„Umarł król niech żyje król!” – chciałoby się zakrzyknąć po wysłuchaniu najnowszej płyty Pär Lindh Project. Król umarł ponad 9 lat temu (11 marca 2016 roku, bo wtedy zmarł Keith Emerson, o którym mowa), a Pãr Lindh powraca po 10 latach milczenia (w 2105 roku ukazał się jego ostatni, jak dotąd, album „Pär Lindh Plays 25 Pieces for Organ Harpsichord & Piano”).
Twórczość Keitha Emersona zawsze była i nadal jest wielką inspiracją dla tego szwedzkiego klawiszowca. Już na pierwszej, wydanej w 1994 roku płycie „Gothic Impressions”, która zresztą idealnie wpisała się wówczas w potężną skandynawską ofensywę wykonawców progresywnych (Sinkadus, Anekdoten, Anglagard, White Willow, Landberk, by wymienić tylko kilka nazw), było oczywiste, że Keith Emerson i jego niesamowita gra na organach Hammonda jest drogowskazem dla twórczości projektu Pãra Lindha. Nie raz pisaliśmy o tym zresztą na naszych małoleksykonowych łamach. Dziś piszemy po raz kolejny, gdyż ukazała się niedawno nowa płyta firmowana nazwą Pãr Lindh Project. I gdy tak słucham albumu zatytułowanego „Nagelfar”, to w każdej swojej minucie (a jest ich w sumie 43) muzyka, którą słyszę, wydaje się jednym wielkim hołdem dla dokonań Keitha Emersona.
Album rozpoczyna się od trwającej blisko kwadrans instrumentalnej kompozycji „Nagelfar Suite”. Ilustruje ona starą norweską legendę opowiadającą o statku i poległych wikingach w ostatniej podróży do Walhalli. Ta epicka kompozycja brzmi dynamicznie i mieni się paletą kolorów oraz przebogatym wachlarzem różnorodnych nastrojów: od marzycielskiego początku, wolnego, nieomal leniwego rytmu, przez średnie tempo, aż po niezwykle efektowną feerię dźwięków, ozdobioną nutami dobywającymi się z czarno-białych klawiszy fortepianu, pompatycznie brzmiącego Hammonda, orkiestracjami oraz operującą solidnym przesterem gitarą. Finałowa partia napędzana jest potężnym rytmem perkusji i złowieszczym brzmieniem melotronu. Efekt niesamowity. I jednoznaczne skojarzenie: czyżby Pãr Lindh to ‘młodszy brat’ Keitha Emersona? Wiedzieliśmy o tym od dawna, ale nigdy nie było tego słychać aż tak wyraźnie i aż tak dobitnie.
Po tym imponującym początku czas na… dwie piosenki. „Very Nice” wydaje się głębokim ukłonem w stronę muzyki grupy, nomen omen, The Nice. Klimat jest radosny, z inspirującym wokalem (Hampus Andersson), potężnymi pasażami organów Hammonda, delikatnymi skrzypcami oraz oczywiście melotronem. Brzmienia niczym żywcem wyjęte z lat sześćdziesiątych. Może się podobać. I to bardzo!
„Splendid View” uderza w liryczną strunę. Utwór osadzony jest w marzycielskiej atmosferze budowanej na dźwiękach fortepianu i gitary akustycznej. Andersson śpiewa i czaruje swoim bardzo przyjemnym głosem, by w finale oddać pole cudownemu fortepianowi wspomaganemu delikatną pracą melotronu. To utwór, przy którym naprawdę można się wzruszyć, szczególnie gdy uruchomi się wyobraźnię i jej oczami, przy pomocy magicznie lirycznych dźwięków, spojrzy się na prawdziwie cudowny świat. Nie, nie ten realny za oknem. Ten pod przymkniętymi powiekami oczu…
Instrumentalny temat „Tres Vieux Jeu” całkowicie zmienia nastrój. Syntezatorowe fanfary zwiastują bardzo uroczysty, rzekłbym, że świąteczny, nastrój. Nic dziwnego, że ze swoim chwytliwym rytmem kojarzyć się może tylko z jednym: „Fanfare For The Common Man” - kompozycją Aarona Coplana zaadaptowaną niegdyś przez trio Emerson Lake & Palmer. Instrumentalne szaleństwo, doskonała praca bardzo obficie wykorzystanej tu baterii instrumentów klawiszowych, podniosły klimat… Czegóż chcieć więcej? Jeżeli ktoś tęskni za ELP, to niechaj słucha i słucha. Szkoda tylko, że trwa to zaledwie 4 minuty.
Zaraz potem następuje jeszcze krótsza, bo ledwie dziewięćdziesięciosekundowa, muzyczna impresja „Medieval Dream”, która oferuje niesamowicie gustowną grę na klawesynie. Dzięki temu nadal w powietrzu unosi się świąteczny, niemalże bożonarodzeniowy nastrój.
Wzmocniony jest on w następnym utworze. „I Believe” brzmi niczym nieznana stara, tradycyjna kolęda. Klimat, który buduje fortepian i anielski sopran Eveliiny Ainsalo, podparty zaskakującym interludium z klasycyzującymi orkiestracjami, sprawia, że oczyma wyobraźni widzimy świat przykryty białym puchem i rozświetlony girlandami rozwieszonymi na drzewach…
„Dance Of The Knights” opiera się na klasycznym motywie z kompozycji Prokofiewa, zresztą już kiedyś wykorzystanej przez trio Emerson Lake And Palmer. Pãr Lindh przedstawia własną fortepianową impresję na ten temat opartą na znanych motywach i, uwierzycie lub nie, wychodzi z tego obronną ręką: jego gra, jak i cała kompozycja, to po prostu rewelacja! I głęboki ukłon w stronę Emersonowskich adaptacji muzyki klasycznej…
Nagranie „Pubcrawl” to jeszcze jedno mrugnięcie okiem do Keitha Emersona. Zaaranżowane niczym swingujące boogie-woogie na fortepian, pulsujące dźwięki dobywające się z Hammonda, w pewnej chwili pojawia się też solo na perkusji oraz wirtuozerskie solo zagrane na fortepianie – toż to jedno wielkie muzyczne szaleństwo! Utrzymane dokładnie w zwariowanym Emersonowskim anturażu!
Przed nami finał. No i znowu Emerson! I znowu nawiązanie do ducha twórczości Emerson Lake & Palmer – słynny staroangielski hymn „Jerusalem”. Tym, co pamiętają ten wspaniały utwór opublikowany przez legendarne trio na płycie „Brain Salad Surgery” (1973) nie ma potrzeby wyjaśniać rangi tej kompozycji. Najpierw słyszmy bombastyczne wejście organów kościelnych wzmocnione mocną gitarą, potem odzywa się, wprawdzie nie Greg Lake, a wspaniale brzmiący kobiecy wokal (też nieżyjącej już niestety Magdaleny Hagberg), by poruszające partie gitary elektrycznej doprowadziły do niesamowitego, bardzo uroczystego finału tego utworu, jak i całej płyty…
Bardzo dobry to album. Wspaniały hołd dla jednego z najwspanialszych kompozytorów i twórców progresywnego rocka. Brawa dla Pãra Lindha! Podziwiam go za odwagę i za tak udane nawiązanie do ducha twórczości Keitha Emersona.
