Gazpacho - Magic 8-Ball

Tomasz Dudkowski

Tym razem fani musieli czekać rekordowe, jak na standardy zespołu Gazpacho, 5 lat by cieszyć się nową muzyką. Tyle właśnie minęło od wydania poprzedniego krążka „Fireworker”, który przywrócił mi na nowo wiarę w zespół, czemu dałem wyraz w jego recenzji. Co było powodem tak długiej przerwy? Przede wszystkim pandemia, która uniemożliwiła koncertowanie. Muzycy zamiast ruszyć w trasę zarejestrowali występ bez publiczności centrum kulturalno–konferencyjnym St. Croix i opublikowali w 2022 roku na wydawnictwie audio-wizualnym „Fireworking At St. Croix”. W międzyczasie wymyślili koncept na kolejny album, który miał opowiadać o komecie zmierzającej w kierunku Ziemi i o beztroskim podejściu ludzkości do zbliżającej się katastrofy. Plany zepsuł film „Nie patrz w górę” („Don’t Look Up”), który opowiadał mniej więcej o tym samym. Norwegowie poświęcili więc kolejne 2 lata by skompletować nowe pomysły. Te ostatecznie wypełniły płytę „Magic 8-Ball”, na której program składa się osiem utworów zbudowanych wokół idei losu – tego, jak zmienia się on bez ostrzeżenia i jak podejmowane przez nas decyzje mogą powoli pozbawić nas tego, kim myśleliśmy, że jesteśmy. Tytułowa „magiczna kula nr 8” to zabawka w kształcie bilardowej kuli, w której wnętrzu znajduje się dwudziestościan, który po jej obróceniu losowo pokazuje w okienku jedną z dwudziestu odpowiedzi (twierdzące, przeczące lub niepewne) na zadane pytanie.

Płyta została nagrana dokładnie w tym samym składzie co poprzedniczka, czyli Jan Henrik Ohme (śpiew), Thomas Alexander Andersen (instrumenty klawiszowe), Jon-Arne Vilbo (gitary), Mikael Krømer (skrzypce, mandolina, gitary), Kristian „Fido” Torp (bas) i Robert Risberget Johansen (bębny, instrumenty perkusyjne) i wydana 31 października przez wytwórnię Kscope.

Już pierwszy, najdłuższy w zestawie, utwór „Starling” daje poczucie, że norweski sekstet jest w formie. Eteryczny śpiew, delikatny klawiszowy podkład, subtelna gitara i bas, a także nastrojowa partia skrzypie - to Gazpacho, jakie uwielbiam. Utwór pięknie się rozwija serwując nam w dalszej części bardziej wyraziste ścieżki gitary akustycznej czy pianina. Prawdziwa magia zaczyna się dziać po szóstej minucie, gdy dołącza Johansen ze swoim zestawem perkusyjnym, a pozostali muzycy wydobywają intensywniejsze dźwięki ze swoich instrumentów. Do tego dochodzi bardziej emocjonujący śpiew Ohme o trudnej relacji, w której podmiot liryczny nie potrafi być do końca sobą, obawiając się, że jego miłość odfrunie niczym tytułowy szpak:

“Rain engulfs the horses/ But they never try to run/ To free themselves again

Let us be reborn

There's a starling on my shoulder/ If I'm silent she won't leave/ That's how we hide huddled inside”.

Na ścieżce drugiej znajduje się nagranie „We Are Strangers”, które rozpoczyna się od przepuszczonego przez vocoder głosu… basisty na klawiszowym tle. Potem do naszych uszu dociera delikatny beat oraz spokojny śpiew wokalisty. W refrenie dochodzą mocniejsze akordy pianina, a potem dołącza perkusja, na której Johansen wygrywa podkład w nietypowym metrum. Takie zmiany nastroju, wzbogacone elektronicznymi wstawkami, przeplatają się przez cały utwór sprawiając, że staje się on intrygujący, co w połączeniu z nośnym refrenem

“We are strangers/ In the silver sky we fly/ We are hunger/ You will know us all in time”

spowodowało, że znalazł się na drugim singlu promującym wydawnictwo. Warto wspomnieć także o krótkiej partii śpiewu gardłowego, ponownie w wykonaniu Torpa oraz solówce gitarowej pojawiającej się w tle podczas ostatniej zwrotki.

