DarWin - Distorted Mirror

Rysiek Puciato

Nie będę ukrywał, że darzę dużą estymą współczesny rock progresywny w jego amerykańskim wariancie brzmieniowym. Z masą mocno rockowych riffów gitar, nieco dudniącymi pochodami basowymi i ścianą klawiszy przy jednoczesnym zachowaniu wyraźnie brzmiącej linii wokalnej. Takie lekkie pomieszanie mocnego rocka z typowymi dla muzyki progresywnej kołyszącymi „popisami” solowymi zachowującymi melodyjność i spójność poszczególnych kompozycji. Może dlatego każda płyta wydana pod szyldem DarWin zawsze wzbudza we mnie wielkie zainteresowanie. Z dużym napięciem i jednocześnie zadowoleniem wysłuchałem ich zeszłorocznej produkcji zatytułowanej: „Five Steps On The Sun” (szerzej o tym albumie można poczytać na łamach MLWZ – tutaj). Jeszcze bardziej ucieszyła mnie wiadomość, że zespół planuje wydać kolejną płytę już w tym roku. I kiedy 26 września dotarło do mnie najnowsze wydawnictwo pt. „Distorted Mirror” ponownie dane mi było doświadczyć przysłowiowych ciarek podczas słuchania.

Tylko dla przypomnienia wspomnę, że DarWin to, w pewnym sensie, supergrupa w skład której wchodzą: tajemniczy gitarzysta DarWin, ikona perkusji Simon Phillips (Toto, Jeff Beck, The Who, Judas Priest, Tears For Fears), wokalista Matt Bissonette (Joe Satriani, Ringo Starr, Elton John), wirtuozerska basistka Mohini Dey (Steve Vai, Willow Smith, Guthrie Govan), fenomenalny gitarzysta Greg Howe (Michael Jackson, Protocol, Justin Timberlake) oraz klawiszowy wirtuoz Derek Sherinian (Planet X, Dream Theater, Kiss, Alice Cooper, Black Country Communion). Ich najnowsze wydawnictwo sprawia, że każdy dzień można zamienić w ciekły muzyczny, energetyczny napój dźwiękowy, który ze smutku czyni radość, a z depresji optymizm. Jest moc, jest perfekcyjnie wkalkulowany czad, jest wreszcie ogromna siła mocno radosnych akordów. I tylko proszę się nie spodziewać, że już od pierwszej chwili wkroczymy na muzyczną rockową ścieżkę.

Bowiem pierwszy z utworów na płycie to instrumentalna kompozycja pt. „Rising Distortion”, którą można potraktować dwojako: albo jako swoiste preludium do tego, co będzie się działo dalej, albo jako samodzielny gitarowy popis. Przez trzy minuty zespół wyczarowuje dźwiękami gitary Grega Howe’a majestatyczny obraz podróży poprzez wysublimowane i perfekcyjnie zagrane gitarowe misterium. Sposób gry Howe’a, tzw. shredding, pasuje tu jak ulał: drażni i kołysze.

Trzy minuty instrumentalnego strumienia melodii płynnie przechodzi w kompozycję tytułową – „Distorted Mirror”. Ten oparty na mocnych akordach utwór stanowi doskonały przykład sposobu wykonywania muzyki przez zespół. Całość jest rozdarta pomiędzy początkową lekko kontemplacyjną narracją zarówno muzyczną, jak i wokalną, a ekspresyjną, eksperymentalną częścią drugą zdominowaną przez mistrzowskie popisy poszczególnych muzyków. Lecz mimo to całość kompozycji jest niezwykle spójna i, co warto jeszcze raz podkreślić, mistrzowsko zaaranżowana.

To muzyczne rozdarcie widoczne jest także w utworze „Man vs Machine”. Melodyjny wstęp, delikatna (oczywiście w rozumieniu zespołu DarWin) linia wokalna oraz aranżacyjna perfekcja, która zdominowana jest przez scalające całość klawisze Sheriniana kipi energią i w momencie solowego popisu gitary basowej w jednej chwili przeistacza się w eksperymentalną improwizację, której przewodzą gitarzyści. I pewnie mogłoby to trwać w nieskończoność, gdyby nie przywołujące do porządku muzycznego klawisze, które wygładzają końcówkę tej kompozycji.

