mlwz - edunitsky - baner - motyl

Retreat From Moscow - The Illusion Of Choice

Rysiek Puciato

Zarówno nazwa, jak i historia tego zespołu jest co najmniej ciekawa, o ile nie niesamowita. Rozszyfrowanie nazwy jest, w sumie, bardzo proste: Retreat From Moscow = Odwrót spod Moskwy. Nazwa nawiązuje do historycznego konfliktu i czasów napoleońskich. A dokładniej do odwrotu Napoleona spod Moskwy w roku 1812. Sam zespół powstał pod koniec lat 70. i przez kilka lat grał koncerty, ale nigdy niczego nie wydał. Po rozpadzie w 1981 roku, Retreat From Moscow wszedł w (prawie) 40-letni okres hibernacji. Jej koniec to rok 2016, kiedy to czterej członkowie grupy: Andrew Raymond, Greg Haver, Tony Lewis i John Harris spotkali się, aby rozpocząć nagrywanie starego i nowego materiału na album, który ostatecznie ukazał się w 2021r. pt. „Life As We Knew It”. Jego strona muzyczna zakorzeniona była w progresywnym rocku późnych lat 70., zagranym z rozmachem, z efektownymi instrumentalnymi fragmentami i rockową maestrią.

Warto tu wspomnieć, że wspomniani wyżej muzycy grali przez ów czas „zespołowego niebytu” z takimi wykonawcami, jak: Tom Jones, Kate Bush i Frank Zappa. Nie można też zapomnieć, że Greg Haver znany jest z zespołu Manic Street Preachers.

Swój drugi album „Dreams, Myths and Machines” wydali w roku 2023, a obecnie ponownie pojawili się na rynku wydawniczym z najnowszym wydawnictwem pt. „The Illusion Of Choice”, o którym gitarzysta i wokalista John Harris mówi tak: „(…) Z wielką przyjemnością mogę powiedzieć, że nowy album zachowuje charakterystyczne brzmienie Retreat From Moscow, a jednocześnie wykazuje wyraźną ewolucję. Utwory są zróżnicowane i zawierają nowe brzmienia, takie jak harfa celtycka i mandolina – instrumenty, które znam, ale których wcześniej nie używałem w kontekście rocka progresywnego.. Jestem zachwycony jakością gościnnych występów na tym albumie – publiczność czeka coś naprawdę wyjątkowego!”. Klawiszowiec – Andrew Raymond dodaje do tego: „(…) „Naprawdę podobało mi się tworzenie tych utworów z wybitnymi muzykami, którzy są również moimi przyjaciółmi już od 46 lat. Myślę, że materiał jest bardzo różnorodny, co sprawiło, że cały projekt był jeszcze bardziej ekscytujący”.

Sam album to siedem utworów o bardzo rockowo-neo-progresywnej proweniencji i tym, co lubię najbardziej: istną kanonadą wszelkiej maści klawiszy. W procesie tworzenia albumu, który w przeciwieństwie do poprzedniego wydawnictwa „Dream, Myths and Machnies”, powstałego w czasach pandemii, został nagrany w studiu w Cardiff, uczestniczyli także: Christina Booth (Magenta) grająca na harfie i śpiewająca w utworze „Bones Will Sing” oraz amerykańska wokalistka Jilian Slade, która użyczyła głosu w piosence odnoszącej się do konfliktu w Ukrainie pt. „Polina”. Na flecie prostym zagrał, znany ze współpracy z Mikiem Oldfieldem, Les Penning, który (co warto przypomnieć) był także realizatorem pierwszych nagrań zespołu z roku 1978. Cechą wspólną wszystkich kompozycji jest niewątpliwie ich czas trwania. Wszystkie piosenki mają od siedmiu do ponad jedenastu minut i poruszają się w nieco mrocznej tematyce odzwierciedlającej stan współczesnego świata. Wojna w Ukrainie w utworach „Polina” i „Snowfall Road”, ale także, jakby z drugiej strony, mitologia anglosaska („Bones Will Sing”) czy sprawa zetknięcia się ze śmiercią w latach dziecięcych basisty zespołu Tony’ego Lewisa w utworze „Navigators Of The Trym”. A wszystko to zanurzone jest w mocnej rockowej muzyce bazującej na wspaniałej współpracy klawiszy i gitary.

Od pierwszego dźwięku wiadomo, że będziemy tu mieli do czynienia z mocnymi rockowymi numerami, które odważnie na pierwszy plan wysuwają rytm i motoryczną aranżację. „The Illusion Of Choice” – pierwsza z kompozycji - atakuje aranżacyjną mocą na początku, by mniej więcej w połowie oddać pole popisowej grze syntezatorów i solówce gitary krzeszących bardzo improwizacyjne sola.