Ze wspomnianego na wstępie konceptu, który pierwotnie miał wypełnić kolejny po „Fireworker” krążek ostatecznie na płycie „Magic 8-Ball” znalazła się jedynie kompozycja „Sky King”, która wypełnia ścieżkę z numerem 3. Zaczyna się i kończy delikatnie, z subtelnym fortepianem, kontrabasem, skrzypcami, elektronicznymi ozdobnikami rodem ze starych filmów sci-fi czy też głosami bawiących się dzieci w tle. Potem na chwilę robi się intensywniej za sprawą mocniejszego wejścia perkusji i bardziej drapieżnych nut wydobywanych z gitary, by po chwili powrócić w klimatyczne rejony ze skrzypcami, nastrojowym basem i szumem morza. Wszystko to podkreślone jest subtelnym elektronicznym pulsem. Poetycki, jak zawsze, tekst zainspirowała prawdziwa historia Richarda Russella – pracownika naziemnego linii lotniczych Horizon Air, który ukradł pusty samolot, a następnie rozbił się na odległej wyspie. Zespół przedstawia tezę, że każdy z nas jest na tyle szalony, by pod wpływem impulsu brać, to na co zasługuje (w swoim mniemaniu), przejąć kontrolę nad losem, nie bacząc czy skrzywdzi tym siebie lub innych:

“I never told the truth/ So I could keep the fragile lie/ I was a house on fire/ Never really knew until now

You never knew my story/ I never had a doubt/ Up on my throne of sunlight/ My kingdom on a cloud

When I get tired I ...”.

Po tych słowach zostajemy sam na sam z Andersonem i jego fortepianem, a całość składa się na jedną z najpiękniejszych odsłon wydawnictwa.

W „Ceres” należy wyróżnić ciekawą partię perkusji tworzącą intrygujący podkład wraz z wyrazistą linią basu oraz przestrzenną melodią zagraną na pianinie oraz kunsztownie zbudowaną warstwę wokalną (szczególnie w końcówce).

Drugą stronę wersji winylowej rozpoczyna kompozycja „Gingerbread Men”, która z powodzeniem mogłaby znaleźć się na albumie „Tick Tock”. Rozpoczynają się od odgłosów burzy, którym towarzyszą mocny bas, gitara oraz elektryczne pianino, a całość płynie leniwie, budząc równocześnie jakiś niepokój. Odczucie to nasila się mniej więcej w połowie, który to fragment wyróżnia się intrygującym podkładem sekcji rytmicznej i mocnymi klawiszowymi akordami. Druga część utworu jest bardziej podniosła, ze zwiewnym wokalem, symfonicznym tłem, gitarowym solem i nastrojową partią fortepianu.

Tak docieramy do nagrania (prawie) tytułowego, które promowało album na pierwszym singlu. Mowa tu o najkrótszej w zestawie pieśni „8-Ball”, która opowiada o człowieku ryzykującym wszystko w kasynie, wierząc, że w końcu każdy ma swoją szansę, że wszechświat jest sprawiedliwy. Szansa jednak nie nadchodzi, a on zostaje z niczym uświadamiając sobie, że tylko on za to odpowiada. To jego odpowiedzialność, a nie zrządzenie losu. Bardziej ogólnie tekst mówi o tym, że „usunęliśmy Boga i nie zostawiliśmy niczego, co mogłoby go zastąpić. Zaczęliśmy wierzyć w pustkę, oddając wszystko w ręce przypadku. Nie staliśmy się bardziej racjonalni. Po prostu znaleźliśmy nowe rzeczy, w które można wierzyć i zbudowaliśmy nową, magiczną rzeczywistość, która zastąpi tę, którą zburzyliśmy. Akcje. Kryptowaluty. Szczęście. Magiczne idee udające nowoczesność”:

“Fall to the ground/ Murder the joke, not the crowned clown dancing around/ Your finest suit can't hide the truth/ Your idea/ This specter charged the empty room/ Now is never/ Nothing lingers/ Don't you feel the noose is tightening/ Your idea/ The magic ball awake in the dark/ Your idea/ But now the answer's fading”.

Rozważaniom tym towarzyszy muzyka jakby rodem wyjęta z wesołego miasteczka, czy kabaretu, która swą skocznością kontrastuje z tragicznym losem bohatera.

Teledysk do piosenki to według słów zespołu: „znaleziona taśma rekrutacyjna Kultu Nieskończoności, który czci sam przypadek. Dla nich „Magiczna Kula Numer Osiem” jest boska ze względu na swoją pustkę. Bez myśli. Bez litości. Po prostu czysta, święta przypadkowość. Ósemka to nie liczba. To nieskończoność. Po prostu patrzyliśmy na nią z boku”.