I choć tytuł czwartego utworu próbuje narzucać jakieś skojarzenia – „33rd Century Man” - to zamiast muzycznego eksperymentu otrzymujemy nastrojową niemal balladę ze świetnie rozpisaną linią wokalną. Dwugłos, a momentami trójgłos i powracające co jakiś czas dźwięki jakby z muzyki reggae budują wspaniałą muzyczną konstrukcję, w której dominuje melodia i szacunek dla muzyki z kręgu rocka progresywnego. A że w gronie muzyków są wspaniali gitarzyści, więc ich popisy są najwyższego lotu. I tylko szkoda, że to tylko niespełna sześć minut, bo chciałby się więcej.

Nie ma czasu na dalsze rozpisywanie się, bo w odtwarzaczu zaczyna się kolejna piosenka – „Cry A River”. Jest rockowo, melodyjne, bez eksperymentów, ale z przepięknym refrenem, który sprawia, że gdy wysłuchacie Państwo tego utworu raz, to nie przestaniecie przypominać go sobie później. Można by rzec, że to wzorcowy przykład jak powinno się nagrywać wspaniałe rockowe utwory. I oczywiście jest coś dla fanów nieco mocniejszego rocka progresywnego. Szkoda tylko, że nie ma za wiele stacji radiowych, które uczyniłyby z tego utworu swój numer jeden.

Proszę nie poddać się pierwszemu wrażeniu, że utwór „Glow” będzie łagodną balladą. Tak, zaczyna się od muzycznej współpracy fortepianu, gitary, klawiszy i łagodnego wokalu. Jednak od mniej więcej połowy całość wyraźnie zmierza w kierunku smoothjazzowym dowodząc po raz kolejny, że DarWin to zespół wielce utalentowanych muzyków przekraczających granice stylów.

Przedostatni utwór na płycie to prawdziwa muzyczna pożywka dla zwolenników klasycznego rocka progresywnego z lat dziewięćdziesiątych. „Loophole” krąży po dobrze znanej orbicie prog rocka w stylu Styx, Journey i Rush. Jest melodyjnie, rockowo zadziornie i… bardzo wielowątkowo pod względem dźwiękowym. Jest tutaj wszystko to, co lubimy - arpeggiowe wprowadzenie i ciepły wokal Bissonette'a tworzący otulającą atmosferę, podczas gdy późniejsze części tej kompozycji przeplatają melodyjne sekcje z fragmentami o wyrafinowanej harmonii i ostrzejszym brzmieniu. To sześć minut gwarantowanej rozrywki dla fanów kołyszącego rocka i subtelnie mocniejszych solówek. Tak, to drugi z „radiowych” utworów na tej płycie.

Ostatni utwór – „Winter Fare” – „należy” do Mohini Dey, bo tworzą go fortepian, gitara i… niesamowita gra gitary basowej, która wydaje się nie być instrumentem pierwszoplanowym, ale wypełnia tak szczelnie drugi plan, że bez niej ta kompozycja nie byłaby taka sama. Cała delikatność i melodyjność tego utworu bazuje na „dudniącym” z tyłu basie, a solowe partie gitar nadają mu wzniosłego charakteru, tworząc konstrukcję o strzelistych i porywających linach melodycznych zahaczających o fusion, jazz i muzykę improwizowaną. Ten niemal siedmiominutowy utwór kończy płytę.

I chciałby się powiedzieć: wszystko mija za szybko. Pozostaje niedosyt. Choć nie mamy tu do czynienia z muzyką ‘progresywną’ w rozumieniu europejskim, to warto pamiętać o zespole DarWin przy okazji każdej z nowości jakie, jak mam nadzieję, wydadzą w przyszłości. Pewnie do zwolenników klasycznej muzyki progresywnej ta płyta nie przemówi, ale ci, którzy szukają nowych dźwięków i są otwarci na krzyżowanie się stylów, twórczy rozwój, poszukiwanie nowych dróg harmonicznych powinni znaleźć tu co najmniej kilka ciekawych rozwiązań muzycznych. Bowiem, jak to powiedział kiedyś (choć przy bardzo innej okazji) Darwin: tylko krzyżowanie się gatunków może przynieść nowe rodzaje, a grupa DarWin robi to w sposób wyjątkowy. Zbieżność nazwy i nazwiska jest najzupełniej przypadkowa…

MLWZ album na 15-lecie Wishbone Ash powraca do Polski 22 listopada 9. edycja Festiwalu Rocka Progresywnego w Legionowie