarcie opowiada o wielu ważnych epizodach swojego życia). Brzmi jak powrót do korzeni. Zamiast orkiestrowych, progresywnych eposów czy rozległych wątków koncepcyjnych, Neal przedstawia osobiste dzieło, które ukazuje credo autora (zarówno życiowe, jak i muzyczne) w najczystszej postaci. Bo jest to album zrodzony prosto z serca. Jest przesiąknięty szczerością, pokorą, pamięcią i niezachwianą wiarą, że każda droga, która podążamy w życiu, nawet ta najbardziej wyboista, ma swój cel.
Utwór otwierający, „Leavin' California”, natychmiast zanurza słuchacza w takim odczuciu. Przy fortepianie i delikatnie szarpanych strunach gitary Morse opowiada o dziecięcych latach spędzonych w rodzinnej miejscowości Marina Del Rey, o minionych dniach i rozwianych marzeniach, o rodzinie, o samotnych nocach, kiedy Bóg wydawał się bliższy niż ktokolwiek inny. Ale także o tym, że spotkał kogoś, kto znaczył i nadal znaczy w jego życiu bardzo wiele. Śpiewa tak jakby czytał swoją biografię. Utwór emanuje słonym powietrzem i zachodem pomarańczowego słońca, słodko-gorzkim aromatem pożegnania i nowego początku. „Nigdy nie opuszczałem Kalifornii” – śpiewa Morse – i wierzysz mu, aż w ostatniej zwrotce uświadamiasz sobie, że czasami trzeba wyjechać, by naprawdę wrócić do domu.
„New Man” to kolejne osobiste wyznanie. Cichy fortepian, kilka starannie dobranych smyczkowych dźwięków i Morse z rozbrajającą szczerością opowiada o młodzieńczych czasach, o winie, o przebaczeniu i o cudzie, że z ciemności może wyłonić się nowe światło. To piosenka człowieka, który doznał w życiu wielu dramatycznych wydarzeń, które spowodowały, że narodził się na nowo. I przesłanie, że każdy z nas może czegoś podobnego doświadczyć we własnym życiu…
„Reach Deep” to utwór zmierzający w kierunku klasycznej rockowej piosenki. Zwrotki i refreny układają się w chwytliwy numer – taki, z jakich nasz bohater słynie praktycznie od samego początku. Dźwięki saksofonu wnoszą element melancholii za minionymi czasami, a Morse swoim ciepłym głosem, wzywa do wyzwolenia wewnętrznej siły i do nowego początku. Tekst brzmi jak modlitwa za wszystkich, którzy zmagają się z przeciwnościami losu.
Z kolei „Open Up Again” zachęca do skupienia się na sobie. Pomiędzy dźwiękami dobywającymi się z fortepianu, a delikatnymi orkiestracjami i narastającymi harmoniami pojawia się chwila ciszy, w której Neal przyznaje się do wewnętrznych wątpliwości. To tak, jakby zmagał się z Bogiem – nie na głos, lecz szeptem, z zamkniętymi oczami. Piosenka powoli posuwa się naprzód, a każde słowo brzmi jak krok autora stąpającego po niepewnym gruncie i wyciągającego rękę po pomoc.
Głównym punktem albumu jest tytułowy utwór „Never Been Down This Road”, który w klasycznym dla Morse’a stylu narasta niczym kula śniegowa, konsekwentnie rozwija się i osiąga punkt kulminacyjny w patetycznym zakończeniu. Morse śpiewa o ścieżkach, po których nigdy wcześniej nie stąpał, i o wewnętrznej pewności, że właśnie w nich – w tych nowych, nieprzebytych jeszcze drogach - tkwi cel jego życia.
Niesiona prostym rytmem piosenka „The Most Important Person” to intymna rozmowa z Bogiem, o szczerości, o oddaniu, o zawierzeniu, w którym nie ma żadnych wątpliwości, jest tylko spełnienie. Tak, to cicha modlitwa spełnionego i szczęśliwego człowieka, który nie prosi o więcej, wyznaje tylko swoje oddanie, wierność i pełne zawierzenie.
„The Heart Always Knows” wprowadza kobiecy wokalny akcent. Żeńskie głosy nadają refrenowi delikatną ekspansywność, a żywiołowe solo saksofonu urozmaica brzmienie tego najbardziej rockowego w tym zestawie utworu. Mówi on o ukrytych marzeniach, o tym co nam leży na sercu, ale także o wewnętrznej sile, która wypływa z wrażliwości i dobrych emocji tkwiących w każdym człowieku.
Na koniec mamy kojącą balladę „Breathe The Air”. Fortepian brzmi jak poranne światło, a melodia jak… wieczorna modlitwa. Długie solo na saksofonie pełni rolę wyciszenia. Morse śpiewa dziękując za każdy dzień, za to, że wciąż świadomie oddycha pełną piersią. Z wdzięcznością, ze spokojem, z wolnością w sercu, którą przynosi gorliwa wiara.
Starałem się w tej recenzji możliwie jak najlepiej oddać to, o czym na nowej płycie śpiewa Morse. A może raczej starałem się oddać to, co zrozumiałem z jego mądrego i przekonującego przekazu. Trafia on prosto we wrażliwe serca i potrafi poruszyć najczulszą strunę. Zdaję sobie sprawę, że niewiele napisałem o samej muzyce. Ale może wystarczy, gdy powiem, że nie ma tu żadnych niespodzianek? Album „Never Been Down This Road Again” zawiera dokładnie taką muzykę, jakiej wszyscy znający twórczość Morse’a mogą się po nim spodziewać To zbiór bardzo ładnych piosenek, mniej lub bardziej rozbudowanych, czasowo i instrumentalnie, ale zawsze obdarzonych zgrabną aranżacją, melodyjnych i naznaczonych jedynym w swoim rodzaju i niepowtarzalnym, szlachetnie brzmiącym, głosem naszego bohatera. Każda z nich ma odciśniętą pieczęć z napisem „Neal Morse”. Ten człowiek jest studnią fantastycznych pomysłów muzycznych oraz niesamowicie mądrych słów. Studnią, dodajmy, nieskończoną…
Neal Morse sam zaśpiewał i zagrał na tej płycie na prawie wszystkich instrumentach (gościnie pojawia się tylko saksofonista Mark Leniger oraz żeński chórek Julie Harrison - Amy Pippin) i to właśnie ten fakt nadaje albumowi głęboki spokój i podkreśla jego autorski charakter. A sama interpretacja bardzo osobistych tekstów wskazuje, że album jest do bólu szczery. I to zarówno pod względem lirycznym, jak i muzycznym. Wiecie co? Ogromnie lubię takie mądre opowieści. I wierzę w każde słowo zaśpiewane przez Morse’a.