Utwór „Immerwahr” jest z kolei sprzeciwem wobec wykorzystaniu nauki w służbie wojny. Opowiada o żyjącej na przełomie XIX i XX wieku Clarze Immerwahr-Haber, niemieckiej chemiczce, absolwentce Uniwersytetu Wrocławskiego, żonie chemika Fritza Habera, który prowadził badania nad gazami bojowymi. Kobieta była mocno poruszona skutkami użycia wynalazków męża na froncie I wojny światowej i popełniła samobójstwo strzelając sobie w pierś z pistoletu należącego do Fritza manifestując swoją dezaprobatę co do kierunku, w którym zmierza nauka.

Tekstowi opartemu na tej historii towarzyszy dość lekki podkład muzyczny, z delikatną sekcją rytmiczną, intrygującymi partiami instrumentów klawiszowych (w tym imitujących flet) i subtelnych popisów solowych Jona-Andre Vilbo i Mikaela Krømera. W warstwie lirycznej odnajdziemy odniesienia do tańców (Jitterbug, Shimmy shake) czy dziecięcej (nieco makabrycznej) rymowanki („Ring Around The Rosie”). W skrócie, mamy kontrast na linii: klimat muzyki – wymowa tekstu:

“Ring Around the Rosie/ It's a cruel game/ Wrestling with the atom/ Let me down again/ I thought I heard your heart beat fast/ In the nowhere/ You crossed a line/ And now - you are no one

Oh, could we dream her forever,/ Could we dream her forever,/ For all time/ In the science we lost our way/ In the science we lost our way/ The bed was made

In the wind, there's a message/ In the wind - a message”.

Krążek kończy się w podobnym stylu, w jakim się zaczyna. Utwór „The Unrisen” rozwija się równie pięknie jak „Starling” – od intymnego początku przez ciekawe zabiegi z raz bardzo wysokim, raz naturalnym śpiewem, przez pełen symfonicznego rozmachu środek z piękną partią zagraną na Moogu, aż po podniosły finał z pięknymi klawiszowymi ornamentami. Cudownie skonstruowany podkład oraz finezyjnie zbudowany tekst, co jest już znakiem firmowym duetu Thomas Andersen – Jan Henrik Ohme, prowadzą słuchacza do finału płyty:

“Ferry on the starry sea/ Somewhere far away from me/ In your constellation, free/ You're so far away from me

You are in the distance/ Lost in the winter night/ Reflections of who we are/ Bonfires in autumn

Blackbirds with crystal song/ In the windswept surreal they hide/ Poppies in the silent night/ Lost to the fading light”.

Obcowanie z płytą uatrakcyjnia szata graficzna opracowana przez stałego współpracownika grupy, hiszpańskiego artystę Antonio Seijasa. Jego prace, zainspirowane tematyką nagrań idealnie uzupełniają zawartość słowno-muzycznąWspominałem, że dzięki albumowi „Fireworker” grupa Gazpacho wróciła do grona wykonawców, na których nowe propozycje czekam z większym entuzjazmem. Jednocześnie nie miałem wielkich nadziei, że szóstka muzyków z Norwegii będzie w stanie nagrać równie udane dzieło. Cóż, nie za bardzo się myliłem, gdyż „Magic 8-Ball” jest po prostu… ciekawszy. Co prawda nie ma tu tak intrygującej opowieści jak na poprzedniczce, ale zbudowane wokół tematu losu i jego zmian teksty są niemniej poetyckie. Z kolei tło muzyczne jest bardziej zróżnicowane, mocniej wciągające, z większą ilością dobrych melodii. Od pierwszych taktów „Starling” po ostatnie nuty „The Unrisen” Gazpacho zabiera nas w muzyczną podróż utkaną z jedynych w swoim rodzaju dźwięków, zarówno znanych z poprzednich wydawnictw, ale także rozszerzających paletę brzmień zespołu. Wszystko to jednak jest spójne i ani przez chwilę nie ma wątpliwości, że nuty te stworzyli panowie Ohme, Andersen, Vilbo, Krømer, Torp i Johansen. Warto było czekać te 5 lat! Mistrzowie melancholijnego rocka zdecydowanie są w formie, a opisywany dzisiaj krążek trafia do ścisłej czołówki ulubionych wydawnictw 2025 roku. Jestem pewny, że nie tylko moich.

MLWZ album na 15-lecie Wishbone Ash powraca do Polski 22 listopada 9. edycja Festiwalu Rocka Progresywnego w Legionowie