„Earth-Stepper”, mimo lekko „średniowiecznego” początku zagranego z wirtuozerią na flecie i balladowej linii wokalnej, z sekundy na sekundę przeobraża się w solidną progrockową balladę z… oczywiście, potężną dawką klawiszy, które jednak oddają także pole do popisu wokaliście i ciekawie brzmiącej gitarze.

Harfa zapowiada tajemniczy początek... Bo taki nieco tajemniczy, ambientowy jest wstęp do trzeciego utworu na tym krążku – „Bones Will Sing”. To ponad jedenaście minut dźwiękowej opowieści o historii, czasach dawnych, rzeczach, o których nikt już nie pamięta. O tradycji, o opowieściach „starych ludzi”. Jedenaście wspaniałych minut z duetem wokalnym Christiny Booth i Johna Harrisa. To najdłuższy i najlepszy utwór z tego wydawnictwa. Czy wspominałem już o klawiszach?... Trzymają to wszystko w ryzach i podkreślają nastrój, a tak w piątej minucie nadają tej kompozycji niesamowitego ambientowego rysu.

Ta płyta pełna jest wspaniałej gry syntezatorów. „Navigators Of The Trym” zaczyna się od niemal elektronicznych brzmień, które oddają na chwilę pole wokaliście, leniwie podkreślając linię melodyczną. I znowu mamy do czynienia z pomieszaniem melodyki typowej dla utworów neoprogresywnych z bardziej rockową ostrością. Także i tutaj klawisze są najmocniejszą stroną kompozycji.

Patetyczny początek, proste solo gitary, jakby dźwięki dzwonów w oddali, a może sygnałów alarmowych, może zapowiedzi nalotu i… spokojny, nastrojowy wokal Jilian Slade. Niski, taki pełny, narracyjny, smutny. „Polina” – historia dziewczyny, kobiety w czasach wojny, czasach mroku i tragedii. Bardzo ciekawie wypada po raz kolejny zastosowanie duetu wokalnego, który łączy bezpośrednią opowieść kobiety z narracyjnym opisem prezentowanym przez wokal męski. I werble, pojedyncze uderzenia perkusji oraz stojący w opozycji miły, łagodny dźwięk linii instrumentalnej.

Przedostatnia kompozycja z tego wydawnictwa – „Snowfall Road” - to w połowie utwór instrumentalny. Wokal pojawia się dopiero, gdy nieco bezradnie wyczekujemy jakiegoś decydującego akcentu i próbujemy wyobrazić sobie na podstawie tytułu (Zaśnieżona droga) jakąś bezradność tych, którzy się na niej znaleźli. I tę bezradność słychać także, gdy już John Harris intonuje pierwsze linie wokalne. Lecz nie jest to kompozycja dramatyczna, raczej pokusiłbym się o użycie określenia „masywna” w swej warstwie brzmieniowej.

Czarna mgła to chyba symbol osobistej niemocy, chyba metafora ludzkich losów. To zarazem tytuł ostatniej kompozycji tego wydawnictwa – „Black Mist”. Monotonna aranżacja, stabilność warstwy muzycznej, stonowane i nastrojowe sola gitary i neoprogresywne brzmienie dające dużo radości słuchaczowi. Nie jest to jakieś typowe outro kończące wielowątkową opowieść muzyczną, a jednak brzmi tak jakoś podsumowująco. Podobnie jak mgła otula przestrzeń, tak ta kompozycja wycisza album i uspakaja. Pozwala na oddech.

Czterdzieści lat hibernacji, płyta w okresie pandemii i dopiero ta, nagrana wspólnie, w starym tradycyjnym stylu, w jednym studiu. Dobra płyta. Pełna wspaniałych klawiszy i taka… neoprogresywna. Było już kilka albumów podobnych do tego w tym roku, a każdy z nich miał/ma w sobie to, co tak lubię: obrazowość, „muzyczną pasażowość” i nastrojowość, której proszę nie mylić jedynie z jakimś smutkiem czy szarością. Ten album dotyka jednak smutnych tematów i robi to w bardzo interesujący sposób, dlatego wart jest większej uwagi w natłoku produkcji, które pojawiają się na rynku muzycznym i który ma nowego „wroga” (zdaniem niektórych): sztuczną inteligencję. Ale to temat na odrębny traktat.

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski