„Space Rock Opera” – już same te słowa budzą zainteresowanie, a co dopiero fakt, że ta opera to już czwarty album angielskiej grupy Mind Overclock. Chciałoby się od razu powiedzieć: w czasach przesterów, dudniących rytmów, samplowych wstawek… opera?! Ponieważ nie do końca można, jak mi się wydaje, znaleźć stosowny przekład na język polski określenia „space” w odniesieniu do muzyki, bowiem z jednej strony mamy natychmiastowe skojarzenie z jakimś rodzajem psychodelii, a z drugiej z ambientowo płynącymi dźwiękami, proszę potraktować to wyrażenie jako coś pomiędzy psychodelią a ambientem wzmocnionym nieco przez łagodnie brzmiąca elektronikę i… nawiązaniem do rytmów z lat siedemdziesiątych. I (ponownie zastrzegam, że to moje osobiste zdanie) można by w taki sposób ogólnie scharakteryzować zawartość albumu „Cosmic Rituals”, który ukazał się w lipcu tego roku.
Od pierwszego albumu – “Crazy Music For Werid People” – wydanego w 2023 roku zespół Mind Overclock był “dziwnym” zespołem w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ich pierwszy album można by krótko scharakteryzować jako wspołcześnie zagraną podróż tropem dawnych psychodelicznych dźwięków. Podróż pełną improwizacji, kosmicznych dźwięków i atmosfery rodem z narkotykowego transu. Drugi w kolejności album - “A Blesing In Disguise” - także z 2023 roku, z dwudziestopięciominutowym, trzynastoczęściowym utworem pt. “Riders Of The Sky” to w dalszym ciągu kontynuacja “narkotykowo-psychodelicznej jazdy” instrumentalnej z pojawiającymi się coraz częściej elementami ambientu i łagodnej melodyjności. Album numer trzy – “Good Vibes” - to, chciałoby się powiedzieć, zupełnie inna bajka. Nagrany z udziałem chóru gospel jest takim muzycznym odpowiednikiem filmu “Hair” z całą jego hippisowską koloraturą z pogranicza wodewilu, psychodelii, rock’and’rolla i śpiewanej muzyki gospel. Ciągle jeszcze ekspresyjna i pełna improwizacji muzyka jest na tym wydawnictwie w osobliwy sposób łagodzona przez chór.
I wreszcie “Kosmiczne rytuały” – najnowsze dzieło w dorobku Mind Overclock to, że pozwolę sobie powtórzyć, kolejna inna bajka. Po pierwsze na jedenaście utworów zawartych na krążku osiem to... piosenki. Chciałoby się powiedzieć: muzyka z tekstem, żeby podkreślić najważniejszą różnicę w stosunku do poprzednich wydawnictw. Po drugie, odejście od improwizacyjno-kosmicznego charakteru poszczególnych kompozycji na rzecz piosenkowej spójności. I wreszcie po trzecie, nastrojowa miękkość przebrzmiewająca w każdym z utworów (no, może z wyjątkiem trzech instrumentalnych kompozycji). Oczywiście nie pozbawia to tego wydawnictwa hipnotyczno-narkotycznej naleciałości. Zespół nie zrywa ze swoimi wcześniejszymi wizjami muzyki, a nadaje im nieco bardziej “przyziemnego” charakteru, nieco (jak muszę przyznać) ułatwiającego słuchanie.
Proszę zapiąć pasy, sprawdzić systemy wspomagające, ostatni rzut oka na planetę Ziemia i czas na start. No i oczywiście proszę zamknąć oczy, są zupełnie niepotrzebne podczas tej podróży. Faza pierwsza, utwór pierwszy: “Cosmic Rituals Part One” (“Kosmiczne rytuały, część pierwsza”).
Start jest zwykle muzycznie mocniejszy, przecież trzeba wzbić się na niebagatelne wysokości. Kosmos wzywa i kosmos przeraża. Ten utwór brzmi hardrockową nutą i uspakajającym wokalem. Ten utwór nabiera rozpędu i umiejętnie hamuje, by nasza ledwie co zaczęta podróż nie skończyła się zbyt szybko. Bo przed nami przepiękne widoki.
Faza druga, utwór drugi: “The Glaciers Of Neptune” (“Lodowce Neptuna”).
Lśnią refleksami słońca, błyszczą miarowym rytmem gitary. Otoczone melodyjną grą organów zadziwiają. Ich widok zapiera dech w piersiach, co wspaniale podkreśla solo gitary w drugiej minucie. Wrażenie niezmierzonej wielkości i kruchości naszego “ja” wobec mocy kosmicznej przestrzeni i… ta melancholia. Nie potrzeba słów, wystarczą same instrumenty. Nie potrzeba niczego oprócz zasłuchania.
Faza trzecia, utwór trzeci: “Golden Reflections” (“Złote refleksy”).
Są wszędzie wokoło, mamią i błyszczą wciągając swoją grą świateł. Wciągając hammondowo brzmiącymi syntezatorami i łagodnymi riffami gitary. Jakbyśmy w ich świetle dostrzegali przebłyski naszych codziennych problemów. Jakbyśmy probowali zaprzeczyć mocznej codzienności, widząc jasność tkaną przez nieco zbuntowane solo gitary. Jakbyśmy marzyli, by ta jasność zmiotła mrok. Żeby ten kosmiczny lot w poświacie jasnej strony żywota trwał bez końca.
Faza czwarta, utwory czwarty i piąty: “Journey Beyond The Stars” (“Podróż poza granice gwiazd”) i “Lost In Cosmic Winds” (“Zagubieni w kosmicznyych wirach”).
Czy poza granicami gwiazd jest już wymarzona Czerwona Planeta” – Mars? Nowe miejsce na nowe życie, gdy już nie pozostanie nic z Ziemi. Może to podróż marzeń z wizjami dotyczącymi nowego domu wymalowana przez gitarę akustyczną i bardzo intymny narracyjny wokal? Wokal, który swoją marzycielską barwą uspakaja i wzmacnia nadzieję na to, że wszystko będzie dobrze. Trzeba tylko dotrzeć za morze gwiazd. Zarys drogi rysuje przepięknym solo gitara w końcówce utworu. I proszę się nie obawiać, nic nikomu nie grozi, a kosmiczne wietrzne wiry jedynie straszą. Nad spokojem czuwa pasażowa gra syntezatorów i delikatny, snujący opowieść o radości i dobru, wokal. Zaniepokojonym polecam przysłuchać sie solowej grze gitary w trzeciej minucie drugiego z wymienionych utworów.
Faza piąta, utwór szósty: “The Martian Shores” (“U brzegów Marsa”).
Ta podróż to czekanie na nowe i wspomnienie starego. I gdy już widać zarysowany przez gitarę akustyczną koniec naszej wyprawy – Czerwoną Planetę - zbuntowana gitara w dalszym ciągu swoim solo buntuje się i przestrzega: czy to naprawdę będzie miejsce, ktore można nazwać domem? Ponownie koniec utworu z jednej strony uspakaja melodyjnymi pasażami, a jednocześnie wokal przepuszczony przez megafon jakoś niepokoi.
Faza szósta, utwory siódmy i ósmy: “Floating In Silence” (“Pływanie w ciszy”) i “Into The Abyss Of Space” (“W otchłani kosmosu”).
Wyczekiwanie końca, nadzieja na nowe i strach przed nim. Ostre dźwięki gitary niczym z lat siedemdziesiątych, pojedyńcze, zaznaczone akordy i organy grające w wyższych tonacjach. Cisza... strach, czy cisza... oczekiwanie? Przestrzeń, kosmos i nowy świat potrafią przerazić. Otchłań kosmosu czaruje i przeraża. Czaruje wyraźną linią sekcji rytmicznej brzmiącej niczym marsz zdobywców kosmosu i przeraża pojedyńczymi dźwiękami gitarowego solo. Czy zatem jesteśmy zdobywcami kosmosu, czy też uciekinierami szukającymi nowego miejsca do życia?
Faza siódma, utwór dziewiąty: “Cosmic Rituals Part Two” (“Kosmiczne rytuały, część druga”).
Jednak nadzieja zwycięża. Ten utwór to muzyczny dowód. Aranżacyjnie bogatszy, żywszy z udziałem saksofonu. To dówód tryumfu – “(...) tańczmy dzisiaj wśród gwiazd”.
Faza ósma, utwór dziesiąty: “Back Down To Earth” (“Powrót na Ziemię”).
Wracamy, nasza podróż dobiega końca. Pozostaje tylko przedrzeć sie przez wszystkie ochronne warstwy Ziemi. Muzycznie można to zrobić z pomocą ostrej gitary i “brudnych” dźwięków, które jedynie bogactwem instrumentów oddadzą emocje towarzyszące powrotowi.
Faza dziewiąta - ostateczna, utwór jedenasty: “I Am A Son Of The Cosmos” (“Jestem synem kosmosu”).
Małość człowieka i wielkość kosmosu, a jednak jesteśmy synami kosmosu, który być może nas przeraża, być może fascynuje? Jesteśmy obywatelami kosmosu, którzy mogą wszystko. Niby cztery minuty, a jednak doskonałe zakończenie tego wydawnictwa. Triumfuje nadzieja na lepsze. Triumfuje delikatność aranżacji.
Można już odpiąć pasy, wytrzeć spocone dłonie i czoło. Za nami czterdzieści minut wspaniałej muzyki, delikatnej opowieści o nadziejach i strachu. O podróży w najróżniejszych jej wymiarach: kosmicznej, duchowej, mentalnej. O muzycznej podróży z zespołem Mind Overclock, który tworzą: Edward Pemberton (wokale, gitara), Tim Minashyan: (bas, klawisze, gitara 12-strunowa), Isaiah Pierce (perkusja) oraz Paul Burton Mills (wokal). Gościem specjalnym, który nie pierwszy raz pojawia się na płytach zespołu, jest Marco Ragni grający na gitarze akustycznej.
Moja podróż z płytą „Cosmic Rituals” trwa od sierpnia tego roku z małymi przerwami, ale dopiero teraz nasłuchałem się jej na tyle, żeby spróbować coś o niej napisać. Może dlatego, że zafascynowała mnie jej „przestrzenność”, może dlatego, że polubiłem tę psychodeliczno-progresywną atmosferę, niespieszną grę i przemawiającą do serca aranżację? A może dlatego, że sam chciałbym ruszyć w taką kosmiczną podróż?… Kto wie?...
